Witryna Czasopism.pl

Nr 33 (115)
z dnia 2 grudnia 2004
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

WARSZAWSKIE REMINISCENCJE

Legendarna niechęć warszawiaków do krakowian (i odwrotnie) to jeszcze fakt czy już tylko mit? Nie wiem. Na pewno mieszkańcy Krakowa i innych miast mogą zazdrościć stolicy Warszawskiego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego, który w tym roku obchodził 20. urodziny. Niby nic łatwiejszego, wsiąść do pociągu nie byle jakiego i pojechać, biorąc jednak pod uwagę, że w ciągu kilkunastu dni pokazano 110 filmów, trzeba by było zaplanować prawdziwy urlop z elementami szkoły przetrwania (kto choć raz był na jakimkolwiek festiwalu, wie, że nawet w miarę wypoczęty organizm czasami odmawia posłuszeństwa). Imprezę śledziłam za pośrednictwem mediów i znajomych, więc z tym większym zainteresowaniem szukałam jakiejś podsumowującej relacji. Nie znalazłam jej w „Filmie”, a w „Kinie” natknęłam się jedynie na recenzje trzech filmów, które miały swoją premierę na festiwalu, a od listopada są wyświetlane w polskich kinach (zrecenzowano Super Size Me Morgana Spurlocka, Porządek musi być! Marcusa Mittermeiera i Przed zachodem słońca Richarda Linklatera). Być może ze względu na cykl wydawniczy tych pism żądane teksty przeczytam w grudniowych numerach. Tym bardziej więc doceniać należy zalety Internetu i prasy elektronicznej, która na takie wydarzenia może reagować niemal od razu. Z dużym zainteresowaniem sięgnęłam (?) po ostatni, 9. numer internetowego magazynu „Esensja” (polecam go zwłaszcza wielbicielom prozy Sapkowskiego), w którym znalazłam artykuły traktujące o WMFF 2004, ciekawe chociażby ze względu na osoby ich autorów. Mamy tu bowiem tekst Anny Draniewicz (Filmy o ludziach. Filmy dla ludzi), jak dowiaduję się z zapowiedzi – bywalczyni imprezy od lat dziesięciu, oraz systematyczne relacje Konrada Wągrowskiego, który na tych samych „łamach” ujawnił się niegdyś jako człowiek lubiący złe filmy (czytaj: kino komercyjne, niestroniące od efektów specjalnych itp.), co jest interesujące tym bardziej, że przecież – czego redaktor jest świadomy – warszawska impreza stara się promować ambitne kino i mało znane nam kinematografie (gdzie indziej można zobaczyć chociażby filmy estońskie?).

Obojgu autorom trzeba podziękować za szczerość: nie udają, że udało im się dokonać niemożliwego i obejrzeć wszystkie filmy – a wbrew pozorom tradycja krytycznego pisania o tym, czego się nie widziało/słyszało/czytało, jest ciągle żywa. To zapewne zbieg okoliczności, ale żadne z nich nie wymieniło wśród swoich faworytów filmu, który wygrał konkurs, czyli irańskiego Pięknego miasta w reżyserii Asghara Farhadiego, zresztą jury decyzji też nie podjęło jednogłośnie. Zabawne, że oboje autorzy zdają się zgadzać, że najbardziej usypiające były (wbrew tytułowi i gatunkowi, czyli science fiction) chińskie Wszystkie przyszłe imprezy Yu Lik Waia. A jeśli już jesteśmy w kręgu kina azjatyckiego, to przyznam, że mam podobne problemy z ich odbiorem jak Anna Draniewicz, która, oglądając japońskiego Pechowego bohatera, zastanawiała się – w chwilach wolnych od drzemki – czy trzy pary różnych bohaterów grają ci sami aktorzy… (Przypomina mi się koreański film Strokes of Fire, rodzaj biografii znanego malarza, skądinąd bardzo wyrafinowanej wizualnie. Gdyby nie barbarzyńska pora, czyli dziewiąta rano – prawo festiwalu, bo trzeba zmieścić parę tytułów w ciągu dnia – zapewne doceniłabym formę. W takich okolicznościach jednak oczy same się zamykają, a jeśli nawet są otwarte, to umysł nie za bardzo może połapać się, o co chodzi, bo bohater żyje nie tylko sztuką, ale i miłością, wokół niego krążą kobiety, a on szuka tej jednej jedynej. W finale, już podstarzały mistrz spotyka, również podeszłą w latach, damę i patrząc jej głęboko w oczy pyta „To ty?”, na co ona odpowiada „Tak, to ja”. Publiczność siedzi skupiona, nagle ciszę przerywa szept jednego z widzów: „Czyli kto?”. A najzabawniejsze – choć dla nas trudne do zrozumienia – jest to, że dla Azjatów my też wyglądamy identycznie.)

Z pewną przykrością przeczytałam w tekście Anny Draniewicz, że nieco rozczarowały ją pokazywane na festiwalu filmy czeskie, np. Na złamanie karku Jana Hřebejka. Autorka relacji przyznaje jednak, że ów zawód jest wynikiem tego, iż rozpieszczona wcześniejszymi produkcjami znad Wełtawy, wysoko zawiesiła poprzeczkę. Draniewicz nie wspomina też o Nudzie w Brnie Vladimira Miravka ani Želarach Ondřeja Trojana, a chętnie poznałabym jej opinię na temat tych produkcji, możliwe jednak, że o nich nie pisze, bo ich nie widziała. Želary obejrzał za to Konrad Wągrowski, plasując je na 8. miejscu w swoim osobistym rankingu, który wygrał film Przed zachodem słońca, sequel pamiętnego Przed wschodem słońca, chwalebny przykład na to, że kontynuacja wcale nie musi być gorsza. Z kolei Draniewicz najwyżej oceniła serbską produkcję Kiedy dorosnę, zostanę kangurem Radivoja Andrića. Warto przy tej okazji przypomnieć trójkę zwycięzców plebiscytu publiczności: węgierskich Kontrolerów Antala Nimróda, bośniacki Zapalnik Pjera Zalicy i film Jedna ręka nie klaszcze Czecha Davida Ondřička.

Zainteresowanych rankingami i ocenami odsyłam do „Esensji”, z pewnym żalem dlatego, że zdaję sobie sprawę, iż większości z omawianych filmów nigdy nie zobaczę i w związku z tym nie będę mogła skonfrontować własnych odczuć z reakcjami publiczności czy autorów tekstów. Tym bardziej więc zazdroszczę warszawiakom festiwalu, żałując, że np. nie organizuje się czegoś w rodzaju reminiscencji, „objazdowego” przeglądu najciekawszych filmów imprezy. Trudno, jak się nie ma tego, co się lubi, to się lubi, co się ma – zaraz spakuję plecak i pojadę na Camerimage. Sama się sobie dziwię, bo PKP robi wszystko, by maksymalnie utrudnić dojazd z Krakowa do Łodzi, a fotele w Teatrze Wielkim są wyjątkowo twarde, nie na tyle jednak, by nie dało się w nich spać (i żeby potem znowu nie można się było połapać, kto jest kim). Więc jadę, bo warto zrobić sobie taką kilkudniową przerwę z życia. Myślę, że autorzy z „Esensji” doskonale mnie rozumieją – lepiej iść i zasnąć niż żałować, że się nie poszło wcale.

Katarzyna Wajda

Omawiane pisma: „Esensja”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
Kochajmy zabytki (czasopiśmiennictwa) – tak szybko odchodzą
ATEISTA NA KAZALNICĘ
SACRUM, PROFANUM, SACROFANUM

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt