Witryna Czasopism.pl

nr 3 (267)
z dnia 25 marca 2011
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ

„Wymawiamy służbę” – to główne hasło tegorocznych manif, których uczestniczki, tradycyjnie – i słusznie – domagały się zaprzestania ekonomicznej dyskryminacji kobiet. Wykształceniem i kwalifikacjami co najmniej dorównujemy mężczyznom, a jednak zarabiamy mniej, rzadziej awansujemy (bo tłuczemy głową o szklany sufit), nasze emerytury też będą gorsze. Domaganie się równych praw to oczywistość, ja dorzuciłabym do tego postulat zmiany wizerunku Polki w kinie, a ściśle rzecz biorąc – w komediach, przede wszystkim w tzw. romkomach, czyli rodzimej odmianie komedii romantycznej, której wysyp od kilku lat obserwujemy zimą w okolicach walentynek.

Problem jest palący, o czym świadczy choćby fakt, że poruszono go w programie Tomasza Lisa, którego zainspirował felieton Krzysztofa Vargi, opisującego męczarnie, jakie – na własne życzenie – przechodził, oglądając polskie komedie. Podkreślam ów masochistyczny aspekt, bo miewam podobne ciągotki, choć mnie ta perwersja mniej kosztuje: nie oglądam ich w kinie, tylko w telewizji. Ta mała oszczędność nie rekompensuje jednak cierpienia psychicznego, bo żadne pieniądze nie wynagrodzą cierpienia wywołanego świadomością, że większość twórców romkomów uważa mnie, czyli potencjalnego widza, za totalną idiotkę. Po raz kolejny przekonałam się o tym, oglądając kilka dni temu Idealnego faceta dla mojej dziewczyny Tomasza Koneckiego i Andrzeja Saramonowicza i wytężając wszystkie siły, by dotrwać do końca seansu. Z romkomami jest jak z kinem bollywoodzkim: obejrzeć jeden znaczy zobaczyć wszystkie. Wszystkie bowiem – w mniejszym lub większym stopniu – popełniają tę samą zbrodnię na intelekcie widza, obrażają jego poczucie humoru i wyczucie smaku. Po Idealnym... mogę powtórzyć za Michałem Chacińskim jego opinię na temat Lejdis, poprzedniego filmu duetu Konecki – Saramonowicz: „Nie jestem targetem tego filmu. Mam mózg, poczucie humoru i wyczucie żenady”. I nie śmieszą mnie nieśmieszne – choć z założenia śmieszne bardzo – komedie, bo odróżniam śmiech od rechotu.

„Jak śmieszy, skoro nie śmieszy?” – zastanawia się w tytule Darek Arest („Film” nr 1/2011) i starając się w tekście na to kluczowe pytanie odpowiedzieć, analizuje romkomowy fenomen. O ile brytyjska odmiana gatunku – na którą rodzimi twórcy lubią się powoływać, często przewrotnie wykorzystując jej reguły, mówi też coś o współczesnej Anglii, o tyle nasza konsekwentnie rozgrywa się w Polsce, czyli nigdzie. Sielankowa i anachroniczna prowincja nie ma wiele wspólnego z dzisiejszą wsią, za to filmowe miasta prezentują iście europejski poziom. Jeśli za kilkadziesiąt lat ktoś potraktuje romkomy jako źródło wiadomości o Polsce pierwszej dekady XXI wieku, zdziwi się, widząc, że bohaterowie jeżdżą samochodami jednej marki, piją ten sam soczek marchewkowy, słuchają tej samej stacji radiowej etc. – aż wreszcie zrozumie, że polskie komedie romantyczne to przede wszystkim kilkudziesięciominutowy blok reklamowy. Product placement jest ważniejszy od dobrego scenariusza, promowanie aktorów związanych z daną telewizją – od możliwości udowodnienia, że potrafią grać. Romkomy bazują na humorze słownym, tyle że ze świecą szukać dialogów na miarę Barei czy wczesnego Machulskiego. Po co się zresztą wysilać, skoro entuzjastyczne reakcje widzów wywołuje soczysta „k....a” rzucona przez bohaterów. A zwłaszcza bohaterki. Wspomniane Lejdis rzekomo były realistyczne i przełomowe właśnie dlatego, że tytułowe panie – nowoczesne, wielkomiejskie trzydziestolatki – klęły. To mnie, też trzydziestolatkę, nieco zdziwiło, bo choć językową purystką nie jestem, to ani ja, ani moje przyjaciółki, nie używamy wulgaryzmów w funkcji przecinków – być może dlatego, że mąż żadnej z nas nie jest (jeszcze) milionerem ani europosłem. Język może z życia (wyższych sfer) wzięty, za to przewidywalna intryga – rodem z przedwojennych komedii typu Dwie Joasie. Pozornie wyzwolone i bezpruderyjne Lejdis w gruncie rzeczy są nieodrodnymi wnuczkami bohaterek granych przez Jadwigę Smosarską, które w momencie pojawienia się „tego jedynego” emancypację zawieszają na kołku. Analogii między romkomami a komediami z lat 30. jest więcej: oparte na stereotypach, przewidywalne do bólu, z banalną intrygą, obowiązkowym happy endem, stałym zestawem aktorów grających nie tyle ludzi, ile typy postaci, a do tego z konserwatywnym przesłaniem. Co prawda, współczesne komedie czasami udają, że przełamują jakieś tabu (vide wątki lesbijskie w Idealnym facecie...) i że mają w sobie ducha anarchii. Podobnie z erotyką: przed wojną musiała ograniczyć się do pocałunków, dziś teoretycznie może posunąć się dalej, ale w praktyce wygląda to jak w Och, Karol 2: remake pierwszej polskiej komedii erotycznej pozbawiony jest nie tylko naocznej erotyki, ale i erotycznego napięcia czy choćby szczypty pikanterii. Wśród bohaterów genialnej komedii To właśnie miłość mistrza gatunku, Richarda Curtisa, jest para erotycznych dublerów, którzy podczas wspólnej pracy zakochują się w sobie – w polskim filmie taki motyw jest nie do pomyślenia, chyba że w wersji zwulgaryzowanej, za to bez nagości. Wracając do analogii z kinem przedwojennym: zarówno wtedy, jak i dziś, mimo często miażdżących recenzji, polski widz masowy kocha polskie komedie, czego dowodem pełne sale multipleksów. I rechot w odpowiedzi na szalenie dowcipne kwestie w rodzaju: „Brawo! Wygrałeś talon na kurwę i balon” (cytat z Weekendu Cezarego Pazury). Jak śmieszy, skoro nie śmieszy? A może właśnie śmieszy, tylko nie mnie, kinową snobkę. Może twórcy romkomów lepiej ode mnie znają owego statystycznego, szarego polskiego widza i wiedzą, co go bawi. Wydaje mi się, że to problem z gatunku „co było pierwsze – jajko czy kura?”. Polskie komedie są głupie, bo takich oczekuje widz, czy odwrotnie, to on przystosowuje się do ich poziomu? We wspomnianym programie Tomasza Lisa znacząca była wypowiedź Ilony Łepkowskiej, że w Polsce trudno byłoby zrobić Doktora House’a czy Jak zostać królem?; szkoda, że prowadzący nie poprosił scenarzystki o rozwinięcie tematu. Naprawdę chciałabym wiedzieć, dlaczego zdaniem najbardziej kasowej polskiej scenarzystki „się nie da” – w końcu to dosyć kameralne historie, bez kosztownych dekoracji czy efektów specjalnych. Kojąca atmosfera szpitala w Leśnej Górze z socjopaty House’a zrobiłaby zapewne przepełnionego miłością bliźniego Judyma, a jego czarny humor zmieniłby się w nieznośny sentymentalizm – pytanie tylko, czy takie byłyby oczekiwania widzów, czy też może brakuje odwagi (i talentu) naszym scenarzystom? Romkomy ostatnich kilku lat pokazują przecież, że ci ostatni nie muszą się zbytnio wysilać, bo polski widz, wierny regule inżyniera Mamonia, lubi te komedie, które zna, nawet jeśli nie śmieszą i obrażają go swoim poziomem.

A przecież – w co wierzę – polski widz potrafi docenić bardziej subtelny humor, lubi absurd i groteskę, czego dowodem Rewers, czarna komedia Borysa Lankosza, która może nie biła rekordów oglądalności, ale mocno zaznaczyła swoją obecność w kinach. Rewers na tle polskiego kina jest wyjątkowy nie tylko jako antymartyrologiczna opowieść o Polsce czasów stalinizmu, ale i jako jeden z nielicznych filmów z ciekawymi kobiecymi bohaterkami. Spora w tym zasługa scenarzysty, Andrzeja Barta, ale przede wszystkim – trzech aktorek: Agaty Buzek, Krystyny Jandy i Anny Polony. Film Lankosza to jeden z wyjątków potwierdzających regułę, że wizerunek kobiety w polskim kinie potrzebuje liftingu. Ten dotychczasowy jest, jak w lutowym „Filmie” przekonuje Bartosz Staszczyszyn (Kobiety [niestety]), mocno ograniczony: cel życia filmowej Polki to znalezienie i usidlenie w miarę znośnego faceta. Widać to właśnie w romkomach, choć autor nie ogranicza się tylko do kina gatunkowego. Nie ze wszystkimi jego tezami się zgadzam (vide wyjątkowość Przemian Barczyka), ale wyraźna zmiana i wyjście poza stereotyp Matki Polki czy skupionej na facetach i tipsach trzydziestoletniej idiotki są konieczne. I możliwe, przecież Polska jest kobietą i to niegłupią. Najwyższy czas, by dostrzegli to także filmowcy.

Katarzyna Wajda

Omawiane pisma: „Film”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
A CO Z TYM... „HA!ARTEM”???
PO STRONIE WYOBRAŹNI
Kreacja mitu

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt