Witryna Czasopism.pl

nr 11 (189)
z dnia 5 czerwca 2007
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

CZY UTOPIA TRĄCI MYSZKĄ?

Dwa i jedyne jak dotąd tegoroczne numery „Czasu Fantastyki” [nr 1 (10) 2007 oraz nr 2 (11) 2007], obok rozmów z medioznawcą Wiesławem Godzicem i zapoznanym dziś pisarzem Wiktorem Żwikiewiczem (odpowiednio w nr. 1. i 2.), a także obok kolejnych komiksowych przygód Ratmana duetu Niewiadomski-Parowski, przynoszą napisany w dwóch odsłonach, niezwykle interesujący szkic Jagi Rydzewskiej, poświęcony socrealistycznej fantastyce naukowej. Autorce udało się ogarnąć niewątpliwie obszerne spektrum produkcji literackiej, powstałej głównie w PRL i w Związku Radzieckim; materiał prozatorski kontrapunktuje adekwatnymi fragmentami socrealistycznej poezji (znalazło się miejsce i dla Majakowskiego, i dla Gałczyńskiego), redakcja zaś opatrzyła obie części eseju plakatami propagandowymi. Tekst Rydzewskiej, mimo niewątpliwej kompetencji autorki na tym polu, budzi pewien niepokój, a to z racji dość jednostronnego ujęcia zjawiska. Może on przez to zachęcać do wejścia z nim w twórczy dialog lub nawet spór, i to sięgający nie tylko warstwy historycznoliterackiej, ale także − by tak rzec − ogólno światopoglądowej.

Dawnych proroctw czar jest artykułem, w którym autorka wyznaczyła sobie za zadanie przedstawić w krótkiej rozprawie syntetyczny obraz tego, jakie mechanizmy fabularne rządziły fantastyką naukową, powstałą w krajach obozu sowieckiego; jakie wyznaczniki światopoglądu marksistowskiego były w tym okresie przyswajane i które z nich doprowadzano do absurdu graniczącego z dziecięcą wręcz naiwnością. Rydzewska w swoim studium świetnie wywiązuje się z zadania: serwuje czytelnikom „Czasu” mogące dzisiaj wywołać tylko uśmiech fragmenty wyobrażeń na temat kontaktu komunistycznych astronautów z pozaziemskimi cywilizacjami, przytacza fragmenty, w których dochodzi do głosu pruderyjna i − nomen omen − niekiedy małomiasteczkowa moralność komunistyczna. Przywołuje też wizje uszczęśliwionej techniką cywilizacji, która wyzbyła się nareszcie wszystkich nieszczęść, dręczących ją w trakcie pochodu ku szczęściu ziemskiemu (elektryfikacja całej planety na czele z Afryką wydaje się być priorytetem podążającym w ślad za Leninowską definicją komunizmu). Ale – jak już nadmieniłem – Rydzewska skonstruowała swój tekst tak, że domaga się on komentarza. Partie finałowe, poświęcone swoistej „nudzie utopii”, która miałaby wynikać z jej ahistorycznego charakteru i spełnienia wszystkich potrzeb ludzkości, wydają się wygaszać potencjał, jaki tkwi w problemie utopii i jej trwającego przez dwa stulecia związku z marksizmem czy też z szeroko rozumianą lewicą. Autorka − celowo?, z powodów strategicznych?, z powodów konstrukcyjnych? (nie dopuszczam myśli, iżby miała to uczynić przez zaniedbanie) − pomija kwestię potencjału anty-utopijnego, jaki drzemie w każdej nieomal utopii; w tym miejscu Rydzewska zawiesza swoją opowieść.

A przecież historia, którą prezentuje, ma swoją kontynuację czy też nawet równoległe drugie oblicze. Za przykład niech mi posłuży postać Stanisława Lema, potraktowanego w szkicu opublikowanym na łamach „Czasu Fantastyki” raczej naskórkowo. Szkoda Lema na takie powierzchowne analizy, truizmem jest również to, że jego spuścizna literacka stanowi istny „kosmos”, „wszechświat”, którego nie podobna wyczerpać. Nie da się jednak ukryć, iż twórczość fabularną Lema można częściowo i z dzisiejszej perspektywy opisać za pomocą metafory lustrzanego odbicia. Cała ta utopijna komunistyczna naiwność, którą znajdujemy w jego wczesnych powieściach (w Astronautach, w Obłoku Magellana), wiara w ogromne przyspieszenie nauki, gdy zagarnie ją w swoje ręce władza komunistyczna – to wszystko ma przecież swoją antytezę w późniejszych utworach − w Edenie i w pisanej na wiedeńskiej emigracji w dobie stanu wojennego Wizji lokalnej. Widać na przykładzie jednostkowego życia pisarza, że do utopii nie można przylgnąć na całe życie, ale staje się ona źródłem pogłębionej analizy krytycznej, dla której punktem wyjścia i bodźcem jest wielokrotne zetknięcie się z bolesną rzeczywistością codziennej politycznej praktyki. Nie chcę tutaj wchodzić w kwestie biograficzne dotyczące Lema (należy oddzielić życie pisarza od jego dzieła), ale zastanawiającym wydaje się fakt, że Rydzewska w tak prosty sposób pomija fakt istnienia literatury podejmującej krytykę konstrukcji utopijnych; tak jak i one, posługuje się przy tym technikami prozy SF, tyle że w sposób wywrotowy, bo teksty te niejednokrotnie powstawały w samym środku totalitarnego państwa − rzekomej utopii wcielonej, stanowiąc wehikuł dla alternatywnego względem ustalonego porządku sposobu myślenia. Podobnie ma się sprawa z braćmi Strugackimi: nie można ich dzieł traktować tak jednowymiarowo (jak to czyni Jaga Rydzewska) i wybierać z nich tylko fragmenty ilustrujące tytułowy „czar proroctw”, urokliwy, naiwny i trącący myszką. W powieściach braci znajdował się silny ładunek subwersywny, o czym władza radziecka doskonale wiedziała; należy przypomnieć, że od pewnego momentu publikowali oni wyłącznie w samizdacie i tamizdacie, nie próbując nawet przedkładać swoich utworów pod ocenę sowieckiego cenzora.

Literatura utopijna od czasów nowożytnych, kiedy to ustabilizowała się jako oddzielny gatunek literacki, oddziaływała przede wszystkim pozytywnym ładunkiem, polegającym na nakreśleniu czytelnikowi wyrazistej wizji odnowionego społeczeństwa; mimo to pozostawała też literacką grą, retorycznym zgoła żartem. Dopiero naiwne i nieodpowiedzialne próby wdrażania tych „recept” w rzeczywistych społeczeństwach uwolniły antytetyczny gatunek − antyutopię, dystopię – które zaczęły ostrzegać przed homogenizacją społeczeństwa, zakłamaniem języka władzy, przed przejęciem rządów przez wąską kastę polityczną. Bo czy do definicji utopii faktycznie należą jej postulatywny charakter, myślenie koniecznościowe, domagające się wcielenia słów, opisów w życie? Wydaje się, że nie. Stąd też bierze się dwuznaczność etymologiczna terminu „utopia”, o której każdy badacz czuje się zobowiązany napomknąć (jednocześnie: nie-miejsce, dobre-miejsce).

Rydzewska skonstruowała pewien literacki skansen, po którym porusza się z dużą pewnością, i chwała jej za to; jednakże szkic utopijnego krajobrazu domaga się czegoś więcej. Jej tu i ówdzie rozproszone ironiczne uwagi nie wystarczają chyba, by zasygnalizować, że i w Arkadii czyhają na nas śmierć, zło i przemoc. Zamknięcie tego typu literatury w haśle „dawnych proroctw czar”, czyni z niej bezpieczny katalog osobliwości, który można by porównać do zestawień najgorszych, pulpowych filmów SF, jakie powstawały w latach 50. w Stanach Zjednoczonych (opowiadających zazwyczaj o kolejnych olbrzymich zwierzętach-mutantach atakujących amerykańskie miasta) − one też kryją w sobie ten urok naiwności. Może to kogoś rozśmieszy, może wzruszy (z sentymentu), lecz o ile recepcja tych filmów w zasadzie kończy się na radości z obcowania z bezpretensjonalną i perwersyjną zarazem rozrywką, jaką oferuje zły film, o tyle komunizujące utopie mają jeszcze swoje bliźniaczki, odsłaniające ich niebezpieczeństwa i mechanizmy myślowe odpowiedzialne za ich powstanie.

Michał Choptiany

Omawiane pisma: „Czas Fantastyki”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
NUDZI MI SIĘ, DIABLE...
WSPÓŁPRACA, CZYLI KRAJOBRAZ
W BEZNADZIEJNIE ZAANGAŻOWANEJ SPRAWIE

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt