Witryna Czasopism.pl

nr 12 (190)
z dnia 20 czerwca 2007
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

BERGMAN WIELKIM REŻYSEREM JEST

Opadły już nieco emocje związane z pojawieniem się listy Giertycha i kolejne odsłony tego żenującego spektaklu, deklaracje ministra typu „na Gombrowicza nie ma zgody, ale Sienkiewicz musi zostać” – przyjmuje się raczej wzruszeniem ramion. Niespecjalnie dziwi fakt, iż spis lektur po ministerialnej korekcie razi anachronicznością (powieści Dobraczyńskiego i Kossak-Szczuckiej nie ma nawet w programie polonistyki), a i nieuctwo pracowników MEN nie zaskakuje; zresztą, przypisanie autorstwa Obrony Sokratesa Arystotelesowi skłonna jestem odczytywać jako wyraz czujności pracowników – podanie imienia Platona mogłoby oznaczać promocję homoseksualizmu. Innymi słowy, trudno się spodziewać, by środowisko ksenofobiczne, próbujące lansować czarno-białą wizję świata i patriotyzm „ku pokrzepieniu serc”, było zainteresowane literaturą wykraczającą poza te schematy, zwłaszcza autorstwa Niemca, Żyda, Rosjanina czy – Boże broń – geja. Tym, co jednak szczególnie irytuje, jest bałamutna argumentacja, że oto propozycje zmian wyszły od nauczycieli i rodziców. Jako polonistce trudno mi uwierzyć, iż wśród uczących polskiego są tacy, którzy uważają, że licealista nie musi znać Kafki czy Gombrowicza. A jeśli są, to stanowią mniejszość i w tym kontekście zasada pars pro toto nie powinna być w mocy. Najzabawniejszy był jednak argument, że rzekomo to rodzice prosili o wykreślenie Zbrodni i kary – ze względu na jej zbytnią brutalność. Wyobraźnia podsuwa obraz wyrośniętego 16-latka, który w środku nocy budzi się z krzykiem, przybiega doń matka, pytając „Znowu koszmarny sen? Raskolnikow... ?”. Jeśli Dostojewski jest zbyt brutalny, to co począć np. z bajkami braci Grimm? Za moich czasów była to lektura wczesnej podstawówki, w wersji ocenzurowanej, owszem, ale i tak prawdziwa krew leciała z bucików sióstr Kopciuszka. Bądźmy szczerzy, współczesnego licealistę, dziecko kultury obrazkowej i Internetu, Zbrodnia i kara może przerażać, ale raczej swoją objętością niż drastyczną zawartością. Nie takie rzeczy przeciętny nastolatek widział i nie zdziwiłabym się, gdyby w swoim komputerze miał np. epatujące przemocą filmy zaliczane do nurtu tzw. torture porno lub gorno, o których w czerwcowym „Filmie” (6/2007) pisze Elżbieta Ciapara (I ty możesz zostać Kanibalem). Oczywiście, opisywane tu ociekające krwią obrazy (w rodzaju Hostela czy Piły) to przykłady ekstremalne, do których obejrzenia nie namawiam nie tylko ze względów pedagogicznych, ale i estetycznych – są to krwawe jatki wyłącznie dla koneserów gatunku. Wystarczy jednak zajrzeć do osiedlowej kafejki internetowej, by zobaczyć dziesięciolatków likwidujących wirtualnych wrogów – przy tym Raskolnikow z siekierą to amator.

Dla części uczniów nie ma oczywiście znaczenia, czy na liście lektur będą Listy Nikodema, czy Ferdydurke, bo i tak ograniczą się do bryków. Inni zaś sięgną po książki Gombrowicza czy Witkacego, nawet (a może zwłaszcza) jeśli te z listy znikną. Nie zmienia to jednak faktu, że należą one, tak jak powieści Kafki czy Dostojewskiego, do kanonu, który powinno się znać, bez względu na to, czy kogoś one zachwycają, czy nie. Podobnie jak filmy Ingmara Bergmana. Czy Bergman dziś zachwyca? Zachwyca – pisze na wstępie swojego tekstu (Czy Bergman był Polakiem?) Bartosz Żurawiecki – zwłaszcza młode pokolenie. Tak przynajmniej wynika z recenzji młodych krytyków publikowanych na łamach „Filmu” przy okazji ponownego wprowadzenia na ekrany 10 filmów reżysera. Żaden z autorów nie odważył się podnieść ręki na mistrza, zakwestionować wielkości dzieł, polemizować czy zasugerować, że przez 40 lat bardzo się zestarzały. Zachwyt to szczery czy przejaw oportunizmu, bo Bergman wielkim reżyserem jest? Pozycji mistrza nikt nie odważy się podważać, ale, jak podkreśla Żurawiecki, bojaźliwy szacunek byłby najprostszym wytłumaczeniem, kwestia jest z pewnością bardziej skomplikowana – wszak młodzi z reguły chętnie obalają pomniki. Filmy Bergmana jednak, mimo nikłej liczby wyprodukowanych kopii, mają całkiem sporą publiczność. Oczywiście, nie bez znaczenia jest fakt, że owe 10 tytułów to arcydzieła szwedzkiego twórcy – na czele z Siódmą pieczęcią, Jesienną sonatą czy Gośćmi Wieczerzy Pańskiej – które znajdziemy w każdym filmoznawczym leksykonie. Sam reżyser jest zadowolony zaledwie z kilku, w ogromnej filmografii ma zresztą utwory wyraźnie słabsze, np. komedię O tych paniach, czyli – cytat z moich studenckich notatek – „legendarny gniot Bergmana”. Jego twórczość, przypomina autor tekstu, przez lata funkcjonowała jako synonim sztuki wysokiej, kina artystycznego, trudnego i elitarnego, z drugiej jednak strony jego filmy trudno by nazwać arcydziełami bez skazy. Z perspektywy czasu widać pewną manierę, ba, czasami trącają nudą (jak twierdzą teoretycy, kino artystyczne musi być nudne), ale – jak zauważa Żurawiecki – te słabości podkreślają uniwersalizm dzieł filmowych, przybliżają do życia, z którego przecież wyrosły. Kino Bergmana wcale nie jest przeintelektualizowane, artystowskie i wydumane, jest za to podszyte biografią reżysera, jego obsesjami i lękami. Strach przed śmiercią, samotność, nieumiejętność porozumienia z drugim człowiekiem, milczenie Boga – to problemy i emocje bliskie każdemu z nas. Nie będę się snobować i udawać, że kino Bergmana zachwyca mnie absolutnie; niektóre filmy obejrzałam wyłącznie z obowiązku, innych pewnie nie zrozumiałam, ale kilku z nich nigdy nie zapomnę. Ten ukochany – Tam, gdzie rosną poziomki – obejrzałam w dniu przyjęcia na studia. Miałam 19 lat, ale słysząc, jak Sara mówi profesorowi Bergowi, że jest stary – również poczułam się jak staruszka. Mój przyjaciel i rówieśnik zwierzył mi się, że czuł dokładnie to samo. Melancholijny uśmiech Ingrid Thulin, Rycerz i Śmierć nad szachownicą, danse macabre na wzgórzu, zlewające się twarze Liv Ullman i Bibi Andersson – te obrazy pamiętam, te filmy mnie zachwycają, dla mnie Bergman wielkim reżyserem jest. I nie wątpię w szczerość zachwytu młodych recenzentów, którzy w filmach sprzed paru dekad odnajdują coś osobistego. W filmach niełatwych, smutnych, depresyjnych nawet, bynajmniej nie realizowanych ku łatwemu pokrzepieniu serc; dla kinomana to lektura obowiązkowa, szczęśliwie poza jurysdykcją MEN.

Katarzyna Wajda

Omawiane pisma: „Film”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
felieton ___UWAGA!
NIEJAKI PIRELLII I TAJEMNICA INICJACJI
Rozkoszne życie chełbi

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt