Witryna Czasopism.pl

nr 4 (230)
z dnia 20 lutego 2009
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

WYOBRAŹNIA − SZCZĘŚLIWA WINA HUMANISTYKI

1.

Parokrotnie zdarzyło mi się usłyszeć w różnych okolicznościach prosty, by nie powiedzieć – prostacki dowcip. Otóż pyta ktoś rolnika, jak objaśniłby pojęcie czasoprzestrzeni. Rolnik odpowiada: „Aaa, panie, to znaczy kopać od teraz do tamtego zagajnika”. Siermiężne poczucie humoru zawarte w anegdocie prowokuje do przeprowadzenia analizy, na czym ta „mądrość ludowa” została zbudowana. Można by powiedzieć, iż oto właśnie doszło do konceptystycznego przełożenia abstrakcji (podwójnie skomplikowanej, będącej wszak złożeniem abstrakcyjnych pojęć czasu i przestrzeni) na język konkretu, oraz zastanowić się, dzięki czemu taka translacja z abstraktu w konkret była możliwa. Niewykluczone, że jedną z odpowiedzi, jakie by padły, byłaby wyobraźnia.


2.

A gdyby tak podany wyżej dowcip włączyć do sfery „popularyzacji nauki” i potraktować go jako sposób na pokazanie praktycznego wymiaru naukowych dociekań, teoretycznych konstrukcji, życiowego charakteru badań eksperymentalnych – oczywiście, przy zachowaniu świadomości, iż mamy do czynienia z historyjką, która na dobrą sprawę mogłaby stać się udziałem niejednego akademika z wydziału nauk ścisłych? Wyobraźnia, władza łączenia różnych heterogenicznych danych w spójną całość, mająca niekiedy walory objaśniające, byłaby wówczas nieodzownym narzędziem dydaktycznym.

O wiele ciekawsza jest jednak kwestia, czy istnieje przestrzeń dla − by rzec w duchu kantowskim − władzy wyobraźni w sferze nauki, rozumianej jako proces badawczy, nie zaś jako prezentacja efektu mozolnych dociekań w gabinecie, laboratorium i terenie. Wydawać by się mogło, iż od nauk (czy to przyrodniczych, czy to humanistycznych) należałoby oczekiwać jedynie precyzji, jasno określonej metody, klarowności wywodu i nieuchronności konkluzji. Takie postulaty dawno już zostały odwieszone do szafy jako nierealne, wielokrotnie wykazano społeczne zanurzenie procedur naukowych, jak i relatywność samych języków teoretycznych, którymi się posługujemy, a przez to również relatywność generowanych w oparciu o te systemy prawd. Skoro taka ścisłość jest niemożliwa, może zatem warto wprowadzić do zasobnika pojęć metodologicznych kategorię wyobraźni, która – podobnie jak intuicja – należy do innego słownika aniżeli „metoda” czy „prawda”. W świetle tekstów zamieszczonych w „Przeglądzie Filozoficzno-Literackim” nr 4 (21) 2008, oscylujących wokół Wyobraźni antropologicznej Andrzeja Mencwela, okazuje się, że uprawianie humanistyki, niezależnie właściwie od opcji teoretycznej i „-izmu”, do którego aktualnie się poczuwamy, jest niemożliwe bez odwołania się do wyobraźni.

Temat się zatem w jakiś sposób zawęża: opuszczamy rewiry nauki rozumianej szeroko (śladowe nawiązania do niej pojawiają się tylko w tekście Ewy Kosowskiej, Wyobraźnia w antropologii literatury, wskazującej na obecność wyobraźni w naukach takich jak matematyka), natomiast skupiamy się na humanistyce i na perspektywie antropologicznej, którą swymi studiami wyznaczył Mencwel, niewątpliwy główny bohater czwartego zeszłorocznego numeru „Przeglądu”.


3.

Wizja wyłaniająca się z pisarstwa Andrzeja Mencwela została gruntownie omówiona na panelu dyskusyjnym, w którym udział wzięli: Leszek Kolankiewicz, Jerzy Szacki, Bartosz Korzeniowski, Karol Modzelewski, Henryk Samsonowicz, Roch Sulima, Dariusz Śnieżko, Stanisław Obirek i Andrzej Walicki. Heterogeniczny dobór dyskutantów (co oni sami notabene zauważają) odzwierciedla heterogeniczność projektu intelektualnego stworzonego przez Mencwela, tj. wizji kultury jako komunikacji i sposobu ujmowania kultury z dwóch perspektyw jednocześnie. Pierwsza, teoretyczna, pozwala budować modele i uogólnienia, druga, historyczna, umożliwia analizę – przy odwołaniu do owych teoretycznych narzędzi – dokonujących się w czasie przekształceń skonkretyzowanych już modeli, ich zniknięć i nieoczekiwanych powrotów, a także pozwala śledzić zmiany rozkładu akcentów pomiędzy elementami tworzącymi poszczególne systemy kulturowe. Dyskusja okazuje się pasjonującym zbiorem stanowisk, tak jak i pasjonująca jest książka Mencwela, jednak wydaje się, że mamy do czynienia z osobnymi głosami, występującymi wprawdzie obok siebie, ale nie do końca umiejącymi się ze sobą porozumiewać. Zapis panelu każe się zorientować, że uczestnicy są aż za bardzo przygotowani do wygłoszenia swoich wystąpień, zamieniających się w miniaturowe referaty poświęcone wybranym zagadnieniom, natomiast nie ma miejsca na prawdziwą wymianę opinii. Lepiej by może było, gdyby każdy z dyskutantów przekuł swoje wystąpienie w autonomiczny esej, zamiast tylko markować dialogiczność. To, co udało się Mencwelowi w jego książce, tj. połączenie różnych perspektyw, nie zadziałało podczas spotkania i debaty uczonych, zawodowo te perspektywy reprezentujących.

Rzeczona dyskusja otwiera numer i stanowi sążnistą uwerturę do tekstów, których autorzy spróbowali twórczo nawiązać do kategorii wypracowanej przez Mencwela. Naukowa polifoniczność nie powinna dziwić: kulturoznawstwo jako pewien akademicki projekt zrodziło się wszak po części z niechęci do uświęconego tradycją podziału na dyscypliny akademickie; nauka o kulturze, antropologia kulturowa i kulturoznawstwo stawiały sobie za cel możliwie jak najszerszą refleksję nad człowiekiem i jego aktywnością w otaczającym go świecie. Jeśli zatem poszczególne teksty zgromadzone w numerze podejmują jakiś problem, przyjmując określony, na pozór „klasyczny” punkt wyjścia, to zawsze okazuje się, że przyświeca im poważniejszy zamysł, a mianowicie pragnienie powiedzenia czegoś zarówno o kulturze, jak i o sposobie jej badania. Warto przybliżyć te próby w oparciu o kilka choćby przykładów podanych dla zwiększenia klarowności wywodu, jak i dla zachęty, bo „Przegląd” godzien jest lektury, i to wielokrotnej.


4.

Wprowadzenie kategorii wyobraźni do badań historycznych przełamuje pewną określoną wizję historyka jako kolekcjonera faktów, choć nie od dziś wiadomo, że historyk takim kolekcjonerem nie jest, owszem, kolekcjonuje fakty, ale potem tka z nich narrację w określonej poetyce, wyciąga takie, a nie inne wnioski − dokonuje pracy intelektualnej, która wykracza daleko poza chronologiczne uporządkowanie danych. Sytuacja nie jest może jeszcze tak bardzo problematyczna dla historyków czasów nam najbliższych – taki historyk dysponuje ogromną ilością źródeł, czasami może zebrać relacje żyjących świadków, próbować konfrontować je ze sobą, szukać dokumentów. Problem rodzi się, gdy stawia sobie za cel przedstawienie przeszłości bardzo od nas odległej – większość źródeł została najprawdopodobniej bezpowrotnie utracona, a te, które pozostały, przypominają nomen omen potrzaskane naczynia.

Przypadek takiego historyka rozważa w swoim studium Antyk grecki, antropologia i wyobraźnia Włodzimierz Lengauer: pokazuje on przesłanki do powstania projektu antropologii historycznej, wykazuje również niewątpliwe korzyści płynące z przyjęcia takiej perspektywy badawczej. Główny powód został już wskazany: kultura antyczna jest nam dostępna jedynie dzięki okruchom fragmentów tego zamierzchłego świata, zachowane teksty, pozostałości architektury, sztuki użytkowej − im te ślady starsze, tym jest ich mniej, a przez to coraz ciężej jest dokonać wiarygodnych historycznych rekonstrukcji. Grecja archaiczna to konstrukt akademicki, powstały w oparciu o poszlaki, które trzeba było jakoś ze sobą połatać. Odtworzenie takiego obrazu jest oczywiście częściowo możliwe poprzez tropienie w tekstach późniejszych wzmianek o okresie archaicznym (tak czynią badacze w odniesieniu do eposów homeryckich, traktując je poniekąd jako zapis społecznie przeniesionej pamięci historycznej Greków), ale nie wszystko da się w ten sposób wydobyć i ułożyć na powrót w całość.

Zrodził się zatem pomysł, by zastosować badania porównawcze i poszukać podobieństw pomiędzy archaiczną kulturą Greków a współcześnie obserwowanymi przez antropologów kulturami mniej zaawansowanymi technologicznie. Pomysł ten wydaje się zachowywać niezwykłą świeżość, mimo że zdążył już obrosnąć w bogatą literaturę, promieniując ponadto z departamentów historii antycznej na pozostałe katedry i zakłady historii. Bez antropologicznej intuicji, badawczej otwartości i empatii nie uda się nam bowiem uchwycić nawet w przybliżeniu tego, co działo się choćby sto lat temu. Cofając się w badaniach w przeszłość, spotkamy tam jedynie nasz aparat pojęciowy i z nim też w teraźniejszość wrócimy, a nie o to przecież chodzi. Antropologia historyczna spod znaku Pierre’a Vidal-Naqueta wydaje się być receptą na to, jak historyk ma dotrzeć do odległej kultury, z zachowaniem szacunku dla jej inności i odrębności. Historycy wykazujący w swoich badaniach skłonność do odwoływania się do badań lub aparatu pojęciowego antropologii ponadto mają nie byle jakiego patrona, co zaznacza Lengauer: u Herodota bowiem dopatrują się fantastycznej syntezy historiograficznej skrupulatności i antropologicznego zacięcia do obserwowania i wnikania w sferę nie-greckich nomoi, kultur. Bez wyobraźni i antropologicznej intuicji nie byłoby to możliwe.


5.

Ekstrapolacja tej metodologii może być również dokonana w sferze badań literackich (dowodem studia Mencwela, a także teksty Ewy Kosowskiej i Grażyny Borkowskiej), ale domaga się też filozoficznej problematyzacji. Nie chodzi tutaj bynajmniej o refleksję nad samą władzą wyobraźni (choć i takie nawiązania − do Kanta, Arystotelesa − pojawiają się w tomie), ale o spotkanie z odmiennością, które jest efektem pracy wyobraźni antropologa-kulturalisty, historyka badającego przeszłość za pomocą metod antropologicznych i im podobnych badaczy.

Problemu tego dotyczą dwa − obydwa świetne − studia w tomie „Przeglądu”. Jacek Migasiński w tekście Zobaczyć niewidzialne śledzi linię rozwoju idei pomiędzy Husserlem, Merleau-Ponty’ym i Levinasem. Pokazuje przekształcenia, jakie dokonywały się w obrębie ich własnej myśli (np. porzucenie ściśle egologicznego myślenia u Husserla i dostrzeżenie ogromnego, dla nas dzisiaj oczywistego, znaczenia problemu ciała w poznaniu), a także wzajemne „podchwycenia” wątków między tymi trzema myślicielami. W rezultacie okazuje się, że w dużej mierze − ale i w dużym uproszczeniu − dążyli oni do zbudowania podobnych konstrukcji: do wskazania w świecie zamieszkałym przez samotną kartezjańską podmiotowość przestrzeni, w której mógłby pojawić się Inny − czy to jako gwarant intersubiektywności, czy też jako etyczne wyzwanie.

Jeszcze ciekawsze jest studium Grzegorza Godlewskiego („Wyobraź sobie grę językową...”, czyli o pożytkach z wyobraźni w antropologii słowa) poświęcone Wittgensteinowi, ale poświęcone mu w sposób jakże odmienny od tego, co zwykło się czynić wśród filozofów analitycznych i egzegetów tego myśliciela. Wittgensteina pokazano tutaj nie jako jednego z reprezentantów obozu analitycznego ani jako filozofa języka, zajmującego się stabilnością znaczeń, tworzącego paradoksy mające tę stabilność zakwestionować, ale jako myśliciela, którego refleksja nad językiem jest jedynie odblaskiem głębszych, antropologicznych intuicji. Staje się to jasne w momencie, kiedy myśliciel z Cambridge dotyka problemu potencjalnej nieskończoności możliwych gier językowych, kiedy próbuje ogarnąć wyobraźnią ich kontinuum i gdy uruchamia do tego wyobraźnię. Przykłady i aforyzmy, których Wittgenstein używa, nie są jeszcze tak zużyte jak przykłady serwowane przez współczesnych filozofów analitycznych. Wittgenstein próbuje za pomocą wyobraźni ogarnąć wielość faktów, uchwycić je − wyobraźnia zaś służy mu za wehikuł umożliwiający podróż mentalną, staje się kimś w rodzaju lingwistycznego antropologa, który gry językowe i ich wielość próbuje ogarnąć niczym etnolog badający wielość całkowicie odmiennych kultur. Nie bez przyczyny Wittgenstein czytał Frazera i czynił notatki na marginesach Złotej gałęzi... Tak jak w interpretacji Richarda Shustermana Wittgenstein stał się jednym z praktyków życia filozoficznego, tak w ujęciu Godlewskiego autor Dociekań filozoficznych jawi się jako umysł obdarzony niezwykłymi antropologicznymi intuicjami, tyle że zamaskowanymi w tekstach, które nie są ani antropologiczne, ani filozoficzne − w akademickim sensie tych terminów.


6.

Nie bez przyczyny też Wittgenstein jest jednym z patronów etnolingwistycznych badań nad komunikacją międzykulturową prowadzonych przez Annę Wierzbicką. Przekład jednej z jej prac ukazał się w serii „Communicare” wydawanej pod patronatem Andrzeja Mencwela. Dzięki temu numerowi „Przeglądu” przypatrzymy się projektowi intelektualnemu, który przyniósł już owoce niezwykłe, a to, co w tej chwili widzimy, i tak jest zaledwie zapowiedzią tekstów, które nadejdą i koncepcji, które powstaną.

Michał Choptiany

Omawiane pisma: „Przegląd Filozoficzno-Literacki”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
PUBLICZNE − WSPÓLNE CZY NICZYJE?
OKIEM I UCHEM
ANDRZEJ STASIUK JEDZIE DO ROSJI

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt