Witryna Czasopism.pl

Nr 14 (131)
z dnia 12 maja 2005
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

DWUZNACZNY UROK ANDROGYNA

Za moich studenckich czasów krążył lingwistyczny dowcip o tym, jak to przychodzi pół baby do lekarza, ten pyta „Co pani jest”, a w odpowiedzi słyszy „Ba!”. Oczywiście, im kto miał mniej do czynienia z teorią języka, tym trudniej było mu się z niego śmiać. Zastanawiam się, czy owo pół baby – z racji niedookreśloności płci – mieściłoby się w definicji androgyna, istoty transgenderowej, o której w swoim tekście, zamieszczonym w majowym „Filmie” (numer 5/2005) pisze Karolina Kosińska (Komu potrzebna jest płeć).

Kino kocha to, co niezwykłe, kontrowersyjne, nieuchwytne, dlatego i androgyn szybko znalazł swoje miejsce na ekranie. Pierwszą gwiazdą, która, co podkreśla autorka, ostentacyjnie łączyła kobiecość z męskością, była Marlena Dietrich. I tak aktorka, która w Błękitnym aniele – jako kabaretowy wamp Lola Lola – bezwstydnie pokazywała uda, wyznając śpiewem „Jestem tylko po to, by kochać mnie”, w nieco późniejszym Maroku, ubrana we frak i cylinder, całowała w usta piękną nieznajomą. Fakt, w filmie ostatecznie zwyciężyła jej kobiecość, nawet melodramatycznie stereotypowa (bohaterka wędruje przez pustynię za ukochanym, granym przez Gary’ego Coopera), ale poza ekranem Marlena była równie prowokacyjna i niejednoznaczna – uwielbiała spodnie i garnitury, miewała i kochanków, i kochanki. Jej wielka filmowa rywalka, Greta Garbo, była bardziej powściągliwa, choć jej męskie przebranie – tytułowa rola w Królowej Krystynie – również przeszło do historii kina.

Kodeks Haysa – i fala konserwatyzmu w kinie hollywoodzkim – znacząco wpłynął na ekranową obecność androgyna: prowokację kamuflowano humorem i w efekcie to panowie, najczęściej z konieczności niż szczerej chęci, przebierali się w filmach w damskie ciuszki. Wśród tych obrazów prawdziwą perełką jest Pół żartem, pół serio Billy’ego Wildera, nie tylko dlatego, że to doskonała komedia (kto nie pamięta ognistego tanga „Daphne” i milionera z różą w zębach?), ale też ze względu na swoją seksualną dwuznaczność i stawianie pytania o istotę płci. Do tej tradycji po latach nawiązywał Tootsie, w którym grany przez Dustina Hoffmana bezrobotny aktor Michael, będąc mężczyzną, jest osobnikiem dosyć przeciętnym, ale kiedy – zmuszony przez trudną sytuację i przedłużające się bezrobocie – udaje kobietę, osiąga sukces. Dopiero jako Dorothy może zabłysnąć i stać się prawdziwą gwiazdą.

A jak pod tym względem prezentuje się polskie kino? Kosińska nie pozostawia złudzeń: na tym polu ilościowo tradycje mamy skromne, ale liczy się jakość – kto nie widział „polskiej Mae West”, czyli Eugeniusza Bodo śpiewającego w przedwojennym filmie Piętro wyżej, że „sexappeal to nasza broń kobieca”? Strach pomyśleć, że tej kultowej sceny nie byłoby, gdyby nie cukiernik z Radomia, który zgodził się wyłożyć pieniądze na produkcję, jeśli aktor przebierze się za kobietę – wcześniej widział go w pełnej przebieranek farsie Ciotka Karola, która ponoć bardzo mu się spodobała.

Dla androgyna najbardziej łaskawe były lata 70. – epoka hippisów, rewolucji seksualnej i glam rocka, którego niekwestionowanym królem był Dawid Bowie i jego sceniczne alter ego Ziggy Stardust. Inne gwiazdy nurtu – Bryan Ferry, Marc Bolan, Iggy Pop, Lou Reed – były androgyniczne, ale Bowie przekraczał granice płci, nijak nie pozwalając się określić i zaszufladkować. Do tamtej epoki, nieco nostalgicznie, nawiązywał film Toda Haynesa z 1998 roku pt. Idol (angielski tytuł Velvet Goldmine był bardziej znaczący), którego główny bohater przypomina Bowiego i jego sceniczne wcielenie. Zastanawiające, że w latach 70. żaden reżyser nie wykorzystał popularności trendu, poza Nicolasem Roegiem i jego Człowiekiem, który spadł na Ziemię. Kosińska podkreśla, że paradoksalnie najbliżej nurtu był kultowy dziś Rocky Horror Picture Show, którego główny bohater, transwestyta Frank’N’Further, uwodzi przykładną heteroseksualną parę, sprawiając, że partnerzy zaczynają zdawać sobie sprawę z dosyć śmiałych pragnień, jakie w nich drzemią.

Epidemia AIDS to kolejna cezura w dziejach androgyna – seksualną swobodę ograniczył strach, ale niektórzy mężczyźni nadal podkreślali swoje kobiece pierwiastki, czego przykładem chociażby nurt new romantic w muzyce i zespoły pokroju Duran Duran. Pojawiły się też kobiety-ikony nurtu, jak Grace Jones i Annie Lennox – ta pierwsza, aktorka i modelka, przypominała gladiatorkę (pejoratywne pojęcie „babochłop” też znalazłoby tu swoje zastosowanie), z kolei wokalistka Eurythmics, krótko ostrzyżona, w garniturze, reprezentowała typ chłodnej chłopczycy. I to właśnie w latach 80. pojawiła się moda uniseks, dziś oczywista, wtedy nowatorska.

Ostatnia dekada XX wieku w kinie przyniosła falę filmów o androgyne – zarówno dokumentów, często kontrowersyjnych, ukazujących życie transseksualistów czy transwestytów, jak i głośnych fabuł, na czele z Priscillą, królową pustyni i Nie czas na łzy. Współczesne kino też chętnie podejmuje temat – by wspomnieć choćby o twórczości Pedro Almodovara. Dziś motyw androgyne stanowi właściwie część popkultury – czym innym, jeśli nie jej odmianą, jest metroseksualność, której ikoną jest chociażby David Beckham? Gra z własną płcią – przynajmniej na scenie czy na ekranie – jest czymś zwyczajnym, zmieniają się definicje męskości i kobiecości, zacierają granice. Czy ktoś zarzuci np. Brianowi Molko z Placebo, że jest zniewieściały, bo ma cienie na powiekach? Androgyn nie jest już tabu – może i dlatego, że w jakimś stopniu stanowi odzwierciedlenie tęsknoty za pełnią, połączeniem pierwiastka męskiego z kobiecym. „Nikt nie jest doskonały” – głosi ostatnia kwestia Pół żartem, pół serio – oczywiście, że tak, ale androgyn przynajmniej jest oryginalny w swojej niejednoznaczności. I komu jak komu, ale jemu płeć rzeczywiście chyba nie jest zbytnio potrzebna.

Katarzyna Wajda

Omawiane pisma: „Film”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
„ROMANTYZM, TAKI POZYTYWNY”1
LOGIN/LOGOUT
felieton___NAJLEPSZE PISMO KULTURALNE

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt