Witryna Czasopism.pl

nr 10 (236)
z dnia 20 maja 2009
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

FRAGMENTY DYSKURSU MŁODZIEŻOWEGO

Dzisiejsza młodzież używa brzydkich słów. Dzisiejsza młodzież ma trzydniowy zarost. Dzisiejsza młodzież w słonie nie wierzy w ogóle. Młody na starego dybie, a stary młodego unika. Przy okazji młody dusi jeszcze jakieś Centaury, bo jego dzieciństwo w kolebce upłynęło pod znakiem traumatycznych doświadczeń z potworami. Oto dyskurs młodzieżowy w pełnej krasie: zawsze świeży, wręcz wiosenny, a nawet poręczny, gdy trzeba powalczyć o miejsce w tramwaju (choć tu przydaje się w równej mierze dyskurs prenatalny albo epidemiologiczny). Dlatego też wciąż młoda, zaledwie osiemnastoletnia „Dekada Literacka” [nr 5-6 (231-232) 2008] zachęca nas w maju, byśmy usiedli w cieniu kwitnących kasztanowców, odłożyli na chwilę beztroskie zabawy dmuchawcem i oddali się lekturze najnowszego numeru czasopisma, tym razem poświęconego właśnie kategorii młodości w literaturze i kulturze współczesnej. Tak to sobie sprytnie obmyśliła redakcja krakowskiego dwumiesięcznika i zawołała, nie tylko do młodych, gromko i radośnie: „Hej! Ramię do ramienia! Spólnymi łańcuchy opaszmy ziemskie kolisko!”.


O pożytkach, jakie daje hipostaza


A owo „opasanie” przybrało bardzo konkretny wymiar retorycznych… zapasów. W redakcji przy ulicy św. Krzyża odbył się bowiem wiec młodzieży, zlot junaków żywiołowo ze sobą dyskutujących. Zapis ich debaty możemy przeczytać w najnowszym numerze (Czy bunt się ustatecznia? Młodość w literaturze i kulturze współczesnej). Wejściówki na zjazd wręczono także starcom, by zachować równowagę i powagę obrad, ale metryki zostały utajnione – biogramy większości rozmówców, o dziwo, nie pojawiają się w dziale not o autorach. Każdy przyniósł, co miał najlepszego. Młodzieżowe książki, płyty, gry komputerowe. Młodzieżowe paradygmaty. Młodzieżowy język. Moderatorka dyskusji, Paulina Małochleb, zręcznie podsuwała dyskutantom kolejne palące kwestie pod rozwagę. Czy młodzi poddawani są presji rynku? (Tak). Jak młodzież definiuje sama siebie? (Nie definiuje). Jakie ma autorytety? (Różnorakie albo żadne). Jak sobie radzi z problemami finansowymi? (Nie najlepiej).


Czasami w trakcie debaty kategoria młodości oblekała się jednak w jakieś namacalne zjawiska: w personalia, twarze i liczby. Gdzieś tam przemknął Żulczyk, pojawiła się Masłowska, znalazło się miejsce dla Vargi. Miarę skromnego konkretu dopełniły tylko zacytowane przez Jerzego Jerschinę badania socjologiczne. Dlatego trudno oprzeć się wrażeniu, że przez większość czasu dyskutanci posługiwali się konstrukcjami opartymi, w większym lub mniejszym stopniu, na zawsze zdradliwej hipostazie. Określenia typu „młodzież” lub majestatyczne „my młodzi”, bez wyraźnego desygnatu, przybierają podczas czytania zapisu tej debaty postać mgławicowego i trudno uchwytnego bytu, a jednak: bytu traktowanego ze śmiertelną powagą przez szacowne grono rozmówców. Najbardziej jaskrawy przykład zacytować można z wypowiedzi prowadzącej: „W ubiegłym roku na konferencji naukowej zorganizowanej przez IPN i Uniwersytet Szczeciński jeden z historyków zaczął nawoływać, aby młodzi zrobili rewolucję w nauce i zlustrowali prace naukowe i doktoraty obronione po Marcu. Mówił, że trzeba (...) oczyścić środowisko. Nikt nie potraktował poważnie tej propozycji utorowania nam ścieżek, bo wiedzieliśmy, że celem nie jest odmłodzenie uczelni, lecz lustracja”. Przepraszam, że zapytam: wiedzieliśmy? Kto? My młodzi? My młodzi naukowcy? My młodzi krakowscy naukowcy?


Zapewne w trakcie rozmowy kontury omawianego zjawiska dla wszystkich uczestników spotkania jawiły się przejrzyście, bo porozumiewali się między sobą za pomocą skrótów myślowych. Hipostaza (lub jej wulgarne wersje, czyli slogan lub stereotyp) to podstawowy chwyt retoryczny w debacie publicznej. Dzięki temu potok mowy może toczyć się wartkim strumieniem w programach publicystycznych. Trzeba też uczciwie zaznaczyć, że rozmówcy mieli świadomość, że rozmawiają o zjawisku cokolwiek niejasnym i stale dawali temu wyraz w dyskusji. Ale „papierowa” debata (tzn. debata obnażona na papierze) z trudem wytrzymuje taką strategię retoryczną. Tak więc szkoda, że przygotowując tekst do druku, redakcja nie zadbała o komfort czytelnika siedzącego w cieniu kwitnącego kasztanowca. Pożytki z hipostazy są bowiem niewielkie, a straty spore.


Dziecko Rosemary


I już wróciłbym do zabaw dmuchawcem, gdyby nie demoniczny Piotr Sobolczyk, który w brawurowy sposób przykuł moją uwagę (Białoszewski jako wychowawca). Doktor nauk humanistycznych, poeta, prozaik, tłumacz, określający sam siebie mianem enfant terrible polskiej literatury (sic!), postanowił przepracować za pomocą talking cure swoje neurotyczne uwielbienie dla Mirona Białoszewskiego, a właściwie całe swoje dzieciństwo i targaną namiętnościami młodość. A były to namiętności niepospolite. Dowiadujemy się na przykład, że dr Sobolczyk nie lubił kolegów, którzy mieli czelność interesować się Białoszewskim, a nawet żywić dla niego podziw. Przejmujący jest również opis szkolnej alienacji: biedne enfant terrible chowało się pod ławką, by z nienawiści do życia „syczeć bezgłośnie” zapamiętane frazy z twórczości autora Szumów, zlepów, ciągów. Zdarzało się młodemu Sobolczykowi syczeć owe frazy również na głos, na przykład z okna pociągu, który wiózł przyszłego poetę na olimpiadę polonistyczną... Jeśli do tego bogactwa kuriozalnych anegdot dołożymy teoretyczną konstrukcję projektowaną przez autora (opartą na inspiracjach filozofią „pępkocentryczną” oraz psychologią sankhji-jogi), otrzymamy prawie pełen obraz biografii Dziecka Rosemary polskiej literatury.


Vivat Academia! Vivant professores!


Żywot Piotra Sobolczyka, krakowskiego akademika (no, prawie akademika, bo obecnie, po obronionym doktoracie, czyha dopiero na swoją katedrę), mógłby stanowić podstawę niezłej fabuły, której w polskim obszarze książkowym nie może się doszukać Marta Wyka (Żywoty akademików). Autorka recenzji książki Skazani na ciszę Davida Lodge’a na marginesie omawianego szkicu snuje rozważania na temat powieści „akademickiej”. Rzecz nie dotyczy książki dla akademików, lecz o akademikach, którymi u nas nikt jak dotąd (poza Pilchem) się nie zainteresował. A szkoda, powiada Wyka, bo grono profesorów znad Wisły stanowi potencjalnie ciekawą galerię osobliwości, niemal gotowy zestaw postaci fabularnych. W istocie, w Polsce zdarza się na przykład, że profesorowie w obronie swoich żon biją tłumaczy literatury angielskiej. Zdarza się również, że pijani do nieprzytomności prowadzą radosne seminaria. Mają śmieszne nazwiska, tiki nerwowe, niebanalne poglądy i przesądy. Czasami pod pseudonimem publikują różne niestosowne rzeczy… Ale, ale! To już zaczyna przypominać powieść z kluczem, którą Marta Wyka stanowczo odrzuca: „Mnie interesuje profesorski bohater literacki, wymyślony, ale ulepiony z tego doświadczenia, które jest niewykorzystanym źródłem groteski, tragikomizmu, rejestrem feudalnych zachowań, jakich nie powstydziłby się żaden dwór królewski, przeglądem uczuciowym oraz erotycznym obrazem finałów małżeńskich związków, gdzie głównym gwoździem procesowym okazuje się podział wspólnej biblioteki...”. I tak oto Marta Wyka wprowadza do młodzieńczego numeru „Dekady Literackiej” ożywcze (tak, ożywcze!) motywy akademickiej starości. Ja się pod jej wołaniem podpisuję obiema rękami. Obiecuję, że jak tylko ktoś taką powieść napisze i wyda, to ją kupię i przeczytam.

Arkadiusz Wierzba

Omawiane pisma: „Dekada Literacka”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
felieton ___RAMMSTEIN
SKARBY W CHATCE
Wartością sztuki krytycznej jest to, że wywołuje dyskusje i prowokuje do rozmów o wartościach…

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt