Witryna Czasopism.pl

nr 16 (194)
z dnia 20 sierpnia 2007
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

FANDOM DYSKUTUJE O KRYTYCE

W poprzedni weekend (11-12 sierpnia 2007) na łamach „Dziennika” ukazało się podsumowanie trwającej tam od początku lipca dyskusji-ankiety na temat najbardziej docenianych i niedocenianych pisarzy, będącej powtórzeniem ankiety przeprowadzonej równo 15 lat temu przez Włodzimierza Boleckiego na łamach paryskiej „Kultury”. Z podsumowania dokonanego piórami tegoż właśnie prof. Boleckiego, Magdaleny Miecznickiej oraz Piotra Kępińskiego, wypływa w zasadzie kilka cokolwiek jałowych obserwacji, które można zamknąć w czterech sądach: (1) jeden krytyk wychwala książkę pod niebiosa, a drugi zrównuje jej autora z ziemią; (2) jak to dobrze, że mamy pluralizm dyskursów krytycznoliterackich; (3) krytyka, podobnie jak sama literatura, podlega urynkowieniu oraz (4) pamiętaj, krytyku, że i ciebie mogą skrytykować. Po szczegółowe uzasadnienia poszczególnych wyborów krytycznych trzeba sięgnąć do artykułów, które po kolumnach „Dziennika” przewijały się w minionym okresie. Wtedy dopiero będzie można się dowiedzieć, dlaczego Maciej Urbanowski nie przepada za pisarstwem Pilcha, a Cezary Michalski − Stasiuka, który pisarz pisze w bolesny sposób o Polakach i czy naprawdę tylko poeci portretują nasze czasy, a powieść i proza jako taka trwają w uwiądzie... Tymczasem w sierpniu wydany, trzeci już w tym roku numer „Czasu Fantastyki” [nr 3 (12) 2007] przynosi wieści pozornie tylko z innej planety. Okazuje się bowiem, że na podwórku literatury fantastycznej działają podobne mechanizmy, jak w tak zwanym mainstreamie, że tak samo dochodzi do środowiskowych walk, do stawiania diagnoz krytycznych „pod kolegów” bądź pisania powieści pod publiczkę.

Fantastyka, latami traktowana jako uboższa (jeśli nawet nie kompletnie nędzna) krewna literatury głównonurtowej, rządzi się podobnymi prawami jak jej zamożna ciotka, choć ciężko jest przebić się jej do szerszej opinii publicznej (życie krytyki literackiej SF dobija się zazwyczaj do działów kultury ogólnopolskich dzienników na okoliczność przyznania nagrody im. Janusza Zajdla). Na takie przebicie nie mają też szansy teksty z omawianego numeru „Czasu...” (podtytuł „Dwumiesięcznik dla zaawansowanych” jednak zobowiązuje!), ale nie powinno to przeszkodzić mi w rzuceniu okiem na bolączki fantastycznych krytyków literackich (przyznam, że mam problemy z tą ambiwalentną frazą).

Postawienia diagnozy podjęli się Robert Klementowski (tekst Literatura w czasach przełomu, czyli − „A nie mówiłem!”) oraz uczestnicy dyskusji moderowanej przez Wojciecha Szydę: Jacek Sobota, Maciej Guzek i Michał Protasiuk (Wizja lokalna, diagnoza globalna). Oba wystąpienia są po części sprowokowane tekstem Jacka Dukaja Krajobraz po zwycięstwie ze styczniowej „Nowej Fantastyki”. Artykuł ów przyczynił się do, jak się wydaje, dużego ożywienia w tak zwanym środowisku, chociażby z tego powodu, że sprowokował dyskusję na temat jakości polskiej produkcji fantastycznonaukowej i fantasy; w przywoływanych tutaj artykułach powtarza się myśl, iż nic podobnego nie wydarzyło się od połowy lat 90., kiedy to na łamach tejże „NF” Sapkowski opublikował esej Piróg, albo Nie ma złota w Szarych Górach.

Nadchodzi pora, by krytyka fantastyczna się przebudziła i rozpoczęła poważną robotę na polskim podwórku, ponieważ sytuacja (ów Dukajowy „krajobraz”) ustabilizowała się już do tego stopnia, że zarysowywać się zaczyna wyraźna wielopoziomowa struktura rodzimej produkcji literackiej. Mamy zatem literaturę, która zaspokaja − mówiąc oględnie − mniej wybredne gusta, uprawianą przez dużo publikujących rzemieślników (np. Andrzej Pilipiuk), z drugiej strony mamy twórców, którzy kreują swoje światy nie tylko na zasadzie demiurgicznej zabawy, ale też stawiają przed sobą i przed czytelnikiem poważne problemy związane z nauką, metafizyką, antropologią (to z kolei chwalebny przykład Jacka Dukaja właśnie, który ciągu dalszego Perfekcyjnej niedoskonałości nie napisze póty, póki nie będą znane odpowiedzi na pewne pytania, stawiane przez współczesną naukę). Postępuje w polskiej fantastyce wyraźna stratyfikacja produkcji literackiej, co z kolei umożliwia klarowne stosowanie kryteriów w pracy krytyka; w dużym uproszczeniu sądy mogą się wahać pomiędzy „Książka jest dobra ... jak na wagonowe czytadło” a „Książka trudna, wybitna etc.” Tymczasem najbardziej dla dyskutantów „NF” dotkliwym problemem krytyki literackiej jest swoiste niwelowanie recenzji do jednego poziomu. Pochwały pod adresem książek zlewają się w jeden ugrzeczniony nurt (trudno obrazić kolegów z klubu czy ze „środowiska”), czytelnicy to łykają i oczekują podobnej produkcji, która dalej będzie znieczulać ich literackie gusta, w miarę powstawania kolejnych sequeli i prequeli cykli powieściowych. Zatracić się zatem może z winy letniej krytyki to, co stanowi o wyjątkowości fantastyki: odwaga w poszukiwaniu nowego języka, pragnienie kreacji nowych światów, stawianie problemów w innym świetle. To, że na rynku istnieje w tej chwili kilka czasopism poświęconych SF, nie oznacza jeszcze, niestety, że mamy do czynienia z jakimś wyrazistym antagonizmem krytycznoliterackim, który mógłby działać ożywczo na literaturę. Miejsce na poważną krytykę znajdzie się dzisiaj tak naprawdę tylko w „Czasie Fantastyki”, formuła pozostałych czasopism nie pozwala już na krytykę nie tyle nawet odważną, co obszerną (w „Nowej Fantastyce” maksimum to obecnie pół stroniczki...). Musi zatem upłynąć jeszcze trochę czasu, zanim będzie można pisać teksty metakrytyczne, takie jak „Dziennikowe” podsumowanie. Ważne, że środowisko staje się tego na powrót świadome. Swoją drogą, warto byłoby się przyjrzeć, jak wygląda polska krytyka komiksowa − okres boomu na naszą fantastykę pokrywa się mniej więcej z momentem, w którym nastąpiła eksplozja polskiego rynku komiksowego, dzięki której polscy twórcy wyszli z podziemia i zaczęli publikować w normalnych wydawnictwach...

Komicznie na tym tle − trochę jak kwiatek przy kożuchu − wygląda diagnoza krytyczna stawiana przez Szydę w trakcie dyskusji: zapędza się on do tego stopnia, że w zasadzie rozdziela kolegom role na niwie polskiej fantastyki, tworzy prądy, prognozuje (dobrze, że nie głosi proroctw), ale chyba nawet sami jego koledzy z „Innych Planet” są tym nieco zaskoczeni (wynika to z zapisu), bo jest takie ryzyko, że w stworzonych przez Szydę nurtach będą jedynymi twórcami. Ot, krytyczne diagnozy stawiane na gorąco. Do postulowanego przez Szydę pluralizmu jeszcze daleko: jak pisze Klementowski, przełom 1989 roku nie zaowocował eksplozją nowych języków, za pomocą których fantastyka próbowałaby mówić o naszych współczesnych problemach; krytycy mogą się tymczasem wypowiadać tylko o poszczególnych nazwiskach, jeszcze jest zbyt wcześnie, by z akademickim namaszczeniem wyodrębniać nurty, przyporządkowywać do nich autorów.

Wypada też przypomnieć, że krytyka literacka zwykle łączy się z rozpoznawalnymi nazwiskami. Jako swoisty ironiczny chichot odzywa się we mnie wspomnienie kąśliwych mini-recenzji ze starych numerów „Fantastyki”, których autorzy nie ujawniali się, pisząc pod pseudonimami; w niektórych przypadkach owe pseudonimy bywały imionami mówiącymi, znaczącymi, bo jak inaczej czytać recenzję podpisaną „Karburator” albo − sic! − „Predator” lub „Anihilator”...?


Na koniec krótka pochwała i krótka nagana.

Pochwała za opublikowanie eseju prof. Amana Rosalesa Rodrigueza Lem, czytelnik Borgesa: temat frapujący, zasługujący z pewnością na większy tekst niż tych kilka stron drobnym druczkiem, ale i tak jest się z czego cieszyć. Zwłaszcza, że Lem jako twórca apokryfów i tajnych legitymacji (pamiętacie Wysoki Zamek?) wydaje się być po części przynajmniej metafizycznym krewnym Argentyńczyka.

Nagana z kolei należy się redakcji za opublikowanie quasi-dyskusji Kingi Pułjan i Tomasza Soroki o powieści Anne Rice Chrystus Pan (Wywiad z Jezusem): zamienia się ona w wątły potok religijnych i religioznawczych skojarzeń obojga dyskutantów (a to któreś powoła się na Ratzingera, a to zacznie snuć dywagacje na temat związków mitu i nauki, a to rozemocjonuje się fragmentem z ewangelii, w którym Jezus poczuł, że upłynęła z niego moc). Na dodatek zawodzi korekta – zniekształcono tytuł powieści Philipa K. Dicka, czyniąc jej autorem Timothy’ego Archera (skądinąd głównego bohatera książki).

Michał Choptiany

Omawiane pisma: „Czas Fantastyki”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
felieton__POLISA
Obnażalstwo przemysłowe
A IMIĘ JEGO PÉEREL

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt