Witryna Czasopism.pl

nr 23 (105)
z dnia 22 sierpnia 2004
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | wybrane artykuły | autorzy | archiwum

KANON, HIPOTEZA KONIECZNA*

Wypowiedź niniejsza jest późnym dzieckiem pewnego epizodu. Otóż jeden z moich znajomych, człowiek utalentowany i przenikliwy, jakiś czas temu postawił mi – mimochodem, lecz z odrobiną wyczuwalnej przygany – pytanie o stosunek do kanonu, zdaniem jego – w przypadku moim zbyt paseistyczny, może nawet motywowany ideologicznie. Pomijając zdziwienie wywołane dysproporcją istniejącą pomiędzy kilku zaledwie akapitami na temat kanonu, za które czułem się odpowiedzialny, a polemicznym rozmachem wysuniętej sugestii, potrzeba zadania sobie paru dodatkowych pytań wręcz się narzucała. Najważniejsze z nich brzmi, jak sądzę, następująco: co się dzieje, kiedy kanon znika? Prowizoryczna odpowiedź brzmi zaś tak: kiedy kanon znika, to nie znika. Zastępuje go sobowtór, czyli coś, czego istotna odmienność w stosunku do oryginału jest ściśle zamaskowana, natomiast zewnętrzne podobieństwo, pozorna identyczność, podlega wyeksponowaniu. Jak długo wiemy, z kim mamy do czynienia, nie zapominamy o kanonie właściwym, dopóki figura wywołuje w nas obawę i niesmak, dopóty również kanon jest w naszych myślach względnie obecny, kiedy jednak przestajemy go rozpoznawać lub lękać się tego, co widzimy, przestajemy tym samym gadać o literaturze, przechodząc na politykę, społeczeństwo, obyczaje. „Nonak, może to jakieś duńskie miasto” – dziś nie jesteśmy już chyba tak niewinni, by bez chwili zastanowienia zaaprobować takie zdanko. Kanon obecnie, jak kiedyś autor – jest, choć miało go nie być; mówi nami; albo jak sam On – „niemożliwe, żeby był i niemożliwe, żeby go nie było”.

1) Kanon to, przyjmijmy dość ogólną definicję, przestrzeń wspólnoty i porozumienia, reprezentowana przez szeroko znany dorobek przeszłości, osobliwie przez arcydzieła, ale także inne „najróżniejszego rodzaju zdarzenia czy postacie historyczne bądź mityczne”1, sobowtórem jest natomiast wszystko to, co – jak zazwyczaj się sądzi – mniej lub bardziej wiarygodnie antycypuje ów stan zatwierdzenia przez czas wartości wybitnych i niezbędnych do tego, by w jakiejś społeczności zachodziła komunikacja. Lista książek nominowanych do prestiżowej nagrody, spis utworów uwzględnionych w licealnym podręczniku do literatury współczesnej, ranking największych osiągnięć roku, lista młodych pisarzy, wytypowanych na nadzieje literatury polskiej, żadna z podobnych praktyk nie tworzy oczywiście kanonu, jednak ich znaczenie nie polega przecież li tylko na dostarczaniu autorom wyróżnionych książek chwilowych satysfakcji materialnych czy łechtaniu ich nienasyconej pychy. Stoi za nimi słabsza lub silniejsza obietnica wieczności. Ulotność życia literackiego usprawiedliwiona jest przez trwałość trwałości jako idei, bez której tu i teraz nie da się robić w pełni udanych interesów wydawniczych, karier recenzenckich i akademickich, stron poświęconych kulturze w popularnych tygodnikach, tudzież czasopism literackich i sesji. Narzuca się zatem jeszcze jedno prowizoryczne, nierozstrzygalne, a przy tym niepozbawione krzty dramatyzmu pytanie – czy za tym przybierającym na sile gadaniem o utworach najlepszych w danej kategorii, najwyżej ocenionych i najsowiciej opłaconych stoi kanon, jakaś jego żywa treść? Czy rankingowa obsesja naszych czasów wskazuje mimo różnych obaw na jakąś przeszłość i przyszłość, czy już zupełnie nie, bo jedynym, co naprawdę nam zostało, jest manipulacja nostalgią lub składanie obietnic bez pokrycia? Z rozmysłem mówię o przyszłości, gdyż to ona jest weryfikatorką aspiracji i domysłów.

Jeśli kanon jest niekonieczny, powtórzmy, to skąd wrażenie, że bez przerwy natykamy się na jego – autentycznych lub fałszywych, trudno poznać – agentów? Może zatem jest konieczny, ponieważ daje cień szansy jednostce zagubionej na luksusowym śmietniku, co zresztą automatycznie nie oznacza, że jest w tym charakterze efektywny, a głód jego realności nie pogłębia chaosu. Szkodliwy, niemożliwy, konieczny, we wszystkich przypadkach ze znakiem zapytania.


2) Na ławie oskarżonych. W oczach niektórych entuzjastów ponowoczesności jest pierwszym podejrzanym, a jego współcześni obrońcy są nieledwie inkarnacjami Naphty z Czarodziejskiej góry Tomasza Manna, zwolennikami kultury zhierarchizowanej, restrykcyjnej, opartej na normatywnym wzorcu społecznym, scentralizowanej, zamkniętej i zamykającej, nieczułej na różnicę, nieciekawej nowości. Przede wszystkim chodzi jednak o używanie kanonu jako instrumentu władzy i związany z tym postulat lustrowania uczestników komunikacji społecznej, którzy we własnym interesie, symbolicznym lub ekonomicznym, dążą do opanowania i zawłaszczenia tego narzędzia. Zrozumiałe, że ich celom dobrze służy jedynie kanon w najwyższym stopniu stabilny mentalnie, to zaś musi prowadzić do zablokowania dyskusji o zjawiskach granicznych, pretendujących, kontrowersyjnych. Ściślej: to, co kontrowersyjne, kiedy już ulegnie sakralizacji i wciągnięciu do środka pewnego dominującego dyskursu, ulega przyspieszonej oportunizacji, współtworząc rodzaj consensusu na temat tego, co ważne i warte uwagi w dzisiejszej literaturze. W rezultacie pierwotna zbójeckość zmienia się w ornament, albo raczej sex appeal utworu. Przecież tylko wytrenowanie czytelniczych nawyków, które wymaga powtarzalności, rodzi szansę zapanowania nad nadmiarem przekazów, będąc sposobem okiełznania zmienności literackich mód i poradzenia sobie z elementami „wystającymi”, niemieszczącymi się w pożądanym modelu.

Przykładem takiego nawyku wydaje się choćby poszukiwanie określonego typu kandydata do Nike w niedawno opublikowanej „dwudziestce”… Część respondentów „Tygodnika Powszechnego” (30. 05. 2004) sprawia wrażenie, jakby i tym razem zamierzała się posłużyć kluczem wypróbowanym w paru poprzednich edycjach i w związku z tym szukała kogoś już bardzo uznanego, komu należy się nagroda za całokształt, niekiedy całokształt pozytywnych skojarzeń. Dzięki temu Ewa Lipska awansowała na pozycję, jaką zajmowali poprzednio Miłosz, Różewicz czy Rymkiewicz.

Nie zostać wciągniętym do kręgu utworów kanonizowanych, to nie należeć nigdzie – kłopot w tym, że znaleźć się wewnątrz oznacza poddanie się swoistej intelektualnej i estetycznej pacyfikacji. W tej sytuacji uwaga kieruje się ku autorytetom (versus pacyfikatorom).


3) Dekanonizacja albo samokrytyka. Pacyfikatorzy to krytycy, dziennikarze, popularyzatorzy literatury, kooperujący z mediami i wydawcami, którzy — powodowani ambicją rozdzielania ról i laurów – wspierają konstytuowanie się kanonu jako pewnego centrum operacji rynkowych, choćby wbrew własnym proklamacjom równouprawnienia różnic. Tak, jako krytykę pacyfikatorów, lub ściślej retorycznego „przekrętu”, polegającego na skutecznym promowaniu najwygodniejszej dla rynku liberalnej opinii wersji wydarzeń, rozumiem między innymi niedawne wystąpienia Krzysztofa Uniłowskiego.

W pierwszym z nich, Rynek, media, literatura i liberalizm, przedmiotem zdemaskowania jest różnica:


Kultura „liberalna” […] będzie dialektycznym dopełnieniem subkulturowych nisz. W ich wypadku wybieramy odrębność jako pewien styl bycia. Określając się jako punk, feministka, antyglobalista, jako wielbiciel zespołu „Ich Troje” lub literatury fantasy manifestujemy w pierwszej kolejności swoje dobre prawo do autoekspresji. Oznaczamy jednak własną odrębność o tyle, o ile pozwalają na to reguły systemowe. […] Pstrokatą różnorodność współczesnej kultury limituje reguła systemowa, która zawiesza działanie różnicy pomiędzy różnicami, zmuszając do uznania wszelkich wyborów za równie uprawnione.


Co, jeśli dobrze rozumiem, ostatecznie prowadzi do zatarcia różnic rzeczywistych i postępującej homogenizacji.


[…] wartość artystyczna z konieczności pozostaje wartością nieprzekładalną i niewymienialną. Nie tłumaczy się w ramach żadnego nadrzędnego systemu. Tymczasem na rynku zmieści się takie tylko dzieło, które można by bez reszty, ale i bez żadnego uszczerbku wymienić na inne. Takie, którego wartość zawiera się w przechodnim znaczeniu i przeżyciu estetycznym.


I tu wracamy do pacyfikatorów, gdyż – jak pisze Uniłowski –


O ile […] można zrozumieć, skąd się wzięła naiwna wiara w to, że można pogodzić wymagania komercyjne z walorami artystycznymi, to nie sposób wybaczyć, iż dziecinna wiara z czasem poczęła funkcjonować na prawach niedyskutowalnego, bo objętego medialnym tabu, pewnika 2.


Ten zaś – dodajmy – stwarza niezliczone okazje do odbywania rytuałów potwierdzających rangę wybranych pisarzy, na przykład – wymieniając na chybił trafił – Hanny Krall, Adama Zagajewskiego, Jerzego Pilcha czy Ewy Lipskiej, właściwie bez podnoszenia jakichkolwiek kwestii natury artystycznej. Kanon w tej perspektywie jawi się jako martwa przestrzeń, w obrębie której nie toczy się debata, a prawdopodobnie i lektura. Wspomniane medialne tabu wydaje się paragrafem cichej umowy o nienaruszalności punktów zaczepienia popularyzatorskich perswazji, rzekomych miejsc wspólnych dzisiejszej kultury literackiej, niezbędnym do mobilizowania maluczkich wokół pisarstwa jako wartości nadal mimo wszystko niezbywalnej. Siła kanonu (ergo centrum operacji socjotechnicznych) to słabość refleksji, wypchnięcie jej poza ośrodki wywierające wpływ na zachowania czytelników, klientów księgarń, czy publiczność świadczącą daninę podziwu establishmentowi wytworzonemu przez spetryfikowaną opinię.

Raz natchniony przez Uniłowskiego, sięgam po następny artykuł jego autorstwa, po tytule sądząc, Skąd wiemy, kto jest ważny (w literaturze najnowszej) – jeszcze bliższy interesującej mnie problematyce. Obiektem analizy jest w tym wypadku zastanawiająca autora zgodność celów pomiędzy wyrafinowanym krytycznym komentarzem a konformistycznym, nazwijmy to tak, rynkiem uznania. Ten drugi potrzebuje ekspertów, ekspert potrzebuje zatwierdzenia, literatura ambitniejsza zaś, ta nieustawna, niedająca się złapać w siatkę kryteriów, wyplecioną przez ideały modernistyczne i praktyki komercyjne, pozostaje bez wsparcia. Jego adwokaci mają do dyspozycji niskonakładowe kwartalniki, a wszelkie próby wyjścia poza ich domenę kończą się na korupcji, polegającej na przedstawianiu nieswoistości jako swoistości, skandalu jako atrakcji, suwerenności jako maski lub stylu bycia. Ale i ten wewnętrzny polonistyczny obieg raczej toleruje niż ciekawi się odrębnymi zjawiskami, aktualne pozostają, i to zarówno wśród literaturoznawczego „mandarynatu”, jak i pośród młodszych, badających prozę i poezję lat dziewięćdziesiątych, stare hierarchie – zauważył nie bez racji Uniłowski3. Ciągle Miłosz, a do tego Odojewski jako autor Oksany, reszta przebija się z trudem. Spostrzeżenie powyższe można byłoby dopełnić zdaniem, że młodsi krytycy przejmują kryteria i obrazy parnasu nie tylko od swoich nauczycieli, ale i – już same obrazy – od dziennikarzy.

Jednocześnie jednak budzą się w stosunku do tego rozpoznania dwojakiego rodzaju wątpliwości – jedne zwracają się w stronę metakrytyki, drugie ku literaturze.


4) Metakrytyka albo idolatria. Pisać o krytyce, to albo pisać o sobie jako o krytyku, albo krytykować innych krytyków. Pierwsze jest pociągające, ale niezmiernie trudne, wymaga bowiem w stu procentach literackiego talentu, dzięki któremu można byłoby wyobrażenie własnego„ja” narzucić odbiorcom. Ze swej subiektywności wysnuć problem obiektywny, szczerym być i zarazem odebranym samemu sobie. Nie mając siły, która przekształca bohatera prywatnej konfesji w bohatera opowieści, nie ma więc nawet co próbować zapuszczać się w te rejony. Pozostaje nachylić się z troską nad poczynaniami kolegów (koleżanek…), co pociągające jest nie mniej.

Krytyka krytyki, będąca i tak w końcu zawoalowaną postacią krytyki krytyków, pociągająca wydaje się przede wszystkim dlatego, że daje podświadomie wyczekiwaną okazję odegrania się na tych paru facetach (facetach, tak się składa…), którzy – wersja lekka – winni są nam (czyli mnie…) sporą liczbę godzin zmarnotrawionych na czytaniu elukubracji solennie nudnych, śmiesznie przemądrzałych, inteligentnych, owszem, ale jałowych, lub – wersja ciężka jak nagrobny głaz — wyrazili się o nas (czyli o mnie…) nieprzychylnie, karcąco, niesprawiedliwie, rzecz jasna. Iksowi przywalić Kazimierzem Wyką, Ygrekowi popsuć humor, sugerując, że jego kolega z podwórka wyrósł na chłopca znacznie piękniejszego, Zetowi przypomnieć, że postmodernizm wymyślili za granicą, oddać, ustawić, porządzić.

Pozostaję więc z rezerwą do doraźnej metakrytyki, gdyż zazwyczaj w formie felietonowej, akurat takiej jak ten akapit, zdaje się zajęciem odrobinę zbędnym i nie mniejszą odrobinę dwuznacznym. Zbędność jej uwidocznia się w zetknięciu z prostym faktem, że o współczesnej (w ścisłym sensie) literaturze wypowiada się regularnie bardzo niewiele osób, a zatem należałoby chyba oszczędzać czas i inwencję na to, co od krytyki esencjalnie ważniejsze, mimo że – bez krytyki – społecznie nieważne. Dzisiaj główna kwestia nie brzmi bowiem „jak czytać”, tylko po prostu „czytać”, a to dlatego, iż zarówno marginalizacja literatury, jak i jej urynkowienie do pewnego stopnia unieważniają metodologiczne rozterki. Inaczej: debaty na ten temat brzmią często (stanowczo twierdzę, że nie zawsze) anachronicznie, ponieważ towarzyszy im ciche założenie, że literatura została przeczytana i nadal jest czytana na tyle uważnie, że jedyne, co nam pozostaje do zrobienia, to mniej lub bardziej radykalna korekta punktu widzenia. Wprost zabawne jest natomiast przekonanie, że ciągle świeżym „daniem dnia” jest apel o należyte postrzeżenie – w skrócie mówiąc – postmoderny. Jej elementy od dawna już nie są do wymazania ze świadomości każdego osobnika choć trochę ogładzonego; wszelka ortodoksja, ta w szczególności, rodzić może tylko papierowe monstra. Krótko: spośród rozmaitych metodologicznych perswazji najwięcej poręczeń – ze strony samej literatury i tego, na co stara się wraz z nią wskazywać – wydaje się mieć krytyka feministyczna. W każdym razie wiadomo o co – i że o coś – jej chodzi.

Do grzechów, wyliczonych przez Uniłowskiego, mniejszych, bo – nie przesadzajmy – grzechy krytyki prawie nikogo nie obchodzą, dodałbym więc grzeszek jeszcze jeden, narcyzmu – trudno nie odnieść bowiem wrażenia, że krytycy mówią (mówimy…) przede wszystkim o odpowiedzialności wobec siebie nawzajem, a nie wobec pisarzy i ich dzieł. Istotniejsze od tego, co mamy do powiedzenia o utworze, na przykład czy jako czytelnicy zostajemy zainspirowani do dialogu o jakichś sprawach ważnych, lub przynajmniej porwani bezinteresowną przyjemnością czytania, jest jakoby to, czy respektujemy pewne style przyjęte we współczesnej humanistyce. To nazywam idolatrią, paradoksalną, ale jednak idolatrią, ponieważ w gruncie rzeczy usprawiedliwia błędy wyliczone w przywołanych artykułach, likwidując w istocie problem dość podstawowy, ten mianowicie, że krytyka nie tworzy przedmiotu swoich zainteresowań, a jeśli tworzy, to ze skutkiem bardzo trafnie przez Uniłowskiego przeanalizowanym. Czy wobec tego, że sama nie potrafi wykreować sytuacji literackiej bardziej poliwalentnej niż ta, która składa się na współczesny kanon, potrafi choćby wskazać utwory zasługujące na to, by ów kanon podważyć? Nie podoba się nam spis lektur zalecanych człowiekowi pragnącemu uchodzić za przynajmniej zorientowanego? Ok., kogo mamy w odwodzie? Wykreślenie Olgi Tokarczuk, Stefana Chwina czy Jerzego Pilcha nie jest żadnym rozwiązaniem, ponieważ odkrycie Magdaleny Tulli czy Zbigniewa Kruszyńskiego nie jest już żadnym odkryciem. Innymi słowy: czy literatura ostatnich lat, skala jej wewnętrznych możliwości, nie ulega redukcji – z udziałem, ale niekoniecznie z winy krytyki?


5) Recydywa centrum. Z pozoru jest całkiem odwrotnie: literatura wyłamuje się z uścisku krytycznoliterackich konstatacji i typologii. Po upływie paru lat diagnozy młodej literatury, ściślej – poezji, przynajmniej w dwóch punktach straciły na aktualności. I tak: obecnie widzimy, że zarówno „apetyt na Przemianę” (określenie Jerzego Jarzębskiego), odczuwany powszechnie u zarania poprzedniej dekady, jak i hipoteza estetycznego przełomu jako dopełnienia przełomu ustrojowego i komunikacyjnego, a wreszcie i sens przypisywany tradycji – wszystko to jest dowodem na siłę myślowych nawyków, trwałość odruchów wpojonych nam przez modernizm z jego bałwochwalstwem świadomości i nowatorstwa. Okazuje się, że przełom był hipostazą, przynależność większości autorów ulokowanych w którymś z nurtów budzi coraz więcej wątpliwości, tradycja zaś objawia się pod postacią nostalgii, a nie surowej struktury wartości. Inaczej tłumaczymy też rolę mediów – w fazie niemowlęcej naszych stosunków z rynkiem kulturalnym wydawały się one sprzymierzeńcem, niebezpiecznym wprawdzie, ale potencjalnie skutecznym w funkcji poszerzania kręgu odbiorców (jak w futuryzmie). Obecnie więcej mówi się o brutalnej dominacji medialnego dyskursu, rozrywkowej utylitaryzacji literatury, odepchnięciu poezji przez ośrodki kształtowania opinii publicznej, wreszcie o wchodzeniu w stadium społeczeństwa postliterackiego. Wstęp do Tekstyliów (2002), czyli antologii dorobku pisarskiego i krytycznego dzisiejszych najmłodszych, urodzonych w końcówce lat siedemdziesiątych i na początku osiemdziesiątych, kończy się znamienną deklaracją „Wszyscyśmy z White’a”. Heydena White’a, filozofa historii, któremu przypisuje się – nieważne, że bez respektu dla litery jego pism – pogląd, że faktów nie ma, są natomiast narracje i teksty. Ze zniknięciem faktów znika towarzysząca im twardość i trwałość? Stan płynny?

Niezupełnie, jako że sporo wskazuje na to, że mamy do czynienia z kontrrewolucją czy też recydywą centrum. Dekanonizacja z początku ubiegłej dekady, związana z oczekiwaniem na nowe i pojawieniem się młodego w postaci ówczesnych „bruLionowców”, zastąpiona została najpierw przez proces, by tak rzec, komunikatyzacji – w dwojakiej wersji: populistycznej (pisać w sposób zrozumiały, stowarzyszać się z gustami odbiorców, użytkować nośne, zaaprobowane poetyki, wcielać się w model poety-lekkoducha, franta, melancholika, nadwrażliwca) oraz ekskluzywnej (pisać hermetycznie, podzielić się władzą nad językiem z językiem, wchodzić w alianse z teoriami dekonstrukcji, zasłaniać się, ale zarazem wytwarzać wokół siebie aurę rzeczy magicznej, wymagającej inicjacji, tragicznej, bo ginącej, lub choćby zagrożonej), a potem dopełniona osłabieniem infrastruktury. W następstwie znowu mamy do czynienia z wyrazistszą centralą, produktem raczej inwolucji – mniej czasopism, mniej też, wbrew pozorom, języków, niż krystalizacji lub tym bardziej sukcesu jakichś artystycznych światopoglądów. Tę ostatnią opinię odnoszę również do przypadku Andrzeja Sosnowskiego, który – sam będąc poetą wybitnym – nie ponosi odpowiedzialności za epidemię swojego imienia, którą nolens volens wywołał. Tertium, jakim miała być jego poezja wobec coraz mniej poręcznej opozycji barbarzyńców i klasycystów, spełniło się jako czarna dziura zasysająca mnogość otaczających zjawisk.

Nawiasem warto zauważyć, że wpływofobia przed dekadą u nas panująca dość wyraźnie zastąpiona została przez filofilię: filialnych poetów Sosnowskiego, nadal Świetlickiego, w prozie, powiedzmy, Stasiuka jest przecież sporo. Podobnie ów White’owski patronat nad juniorami jest sprawą retoryki, nie praktyki: wystarczy przypomnieć elementy strukturalistycznego fundamentalizmu, wcale gęsto rozsiane po Tekstyliach, by nie mieć co do tego wątpliwości.

Przypomnijmy ponadto, że realistyczna, a nie postulatywna diagnoza Janusza Sławińskiego nie uwzględniała w dostatecznym stopniu translokacji centrum poza najbliższy kontekst naszej kultury, tego, że czytano wówczas intensywnie Anglosasów, Asbery’ego, O’Harę, Bishop, Berrymana, Resnikoffa, dzisiaj dla odmiany – mamy do czynienia z czymś, co można by określić jako „penetrację kontekstu”. Recydywa centrum jako pewnego rodzaju homogenizacja pobudza bowiem chęć poszukania wspólnoty doświadczeń i odmienności ekspresji: z tego chyba bierze się widoczne przesunięcie zainteresowań z Nowego Jorku na Lubljanę, Zagrzeb, Bratysławę, ewentualnie Dublin, poświadczone przez kolejne antologie, numery specjalne czasopism, tłumaczenia konkretnych autorów. To jeden z niezbyt licznych pozytywnych przejawów opisywanego procesu, pozytywny, bo destruktywny, rozszczelniający autarkiczny lub socjotechniczny porządek.


6) Kanon jako utopia? Weźmy – jakżeby inaczej – przypadek Wojciecha Wencla. Skompletowanie lirycznego dorobku to bowiem znak podwójnie adresowany: do kultury, literatury, poezji, czytelnika – znak wiary w to, że kojarzone z nimi wartości mimo wszystko istnieją w postaci odpornej na dekoniunktury i akty zwątpienia, a także do samego siebie – znak autoafirmacji, potwierdzenia roli odgrywanej w niekończącej się, epopeicznej historii zmagań ducha o wyzwolenie z uścisku natury. W każdym razie to, że Wojciech Wencel pozwolił sobie na Wiersze zebrane (2003), a starszy o dekadę Marcin Świetlicki na Wiersze wyprane (2002), wydaje się odpowiadać charakterowi ich artystycznego światopoglądu. Ironiczny – co nie oznacza, że skromny – Świetlicki balansuje na granicy oddzielającej powagę i śmieszność bytu (i w związku z tym bycia poetą), patetyczny – nieskromny jawnie – Wencel uważa sam siebie za coś w rodzaju instrumentu, na którym Bóg podaje melodię i rytm świętości, będącej horyzontem naszego życia. „Jej naturalną przestrzenią – pisze o poezji we wstępie – jest wspólnota, jej istotą jednoczenie ludzi wokół wartości wiecznych”.

Większość obecnych ideologii, przede wszystkim te, które głoszą samowystarczalność człowieka oraz kryzys słowa, autor uważa za przemijający trend, mentalne zawirowanie, co wcale nie aż tak silnie wpływa na istotę ludzkich potrzeb. Pod warstwą hedonizmu, który mylnie uważamy za drogę prowadzącą ku spełnieniu, z dala od zgiełku, w jakim żyjemy na co dzień, w chwilach osłabienia kontroli nad stopniem gotowości naszych ambicji do podjęcia walki o społeczny prymat – odnajdujemy siebie w stanie zagubienia, złaknionych prostoty i sensu. Wtedy od wiersza (również od wiersza…) chcemy, żeby był pociechą w nagle uświadomionej samotności, nie zabawą; żeby znaczenia skupiał, nie zaś negował je czy rozpraszał; żeby nakreślił jakiś kontekst – zatem i centrum – naszej egzystencji. Poezja Wencla usiłuje być odpowiedzią na to pragnienie. Czeka – czyha? – na te momenty dotkliwej słabości, kiedy różnorodność świata zaczynamy odczuwać jak ciężar, gdy kulimy się w geście bezradnego dziecka. Wtedy przychodzi, mówiąc – nie jesteś sam, uwierz, ocalenie jest możliwe.

Czemu nie? Jeśli komuś nie wadzi zamierzona konwencjonalność tych wierszy, albo zdolny jest im wybaczyć swoiście lekceważące podejście do rzeczywistości (bo jest ona znikaniem, grą pozorów, uleczalną chorobą…)? Mówienie o Bogu językiem poezji jest w końcu takim samym uroszczeniem, jak mówienie w każdym innym języku. Więc czemu nie?

Kłopot polega na tym, że dla Eliota, Iwaszkiewicza, Miłosza, czyli dla Wenclowych mistrzów, klasycyzm stanowił formę świadomości kryzysowej, był więc i jest co się zowie bolesny, krytycznie zainteresowany współczesnością, daleki od unieważniania jej w imię jakichkolwiek przesłań i terapeutycznych celów, tymczasem nasz poeta kreuje – upieram się – metafizyczną sielankę. Znosi wszelki opór, TO zaś, co Miłosza uczyło pokory, jego stymuluje do uprawiania, jakby powiedział jeden z jego poprzedników, homeopatii zbawienia.

Jednak, patrząc od strony warsztatowej, by tak rzec, technicznej, Wojciech Wencel nie jest słabszym poetą od znacznej części innych dzisiejszych poetów, a nawet lepszym od większości tych, którzy mniej lub bardziej jawnie nim pogardzają. Ani „ponowicielski” styl jego poezji nie jest bowiem tak łatwy, jak się czasami sądzi, ani „nieprzewidywalność” wielu innych autorów wcale nie jest tak ekskluzywna, jak oni sami pragną uważać. Tak czy owak tylko „dobro języka” może być rozsądnym przedmiotem sporu, gdyż wszystko inne jest złudzeniem. Łudzą się raczej ci, co twierdzą, że dla sztuki tego pokroju nie ma już miejsca, ale i Wencel, który zdaje się nie dostrzegać, że jego muza – pocieszycielka to jedna z ulubionych bohaterek kultury masowej. Kanon, na który się powołuje, poniekąd go więc zdradza, gdyż jest już czymś zupełnie innym niż był. Sobowtórem właśnie, przebierańcem na usługach przemysłu łatwych pocieszeń.

W tym położeniu pozostaje nam kanon jako przedmiot melancholii – stracony, ale niezbędny do tego, żebyśmy mogli pogadać choćby z samym sobą.

Piotr Śliwiński



*Tekst Piotra Śliwińskiego i następujący po nim tekst Krzysztofa Uniłowskiego są przeredagowanymi referatami, które zostały wygłoszone na konferencji Kanon i obrzeża, odbywającej się w Szczecinie w dniach 31 maja – 2 czerwca 2004 r.



1 P. Kowalski, Popkultura i humaniści. Daleki od kompletności remanent spraw, poglądów i mistyfikacji. Kraków 2004, s. 84.



2 Artykuł Uniłowskiego cytuję za wersją udostępnioną na stronie www.literatorium.pl – 30.12.2003 r.



3 Uwaga ta została uczyniona na marginesie zbioru Literatura polska 1990 – 2000. Pod red. T. Cieślaka i K. Pietrych, Kraków 2002, t. 1–2. Patrz: K. Uniłowski, Skąd wiemy, kto jest ważny (w literaturze najnowszej). „Pogranicza” 2003, nr 5.



Artykuł pochodzi z dwumiesięcznika „Pogranicza” 2004, nr 3.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
PAWEŁ I GAWEŁ – WYCZEKIWANIE PUENTY
MÓJ SARKAZM. FELIETONISTYKA TOMASZA BEKSIŃSKIEGO
CENTRUM Z OFFEM ZA PAN BRAT?

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt