Witryna Czasopism.pl

nr 2 (252)
z dnia 20 stycznia 2010
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

JAK NIE PISAĆ O FANTASTYCE

1.

Niespełna kilkanaście dni po premierze Avatara − najnowszego filmu Jamesa Camerona − na jednej z anglosaskich filozoficznych list mailingowych pojawiło się interesujące ogłoszenie. Redaktorzy serii „Pop Culture and Philosophy” zachęcają w nim do zgłaszania propozycji artykułów, które miałyby wejść w skład planowanego najpewniej na drugą połowę 2010 roku tomu Avatar and Philosophy. O ile zazwyczaj takie ogłoszenia nie dziwią użytkowników listy (jeśli ktoś chce tekst napisać, po prostu go pisze i wysyła do redaktorów, a ogłoszenia nie komentuje), o tyle tym razem rozpętała się gorąca dyskusja dotycząca zasadności publikowania takich tomów zbiorowych i rzucania tego rodzaju intelektualnych wyzwań poważnym akademickim filozofom z całego świata. W chwili, kiedy piszę te słowa, dyskusja zdążyła już wygasnąć, a jej zapis czytelnicy „Witryny” mogą odnaleźć pod adresem www.listserv.liv.ac.uk (pod pozycjami nr 21 i 22). Z zamieszczonych tam postów wynika, że przeciwnicy „ufilozoficzniania” popkultury byli tym razem w przewadze. Praktycznie całej serii wydawanej przez Blackwella dostało się za mechaniczne stawianie pytań tekstom popkulturowym, przez co analogie pomiędzy na przykład światem z Avatara a konkretnymi koncepcjami pedagogicznymi czy ekologicznymi stają się łatwo przewidywalne i mało inspirujące dla kogoś zawodowo poruszającego się w sferze pytań ogólnych i problemów podstawowych.


Tyle o serii wydawanej przez Blackwella, zresztą liczącej już sobie około 20 tomów. My tymczasem pozostajemy z problemem: jak się mają koncepcje filozoficzne do przekazu zawartego w utworach rodem z kultury popularnej? Za pomocą jakiego języka, jakich narzędzi pojęciowych należy teksty popkultury otwierać? Czy takie teksty mogą być wehikułem dla istotnych tematów, czy też są zaledwie łatwo strawną papką dla zmęczonych i znudzonych odbiorców poszukujących ciągle nowych bodźców? Ostatnie pytanie jest w moim przekonaniu jedynie retoryczne (uważam, że popkultura może podejmować ważne kwestie i bynajmniej nie musi być marnym echem poważnych sporów odbywających się w gronie przedstawicieli kulturalnego mainstreamu i akademii), natomiast pytanie o język wykorzystywany do analizy problemów podsuwanych przez „lżejszą” kulturę wymaga autentycznych i nieustannych poszukiwań. Okazuje się bowiem, że łatwo można dać się wyprowadzić w pole. Z jednej strony istnieje zagrożenie naiwnym encyklopedyzmem, w ramach którego analizie poddaje się jedynie wewnętrzne prawa rządzące w komiksie, powieści czy filmie science fiction; zamieniamy się wówczas w kolekcjonerów faktów należących do konkretnego świata − siłą rzeczy jest to rozrywka dla oddanych fanów, za to niezbyt atrakcyjna dla zwykłych odbiorców. Z drugiej strony groźne mogą się okazać próby stworzenia przeintelektualizowanej interpretacji utworu: użycie określonej metodologii, wysnutej czasami z prostych skojarzeń, sprawia, że autor zbyt łatwo znajduje to, czego szukał, bo już same narzędzia zdeterminowały ów obiekt poszukiwań. Powiedzmy sobie szczerze − taki interpretator właściwie nie tyle szuka, co pisze o interesującym go na przykład problemie filozoficznym, a popkulturowy tekst, który był punktem wyjścia, schodzi na dalszy plan. Przykładem praktyki drugiego rodzaju mogą być właśnie inkryminowane „blackwellowskie” interpretacje. Otóż jeśli redaktor tomu jedno z zagadnień formułuje w następujący sposób: „Wittgenstein and Trying to Understand an Alien Form of Life”, to dla kogoś w miarę obeznanego ze współczesnymi stylami filozofowania (i w ogóle uprawiania humanistyki) będzie jasne, jakimi ścieżkami podąży interpretacja filmu Camerona czy też jakiegokolwiek innego dzieła. Filozof nie znajdzie tutaj nic dla siebie (takie teksty rzadko kiedy służą formułowaniu nowych stanowisk), a pop-pasjonat porzuci lekturę, zniechęcony napuszonym dyskursem akademików, którzy tak naprawdę chcieliby być cool i w celu zdobycia takiej etykietki próbują się podpiąć pod modne zjawiska kulturowe, jednocześnie dodając kolejne publikacje (w renomowanym wydawnictwie!) do swoich życiorysów. Praktykę pierwszego typu – nazwijmy ją fanowskim encyklopedyzmem – najczęściej stosuje się w różnorakich kompendiach (towarzyszących publikacjom komiksów czy premierom filmów) bogatych w szczegóły, których w samym scenariuszu czy powieści rysunkowej widz lub czytelnik nie odnajdzie. Te same informacje trafiają potem do encyklopedii sieciowych, a stamtąd do prasy. W ten sposób powstają artykuły, będące zaledwie streszczeniami wiedzy dotyczącej uniwersum, niemające jednak w sobie za grosz potencjału krytycznego, w żadnym stopniu niebędące próbami interpretacji bądź sproblematyzowania danego dzieła.

Jak zawsze w takich sytuacjach i przy tak jaskrawym postawieniu problemu pojawia się pytanie o możliwość trzeciej drogi.


2.

Powyższe uwagi częściowo wyrastają ze wspomnianego filozoficznego ogłoszenia. Mail wysłany do potencjalnych autorów podziałał na mnie jak impuls do refleksji, której przedmiotem nie były patologie na rynku publikacji akademickich (jest to temat na odrębną opowieść), ale to, co dzieje się z „Nową Fantastyką” i „Czasem Fantastyki”. Wydaje mi się bowiem, że zarówno przemiany, jakie zaszły w kolegium redakcyjnym pierwszego z tych czasopism (od omawianego tutaj numeru 1/2010 redaktorem naczelnym jest Kamil Śmiałkowski), jak również „oczko”, czyli 21 numer „Czasu...”, skłaniać mogą do postawienia na nowo pytań o charakter i granice pisania o fantastyce. A także pytań o potencjalnych odbiorców takiego pisania.


Na temat obu pism nie wypowiadałem się od przeszło roku, mimo to cały czas uważnie przyglądałem się praktykom i strategiom stosowanym przez obie redakcje, odnotowując w pamięci trafne pomysły bądź chybione przedsięwzięcia. Na przykładzie dwóch najnowszych numerów tychże czasopism chciałbym wskazać to, co wydaje mi się warte zachowania, ponieważ pozwala kultywować inteligentne czytanie/odbiór fantastyki, a co za tym idzie − zasypywać wilcze doły pomiędzy literaturą fantastyczną a mitycznym mainstreamem.

Nie będę budował hitchcockowskiego napięcia, przejdę od razu do sedna: zaszła ogromna zmiana na plus, zwłaszcza w przypadku fantastycznego miesięcznika („Czas Fantastyki”, choć bywa nierówny, stanowi kategorię samą w sobie i jako taki jest tyleż bezkonkurencyjny, co po prostu ożywczy i niezmiennie intrygujący). „Fantastyka” miewała swoje lepsze i gorsze chwile, nie ma sensu wracać do legendarnych pierwszych lat jej funkcjonowania. Wystarczy wziąć do ręki egzemplarze z lat 90. i z ostatniej dekady, by się przekonać, jak delikatnie ewoluowała oraz jak szczęśliwie wycofała się z testowych ścieżek ewolucji, na które redakcja próbowała wejść.

Nie czas i miejsce na szersze podsumowania, niemniej jednak eksperymentowano zarówno z doborem tekstów, jak i z szatą graficzną oraz z próbami wejścia na inne terytoria (takie jak cyberkultura). Wszystkie te doświadczenia przyczyniły się do obecnego kształtu „NF”. Jako czytelnik i jako krytyk jestem dwoma najświeższymi numerami usatysfakcjonowany i widzę, że wszystko zmierza ku dobremu; pytanie tylko, czym jest owo „dobro”?


3.

Wydaje mi się, że takim właśnie „dobrem” wyłaniającym się z lektury nie tylko dwóch ostatnich numerów jest dynamiczne poszukiwanie równowagi pomiędzy sztucznymi aplikacjami ogólnych teorii do tekstów fantastycznych a faktograficznym, fanowsko-wyznawczym pisaniem o kolejnych pokoleniach Star Treka (czy streszczaniem historii Green Lantern Corps)... Nie chcę piętnować poszczególnych autorów z działów publicystyki obu pism, nie chodzi bowiem ani o stawianie kogokolwiek pod pręgierzem, ani o załatwienie partykularnego interesu, ale wyznać muszę, że poza m.in. kiepskawą szatą graficzną obu pism (nierówne jakościowo ilustracje, fatalne momentami grafiki komputerowe wyglądające, jakby je ktoś robił na tablecie, jadąc jednocześnie po wertepach; wszystko to dalekie o lata świetlne od ilustracji z prasy codziennej) najbardziej irytowały mnie w ciągu ostatnich dwóch lat teksty napisane jakby „po nic”.

Zapełnianie kolumn odbywało się częstokroć za pomocą tekstów, które jako żywo przypominały wyciągi ze źródeł internetowych, względnie – z materiałów prasowych uzyskanych od wydawców, producentów, redaktorów. Przykładem tej formy niepowodzenia jest pisanie sprawozdawczo-informujące, porządkujące wprawdzie wiedzę dotyczącą świata przedstawionego (i pozwalające lepiej zrozumieć zależności zachodzące czy to pomiędzy bohaterami historii, czy serii komiksowej), ale niedostarczające żadnej pożywki dla rozumu, nieukazujące nowych horyzontów interpretacyjnych dla owego komiksu, serialu, filmu... Ta przypadłość zdarzała się przez długi czas „Nowej Fantastyce”. Marnotrawiono „lepszą”, kolorową część pisma na informacje, które można przy minimalnym wysiłku znaleźć w sieci.


Numer styczniowy (1/2010) przyniósł nieznaczny przełom, bowiem nareszcie zamiast biografii grupy superbohaterów z klasycznego amerykańskiego komiksu przeczytamy tekst, który może stanowić autentyczną zachętę do zastanowienia się nad motywami i wątkami powracającymi niemal obsesyjnie w twórczości Terry’ego Gilliama i który przygotowuje grunt polskiemu odbiorcy, wybierającemu się do kina na Parnassusa. Tekst Łukasza Żurka Don Kichot kina wprawdzie jest przepełniony faktami dotyczącymi twórczości Gilliama, jednakże są to fakty wykorzystane mądrze, potraktowane jako fundament do postawienia szerszych krytyczno-filmowych pytań, a nie jako cel sam w sobie. Trzeba też zwrócić uwagę na tekst Nie tylko Rosiński trzech autorów: Pawła Deptucha, Leszka Kaczanowskiego i Karola Wiśniewskiego. Jest może mniej udany od tekstu Żurka, kuleje głównie z powodu irytującego zachwytu nad karierą „naszych” na komiksowym Zachodzie, ale odsłania też wiele wątków, o których zwyczajny czytelnik może nie mieć pojęcia, co jest niewątpliwie cenne...

Mam nadzieję, że zmiana na lepsze, na razie widoczna w jednym numerze „NF”, jest zmianą na stałe. Zbyt irytujące bowiem były dla mnie ostatnimi czasy dysonanse pomiędzy tym, co deklarowała redakcja „NF” w sferze prywatnych wyborów estetycznych, a tym, co oferowała swoim czytelnikom. Jeśli przyjąć, że artykuły (i teksty literackie) są wypadkową oczekiwań kulturalnych redaktorów czasopisma, to taka spójność powinna być stanem naturalnym; rozdźwięk między postulatami a faktami budzi co najmniej nieufność. Nie chodzi wszelako o to, by wszystkie teksty dotyczyły fantastyki ambitnej, tej zmierzającej ku dyskursowi różnych nauk, a także ku technikom wypracowanym w obrębie literatury wysokiej. Nie wszystko ma od razu traktować o Thomasie Pynchonie, pismo nie musi się zamienić w biuletyn fanów Neala Stephensona czy nurtu new weird… Jeśli jednak przyjmiemy, że „Nowa Fantastyka”, trochę na zasadzie dopełnienia, ma pełnić funkcję „miesięcznika dla początkujących / średniozaawansowanych” (by nawiązać do podtytułu z winiety „Czasu...”), to powinna starać się swoich czytelników wychowywać, nawet na przekór tendencjom rządzącym rynkiem w danym sezonie.


4.

Parokrotnie chwaliłem już na łamach „Witryny” „kwartalnik dla zaawansowanych”, który pięć lat temu wyrósł obok „NF” dzięki inicjatywie Macieja Parowskiego. Swoją wysoką ocenę podtrzymuję, również w odniesieniu do ostatniego numeru z 2009 roku [4 (21) 2009]. Takiego kalejdoskopu tematów od dawna już tam nie było! Biorąc jednak do ręki ów numer, miałem różne obawy: że tekst o twórczości Jacka Komudy będzie powtarzał ogólniki i przerysowane tezy, które już się pojawiły w wywiadzie z nim opublikowanym w „NF” z października ubiegłego roku (10/2009); że tekst o postmodernistycznym wymiarze cyklu gier CRPG Fallout będzie bazował na schematach myślowych stosowanych bardzo często w tym środowisku wobec migotliwej kultury ponowoczesnej; wreszcie − że tekst o złu w fantastyce będzie mało satysfakcjonujący. Oprócz tego ostatniego artykułu (przeglądowego i chciałoby się powiedzieć − naskórkowego studium Jacka Soboty) moje pierwotne intuicje okazały się bezpodstawne. Elżbieta Żukowska w tekście Ukraina według pana Jacka rozkłada na czynniki pierwsze neosarmatyzm Komudy, podszyty bardziej romantyczną wizją epoki sarmackiej, aniżeli samym sarmatyzmem. Zbigniew Wałaszewski wskazuje na ponowoczesne tropy w Falloucie, nie sprowadzając na szczęście tej gry – do dziś działającej na wyobraźnię – do serii popkulturowych kryptocytatów rozrzuconych w postnuklearnym krajobrazie wykreowanym przez twórców gry. Wspaniały jest przedrukowany za „Fantomem” z 1999 r. wywiad z Krzysztofem Boruniem, jednym z „ojców założycieli” polskiej fantastyki. A zatem − numer jak najbardziej pobudza do myślenia, spierania się − w moim przypadku zwłaszcza o teksty wyrosłe z konkursu „CzF” i Narodowego Centrum Kultury „Zwrotnice czasu”. Mimo felietonów równie jak tekst Soboty powierzchownych, mimo coraz mniej śmiesznego, a coraz dłuższego Ratmana (rzućcie okiem na Sanktuarium Barnaby w tym numerze, to zrozumiecie), poczułem się na nowo zachęcony do fantastyki, z którą na co dzień już nie obcuję tak często, jak bym chciał. Proporcje utrzymano po mistrzowsku, poszczególni autorzy sproblematyzowali fantastykę w taki sposób, że aż chce się dyskutować o tych tekstach, filmach, komiksach, grach. To cenna tradycja tego pisma i cieszę się niezmiernie, że od 21 numerów tak pięknie się ją pielęgnuje − oby tych „oczek” było jeszcze wiele przed nami.


5.

Wierność strategii pisania zrównoważonego i jednocześnie zaangażowanego odsyła mnie do problemu, który zauważyłem, uczestnicząc w listopadzie ubiegłego roku w spotkaniu poświęconym realizmowi, a odbywającym się w ramach krakowskiego Festiwalu im. Josepha Conrada. „Niefantastów” mogło zaskoczyć, że w panelu uczestniczyli pisarze działający w różnych rejestrach i rejonach fantastyki: Jacek Dukaj, Anna Brzezińska i Łukasz Orbitowski. Gdy dyskusja w gronie panelistów wyczerpała się, jeden ze słuchaczy oburzył się, że nie bronią swoich tekstów przed zakusami interpretatorów. Szkolnym banałem wydaje się fakt, że istotą dzieła literackiego (oprócz szeregu innych wyznaczników) jest to, że można je różnorako interpretować, że bogactwo literatury polega właśnie na jej otwartości na mniej lub bardziej zbieżne ze sobą odczytania. Tymczasem − nie! Okazuje się, że są wciąż i tacy czytelnicy, którzy myślą, że to autor jest depozytariuszem jedynego słusznego objaśnienia swojego tekstu i że z sobie tylko znanego powodu jeszcze tego objaśnienia nie upublicznił...

Z tej anegdoty wyprowadzę postulat odnośnie obu pism. Nie jest fantastyka izolowaną wyspą interpretacyjnej, jednowymiarowej oczywistości. Nie chciałbym więc w żadnym wypadku, aby redakcje zaczęły uświadamiać swoich czytelników, że „literaturę się interpretuje”, a nie czyta dosłownie, ale by raczej trzymały kurs obrany w dwóch ostatnich numerach − na świeże i mądre odczytania, bez przedawkowania teorii i bez fanowskiego, pełnego uproszczeń zachwytu.

Michał Choptiany

Omawiane pisma: „Czas Fantastyki”, „Nowa Fantastyka”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
LIST DRUGI
KASA
RENESANS FILMU DOKUMENTALNEGO?

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt