Witryna Czasopism.pl

nr 30 (147)
z dnia 22 października 2005
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | wybrane artykuły | autorzy | archiwum

RYTUAŁ, RYTUAŁ I PO RYTUALE

Śmierć w Watykanie, mecz w Krakowie i społeczna megaterapia czczenia samych siebie

Dochodziła godzina dziewiąta i miałem już dosyć. Jakieś sto metrów ode mnie publicznie umierał Karol Wojtyła, ale trwało to już długo i zdążyłem zgłodnieć. Śmierć na oczach świata ma to do siebie, że bez żadnych fasadowych dualizmów akceptuje całość egzystencji ludzkiej, więc jedzenia w jej trakcie nie odbierałem jako dysonansu, może nawet na odwrót. Poszedłem do pobliskiej trattori, gdzie w ten wieczór watykański patron przeżywał swoje biznesowe pięć minut, zamówiłem makaron, ćwiartkę wina i utrwalając niezwykłość chwili za pomocą kubków smakowych, zabrałem się do lekko zgrilowanych karczochów. Dookoła siedzieli znudzeni reporterzy z całego świata. Pikały komórki, syczał ekspres, rodzina właściciela siedziała przy zamglonym telewizorze oglądając sto tysięcy zgromadzonych osób na placu św. Piotra, czyli o rzut kamieniem z trattorri. Obraz na ekranie drżał w rytm falującego tłumu, tak jakby elektryzujące uniesienia religijne miały wpływ na jakość fal. Zapowiadała się długa noc. Nagle, gdzieś w połowie mojego makaronu, jak jeden mąż, wszystkim niusmenom zadzwoniły telefony i w kilku językach naraz usłyszałem, że umarł. Wszyscy zerwali się, szynkarz gorączkowo podliczał rachunki, kelner z cyniczną miną pytał, czy chcą jeszcze kawy. Rytuał wszedł w fazę decydującą.

Przez następnych parę tygodni działo się tyle, że antropolodzy przez najbliższe lata będą doktoryzować się z masowych ekspresji uczuć religijnych, dynamiki tworzenia efemerycznych sieci społecznych za pomocą świeczek, czatów, spontanicznych marszów, westchnień blogosfery, gremialnych pielgrzymek milionów Polaków i świadomościowych zmian wywołanych śmiercią jednego, starszego i mocno schorowanego bądź co bądź człowieka. Będą to prace dotyczące wielkiego rytuału pozwalającego całemu społeczeństwu na nowo zdefiniować postwojtyłowską rzeczywistość. Bo narzekać możemy na wszystko, ale jedno pozostaje bez dyskusji. W masowych rytuałach przejścia jesteśmy wprost świetni.


Polska poręcz

Według najbardziej powszechnej i zdroworozsądkowej definicji, rytuał to rodzaj konceptualnej, zdefiniowanej przez kulturę poręczy, która pozwala ludziom przejść po schodach oddzielających poziomy różnych, dyktowanych cyklami życia stanów mentalnych. Narodziny, śmierć, pierwszy seks, matura, ślub – każde wydarzenie ma swój scenariusz odgrywanych zachowań, które dzięki temu, że powtarzane po wielokroć w przeszłości, pozwalają nam znaleźć poczucie równowagi w zmieniającym się świecie i przez odgrywanie tego samego, co robili inni, daje złudzenie czasoprzestrzennej ciągłości wykraczającej poza życie jednostki. Dzięki naśladowaniu tego, co robili przodkowie, nawiązujemy z nimi kontakt i zawieszamy na moment niszczące działanie czasu. Wedle modelu rytuału stworzonego przez Van Gennepa, później dopracowanego przez Victora Turnera wyróżniamy trzy jego fazy: separacji, liminalną i reagregacji. Faza separacji łączy się z samym wydarzeniem. Umiera głowa kościoła katolickiego, człowiek mający bezpośredni udział w sacrum. Zawalają się światopoglądowe drogowskazy grupy, równowaga świata zostaje zaburzona, katolicy tracą przywódcę, a Polacy „swojego człowieka” w bardzo osobistych relacjach z Demiurgiem. Następuje faza liminalna, sytuacja graniczna, podczas której panuje chaos poznawczy, ludzie szukają sensu, na nowo próbują znaleźć się w nowej rzeczywistości. Ostatnia faza: wszystko wraca do normy, ludzie już się pogodzili z faktem, poznawczy stan niepewności został w tyle, a rytuał przywrócił zachwiany porządek rzeczy.

Najbardziej niepewną, tajemniczą i emocjonalnie wymagającą jest środkowa faza rytuału: faza liminalna. Niezależnie czy mówimy o inicjacji harcerskiej, pogrzebie u Buszmenów, czy wieczorach kawalerskich, rytuały przejścia ukazują tu uderzające podobieństwo. Tak jak podczas karnawału, wszyscy wstępują wówczas w szczególny, odmienny od rutyny dnia codziennego okres. Na pewien czas w fazie tej zawieszone zostają wszelkie podziały międzyludzkie, bogaci, biedni, mężczyźni, kobiety zamieniają wertykalny porządek społeczny na horyzontalną wspólnotę. „Wszyscy płaczemy”, „wszyscy jesteśmy osieroceni” i tysiące podobnych, powtarzanych zwrotów po śmierci Wojtyły, miały na celu wyrównanie relacji międzyludzkich do jednego poziomu jednorodnej, homogenicznej, solidarnej i jednomyślnej wspólnoty. Stan ten, typowy dla fazy liminalnej, określany przez antropologów chwilą kreacji communitas jest kluczowy dla zbiorowych rytuałów. Nagle, na moment, unieważnione zostają wszelkie codzienne sprawy, a wszyscy pozbywając się indywidualnych różnic stapiają się w jeden organizm celebrujący chwilę kolektywu. Lew leży obok jagnięcia, pary schodzą się z powrotem, bliźni zamieniają indywidualny egoizm na wspólnotę przekonań i uczuć, własność prywatna przestaje istnieć, wszyscy są braćmi i siostrami. Skrajnym przypadkiem był jakby wprost z antropologicznych monografii wzięty akt zbratania się kibiców Wisły i Cracovii, którzy zakopując topór wojenny, odkrywając wspólnotę dusz i ślubując pokój po wsze czasy, padli sobie w objęcia podczas mszy świętej na stadionie.

Jednak – jak rychło przekonali się kibice tych szacownych klubów – istotą communitas jest jego tymczasowość, faza liminalna z definicji jest ograniczona w czasie – to przerywnik w trakcie którego panuje stan epistemologicznej anarchii, gdy usankcjonowane i „naturalne” kategorie zostają postawione na głowie. To moment rewolucji, gdy przez moment człowiek spogląda na świat poprzez okulary alternatywnych porządków formalnych. Po święcie przychodzi jednak czas na opamiętanie, bo każde święto zakłada powrót do szarości codziennej rutyny, inaczej nie byłoby świętem. Bowiem funkcją chwilowego wywrócenia do góry nogami struktury społecznej i zawieszenie normalności nie jest wcale rewolucja, ale odświeżenie i przypomnienie kulturowych i strukturalnych fundamentów na których opiera się życie grupy. Stare wartości muszą zostać na nowo wyrażone i przypomniane. Moment chaosu nadaje sens wiecznemu porządkowi, załamanie barier hierarchizujących społeczeństwo przypomina o ich konieczności. Czasowa horyzontalność służy więc późniejszemu wzmocnieniu wertykalnego porządku społecznego i rewitalizacji zestawu symboli go legitymizujących. To takie naładowanie baterii społeczeństwu przez chwilową amnestię od jego fundamentów – w końcu dopiero w stanie chaosu orientujemy się jak bardzo są one nam potrzebne.


Dyskretna rewitalizacja mordobicia

Na poziomie grupy funkcja rytuału wykracza więc poza zapewnienie dobrego samopoczucia jednostce i odpowiedzi na pytania o sens przełomowych wydarzeń jak śmierć. W przypadku masowych rytuałów przejścia chodzi o wiele więcej. Stawką jest ekspresyjne odtworzenie, ożywienie i publiczna prezentacja zestawu wartości, które grupa, a zwłaszcza jej elity uważa za konstytutywne, pożądane i godne kultywowania. Ostatecznie też chodzi o nową legitymizację struktury władzy i umocnienie roli autorytetów moralnych. Masową ekspresją uczuć musi ktoś zarządzać, ktoś musi ludziom pomóc w wyrażaniu lęków, nazwać nienazwane i określić niepojęte. Zawodowi inżynierowie dusz wiedzą, iż ten moment najbardziej nadaje się na nadanie znaczenia ludzkim zachowaniom. Jak tryumfalnie oświadczył jeden z setek księży wypowiadających się na łamach prasy (i wcale nie był to „Nasz Dziennik”) podczas najbardziej kulminacyjnych punktów rytuału przejścia po śmierci Wojtyły: „A jednak Polak to katolik”. Masowa manifestacja poczucia wspólnoty dała więc okazję do narzucania określonych sądów generalizujących i podkreślania dominacji większości nad mniejszością.

W fazie ostatniej wszystko wraca do normy. Ludzie wracają do pracy, do życia w swoich rolach społecznych, bo moment rytualnych wakacji od rutyny tym bardziej uczynił ją nieodzowną. Dlatego też po karnawałowej przerwie, podczas której poczuli się braćmi i członkami jednej wielkiej rodziny, kibice Wisły i Cracovii wrócili do ulubionego zajęcia, czyli wzajemnej wymiany bluzgów i mordobicia. Mało tego, uczynili to z tym większą ochotą, by nie rzec frajdą. Moment zbratania się tuż po śmierci Wojtyły nadał nowego impetu tożsamości grupy, w końcu nic tak nie utrwala wzajemnej niechęci i nienawiści jak złamane przymierze i zdradziecki cios w plecy.

Przykład kibiców jest skrajny, ale model można z powodzeniem rozciągnąć na całe polskie społeczeństwo. Zanurzone chwilowo we własnym communitas, szybko wróciło do stanu poprzedniego, nie dlatego, że zapomniało o uniesieniu i tymczasowej wspólnocie, ale dlatego, że taka właśnie jest natura i funkcja rytuału przejścia – jest on tylko środkiem do osiągnięcia normalności po kryzysowym wydarzeniu, a nie celem samym w sobie. Emocjonalnie wyczerpujący rytuał, podczas którego kochamy wszystkich ludzi a nawet pantofelki i kałamarnice, musi mieć swój koniec, gdyż to właśnie moment szału przypomina nam o zdrowym rozsądku. Stąd naiwne i zabawnie brzmią głosy autorytetów i duchowych opiekunów społeczeństwa pragnących więź communitas zamrozić w czasie, zatrzymać, tak jakby tłumy manifestantów ubranych na biało miały dzień w dzień przemierzać polskie miasta a kibice piłkarscy zamiast ludycznej nienawiści wyrażanej w kontrolowanej i zamkniętej przestrzeni stadionu piłkarskiego (no, może nie zawsze zamkniętej) zachowywać się jak harikrisznowcy miłujący wszystko co się rusza. „Polak to jednak katolik” wypowiedziane dzisiaj brzmi już dość buńczucznie. Abstrahując od empirycznego fałszu czy symbolicznej przemocy kryjącej się za tym stwierdzeniem byłaby to jedynie próba przywołania nieistniejącej już, bo z definicji efemerycznej i krótkotrwałej wspólnoty.


My jako bóstwo

Trochę za wcześnie jest na analizę, co naprawdę zostało wzmocnione podczas tego ostatniego rytuału przejścia, jakim była smierć Wojtyły, niemniej pewne elementy dały się wyłuskać. Wątpię, aby miały one coś wspólnego z religią. Najbardziej charakterystycznym elementem było etnocentryczne zawłaszczenie, chęć monopolizacji wedle schematu trenowanego już w przypadku Kopernika, czy Chopina. Powtarzane bez ustanku słowa o „naszym papieżu” „papieżu-Polaku” potwierdzały słynną tezę Emila Durkheima o tym, że podczas zbiorowych rytuałów społeczność czci samą siebie, a bóg w istocie jest wyobrażeniową personifikacją wspólnoty. Polacy zbytnio nie ukrywali się z faktem, że kult Wojtyły traktują jako terapię własnych kompleksów niższości („obalił komunizm”, „zmienił świat”, „wyzwolił Polskę” etc.), dlatego z alergicznym oburzeniem reagowali na wszelkie sugestie krytyczne. Media i blogosfera były przeładowane peanami na cześć wyimaginowanej wspólnoty, która wydała „syna tej ziemi”, co było w rzeczywistości cienko zakrytym okrzykiem sukcesu, w którym każdy mógł mieć udział. Duma szybko mutowała w stronę samouwielbienia i zbijania na papieskiej mannie możliwie sporego kapitału politycznego. Elity uczestniczyły w tej powszechnej redystrybucji prestiżu na równi z masami. Prasa europejska, w której ukazywały się uwagi niepochlebne wobec Watykanu odsądzana była od czci. Atak na Wojtyłę był atakiem na każdego Polaka, na Polskę po prostu.

To sprzężenie tożsamości etnicznej z religijną w początkowych dniach rytuału dało efekt dość specyficzny. Od tego wieczoru na placu św. Piotra flagi polskie w Rzymie stały się manifestacją narodowej dumy i specjalnego miejsca w hierarchii grup. Niczym podczas mistrzostw świata ich ekspresja była potwierdzeniem specjalnych praw wynikłych z etnicznej logiki – „to nasz człowiek”. Podczas mar tego sobotniego wieczoru, jak i pogrzebu, mocna grupa Polaków z ogromnymi sztandarami okupowała pierwsze rzędy, tuż przy schodach watykańskich, co uwieczniane było przez każdą stację telewizyjną. Mało tego, stały się publicznym komunikatem nie tylko specjalnej relacji z Wojtyłą, ale z samym bogiem i niczym krzyże na płaszczach rycerzy awansowały do rangi amuletu. Podkoszulki z napisem Polska, lub stylizowaną wersją orła bielika sprzedawały się jak ciepłe bułki. W dniach żałoby spotkać można było Włochów, którzy nosili w klapie białoczerwone flagi, bądź orzełki, a zdjęcie papieża na samochodzie uwalniało nie tylko od nachalności celników na granicach, ale nawet dawało darmowy nocleg lub posiłek od obcokrajowców chcących obcować z Polakami cieszącymi się specjalnym statusem. Flaga przyjęła też funkcje ochronne. Przechodząc podziemnym przejściem w okolicach dworca Termini, można było spotkać licznych w Rzymie polskich kloszardów, którzy powaleni winem w cenie 60 centów za litr spali owinięci w biało-czerwone sztandary. Nic w tym dziwnego. W communitas z definicji mogą uczestniczyć wszyscy, kloszardzi po prostu wpisali się w logikę zaoferowaną im przez polską strategię etnicznego zawłaszczania kapitału symbolicznego jakim stał się papież. Zrobili to z typową dla polskich nomadów kreatywnością i zdolnością do adaptacji do każdej sytuacji więc trudno ich za cokolwiek winić – bycie Polakiem nagle okazało się całkiem trendy a i flaszkę można było za to dostać.


Nie ma prawdziwego oblicza

Głosy autorytetów o zachowaniu i zakonserwowaniu więzi wytworzonej na potrzeby rytuału przejścia nie zaskakują. Kreacja terminów w stylu „pokolenie JP2”, przywoływanie obrazów tłumów ubranych na biało i milionowych pielgrzymek i apele o podtrzymanie wydarzenia w pamięci to chęć reanimacji communitas, zatrzymania w miejscu stanu uniesienia, braterstwa i solidarności jaki na moment był udziałem milionów. Najbardziej charakterystyczną formułą służącą zbiciu możliwie dużego kapitału symbolicznego w okresie trwania rytuału przejścia, był bardzo powszechny w mediach pogląd, że podczas umierania i pogrzebu Wojtyły, polskie społeczeństwo ukazało swoje prawdziwe i dawno skrywane oblicze, że dopiero wówczas w trakcie rytualnego zawrotu głowy jego śmiercią byliśmy sobą, realną, szczerze przeżywaną wspólnotą, a ogarniające nas poczucie współprzeżywania prawdziwym i pożądanym stanem ducha a więc kondycji społecznej Polaków. Wedle tej wizji istnieje jakaś esencja, rdzeń tożsamościowy, który w chwili kryzysu zrzucił z siebie krępujące i fałszujące polskie społeczeństwo naleciałości realnego socjalizmu i kapitalizmu okresu transformacji, by nagle ukazać się w całej okazałości własną potęgę jednoczenia mas pod jednym symbolem. Oczywiście są to pobożne życzenia – moment communitas jest komplementarną i konieczną częścią życia społecznego, rodzajem terapii atomizacji i anomii, a nie „prawdziwym” obliczem jakieś grupy. Wspomniane „oblicze” jest zawsze społecznym konstruktem i w tym wypadku argument o ukazaniu się „autentycznej” natury Polaków – czego przykładem była wyżej wspomniana wypowiedź księdza – miał na celu ugruntowanie światopoglądu religijnego i uczynienie zeń fundamentu budowania więzi międzyludzkich. Momenty rytualnego karnawału to przecież czas odtwarzania i rewitalizowania pewnych znaczeń, stąd też ogromnie ważna rola specjalistów od rytuałów, którzy w czasach kryzysu i niepewności służą gotowymi konceptami i definicjami świata społecznego posługując się metodą wykluczania i włączania. Tutaj głównym założeniem było lansowanie idei, iż w swojej esencji ktoś. kto nie jest katolikiem, nie może być Polakiem. Mówiąc delikatnie, teza nie tylko fałszywa, ale bardzo niebezpieczna.

Ale z antropologicznego punktu widzenia ekspresja marzeń o unieruchomienie communitas w czasie, jest zrozumiała – w sytuacji galopujących zmian technologicznych i komunikacyjnych, tożsamościowych kryzysów, pękania starych struktur społecznych i inflacji autorytetów, tęsknota za światem małej wioski, gdzie znało się każdego, a dana raz na zawsze podzielana tożsamość nie podlegała dyskusji, chwile, kiedy wszyscy na raz przeżywają to samo, aktywizują nasze potrzeby poczucia bezpieczeństwa znajdowane we wspólnocie. Poprzez spontaniczną mobilizację ułatwioną nowoczesnymi środkami komunikacji potrzebie tej dano w bardzo intensywny sposób zadość – Polacy poczcili sobie samych siebie, za pomocą profesjonalistów od rytuałów wypromowali swoją markę zagranicą lecząc kompleksy i z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku wrócili do normalności. Dlatego rytuał przejścia jakiego byliśmy świadkami był raczej społeczną megaterapią, masową wizytą u psychoanalityka i wspólnie odegranym świętym tańcem wokół na chwilę wykreowanej polskiej tożsamości zbiorowej niż wydarzeniem głęboko zmieniającym świadomość społeczną, czymś „po którym nic już nie będzie takie samo”. Właśnie tym bardziej wszystko będzie jeszcze bardziej takie samo, a do zmiany społecznej trzeba czegoś więcej niż śmierci jednego, choćby nie wiem jak zasłużonego człowieka.

Dopiłem kawy, zapłaciłem rachunek. Biorąc mnie za jednego z grupy medialnych łapiduchów z CNN, którzy od kilku dni czekali na ten moment, właściciel trattori powiedział z iście rzymską ironią, która ewoluując od dwóch i pół tysiąca lat miała posmak głębokiej sentencji: A la prossima.

Do następnego razu. No właśnie. Wszystko po staremu. Cóż się właściwie zmieniło?

Michał P. Garapich

Tekst pochodzi z czasopisma „Ha!art” nr 21 (2005).

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
„LAMPA” KLASYCZNA I „LAMPA” EGZOTYCZNA, CZYLI O CZYTANIU Z DZIEWCZYNĄ
„Niechcący dialog” o Unii
DUCH „BRULIONU”

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt