Witryna Czasopism.pl

nr 19 (245)
z dnia 5 października 2009
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

TRZY DIALOGI I SMUTEK FILOZOFA

Już przy pierwszym spotkaniu z magazynem „Europa” zrozumiałem, na czym polega snobistyczna przyjemność trzymania w ręku gazety opatrzonej podtytułem „Tygodnik Idei”. Znana i lubiana, towarzysząca każdemu weekendowemu wydaniu „Dziennika”, szybko znalazła „Europa” grono oddanych i zafascynowanych czytelników. Zachwiała monopolem „Gazety Świątecznej”, która do tej pory niepodzielnie panowała w sobotnie popołudnia i niedzielne poranki u miłośników ambitniejszej prasy. Na kilkunastu stronach, niekiedy trudnych do wyłuskania spomiędzy dodatku o podróżach i części sportowej „Dziennika”, sąsiadowały ze sobą w jednym wydaniu teksty chociażby Ryszarda Legutki i Jadwigi Staniszkis albo Francisa Fukuyamy i Guy Sormana. Gazeta ta nie tylko pokazała, jak fascynująca może być scena idei, ale uświadomiła, iż coś takiego jak „scena idei” rzeczywiście istnieje. Pamiętam dobrze niepewność i zainteresowanie, kiedy wspólnie z przyjaciółmi dzieliliśmy się wrażeniami z lektury – fascynował nas fakt, iż po przeczytaniu numeru „Europy” od deski do deski nie tylko nie zbliżyliśmy się ani o krok do wyrobienia sobie opinii na dany temat, ale nawet od sformułowania takiej opinii się oddaliliśmy. Mieliśmy jednak świadomość, że zyskaliśmy coś innego – dystans.


Po co już na wstępie ta laurka odrobinę przypominająca nekrolog? Chociaż swojej przygody z „Europą” kończyć nie zamierzam, przyjemność płynąca z lektury „Tygodnika Idei” nie będzie mi już dana. We wrześniu tego roku „Europa” przeniosła się bowiem dość nieoczekiwanie do „Newsweeka” i zamieniła w miesięcznik. To doskonała okazja do podsumowań i ocen. Dokonawszy zatem laudacji dotychczasowej „Europy”, przyjrzyjmy się bacznie jej nowej wersji, zaproponowanej nam przez „Newsweek”.


Najpierw o różnicach. Magazyn ukazywać się teraz będzie czterokrotnie rzadziej. Zniknęły też, tak bardzo kojarzące się z pismem, reprodukcje obrazów, które nadawały ton, przykuwały wzrok, a przede wszystkim informowały o istnieniu artystów ciekawych i frapujących, nieznanych dla laika. Zmieniła się też pozostała część szaty graficznej: pojawiły się fotografie korespondujące z prezentowanymi tekstami, a dominujący wcześniej kolor niebieski zastąpiono czerwonym – to jednak tylko drobny face-lifting. Odchudzono skład redakcji (trudno zatem się dziwić, że jednym z przewodnich tematów numeru jest kryzys gospodarczy). A co nie uległo zmianie? Szefem redakcji pozostał Maciej Nowicki. Utrzymano tradycję zamieszczania kilku wierszy na tylnej stronie okładki (tym razem są to teksty E.E. Cummingsa w tłumaczeniu Leszka Elektorowicza). Jak zaś przedstawia się to, co w „Europie” zawsze było najważniejsze? Czy ucierpiała zawartość pisma? Przyjrzyjmy się nieco dokładniej.


Biorąc pod uwagę wyraźną dbałość o kompozycję numeru 1/2009, myślę, że najlepiej przysłuży się czytelnikowi sekwencyjne omówienie kolejnych tekstów. Zresztą gdybym nawet zechciał zaprezentować tylko jeden z nich, trudno byłoby dokonać wyboru. Bo przecież żadne nazwisko z listy: Peter Sloterdijk, Zbigniew Brzeziński, Francis Fukuyama, Aleksander Dugin, Paweł Śpiewak, Sławomir Sierakowski, Gianni Vattimo nie zasługuje na pominięcie. Ktoś mógłby pochopnie zaproponować: „nie wspominajmy o Sierakowskim”. Do tekstu jego autorstwa i przewrotnej funkcji, jaką pełni w numerze, jeszcze powrócę.


Ale po kolei. Zacznijmy od Petera Sloterdijka, z którym arcyciekawy wywiad przeprowadza Maciej Nowicki. Sloterdijk uchodzi za jednego z najważniejszych, jeżeli w ogóle nie najważniejszego żyjącego niemieckiego filozofa. Nie mnie oceniać, czy jest tak w istocie. Nie mnie również orzekać o prawdziwości lub błędności jego tez. Nie ulega jednakże wątpliwości, iż ten oryginalny myśliciel zabiera swego rozmówcę (a nas, czytelników, razem z nim) w szaloną podróż po współczesnej kulturze. Słowo „szalona” brzmi może w tym kontekście zbyt histerycznie, jednakże każdy, kto zapozna się z przedstawionymi przez filozofa tezami, zda sobie sprawę z tego, iż przedstawia on naszą codzienność w zupełnie innym świetle i z innych pozycji, aniżeli przywykliśmy to na co dzień robić. Sposób, w jaki przebiega „nasz wielki kryzys”, a także kształtujące się ludzkie postawy względem tegoż kryzysu, skłaniają Sloterdijka do stwierdzenia, iż w dzisiejszych czasach „gniew utracił związek z nadzieją”, zaś wzniosłość do tego stopnia tłumiona jest przez oplatający ją kokon kultury masowej, iż nawet wobec naszych własnych nieszczęść „cały czas wydaje nam się, iż oglądamy film katastroficzny”.


Sloterdijk mówi też o upadku proroków, o estetyzacji kryzysu; o tym, jak kapitalizm wciąż przesuwa w przyszłość nadejście swojego krachu; diagnozuje zmianę naszego podejścia do pracy i nieubłaganą eliminację tej kategorii z europejskiego etosu i systemu wartości. Tylko naiwni sądzą dziś, że praca pozwoli im „dorobić się” i zbudować na tej podstawie godne życie. Bogactwo uzyskuje się wszak za pomocą kilku sprawnych, sprytnych i szczęśliwie przeprowadzonych operacji finansowych. Niebywale ostro i bezwzględnie traktuje filozof współczesnych neomarksistów. „Stracili rozum” – ocenia bez pardonu. Wyzysk nie stanowi koła zamachowego gospodarki, stanowi je „rodzaj systemowego stresu”. W kapitalizmie takim stresem było zadłużenie, z którego trzeba było wyjść. Dzisiaj z kolei zadłużenie przestaje stanowić jednoznaczną i oczywistą motywację do pracy, która doprowadzić powinna do wyjścia z długów, zaś „wielcy bankruci śmieją się ludziom w nos i wyjeżdżają na wakacje”. Sloterdijk redefiniuje też pojęcia elity i proletariatu: proletariat przestał istnieć, zamiast niego jest lud, jednak definiować go trzeba nieco inaczej. Lud to ci, którzy nie mogą liczyć na to, że ktoś kiedykolwiek coś im da tylko dlatego, że są ładni...


Moja pospieszna prezentacja (skrót z rajdu Sloterdijka i Nowickiego przez najważniejsze obszary naszej aktualności) nie zastąpi lektury artykułu, a tym bardziej lektury książek niemieckiego myśliciela. Kiedy myślę o fenomenie Sloterdijka i jego nowego spojrzenia na kulturę, nasuwa mi się porównanie z innym autorem, który w podobnie demaskatorski sposób wskazuje na ukryte powiązania między pozornie odległymi zjawiskami i odkrywa drugą, ponurą twarz współczesności. Mam tu na myśli Michela Houellebecqa; jego diagnozy sytuują się wszak gdzieś na płynnej granicy między depresją oraz nagim realizmem. Zarówno z niemieckim myślicielem, jak i z francuskim prozaikiem można się spierać i polemizować. Jest jednakże coś frapującego i niepokojącego w korelacji, zachodzącej między ich przemyśleniami.


W odniesieniu do rozmowy ze Sloterdijkiem wypada nadmienić o czymś jeszcze. Tytuł artykułu, uwypuklający i wzmacniający jedną z postawionych tez, brzmi: Tylko bogaci mogą uratować świat. Otóż zapytany o możliwe scenariusze dalszych losów kultury euroatlantyckiej filozof stwierdza, iż jego zdaniem najbardziej prawdopodobne (a zarazem najbardziej pozytywne) byłoby rozwinięcie się neofeudalizmu. Wyraźnie ukształtowana „klasa milionerów i miliarderów”, sytuujących się poza prawem i rzeczywistością przeciętnego obywatela, ma w przyszłości przejąć realną władzę nad światem, uczynić z niego własne podwórko, zaś z ludu swoich wasali, a wszystko to nie naruszając formalnych zasad demokracji. A jako że o własne podwórko każdy dba wedle najlepszych swoich możliwości, feudałowie zapewnią światu bezpieczeństwo i harmonijny rozwój. Bo czy ktoś, kto lubi spędzać wakacje w Wenecji, pozwoli na to, aby Wenecja zatonęła? Trzeba przyznać, że tego rodzaju argumentacja przywodzi na myśl kilka innych słynnych flirtów filozofów z władzą. Jeżeli zatem każdy wielki myśliciel musi odbyć swoją osobistą podróż do Syrakuz, Sloterdijk ma wielkie szanse zasłużyć na członkostwo w tym elitarnym klubie.


Ciekawym dopełnieniem filozoficznej spekulacji autora Krytyki cynicznego rozumu jest artykuł politologa Francisa Fukuyamy. Od czasu głośnej tezy o końcu historii diagnozy Amerykanina nieodmiennie cieszą się wielkim zainteresowaniem i skupiają na sobie uwagę czytelników – zarówno zwolenników, jak i polemistów. Tym razem w ciekawym i rozbudowanym, acz może przeładowanym technicznymi terminami artykule Fukuyama (wraz ze współautorem tekstu – Sethem Colbym) piętnuje akademickich ekonomistów, których nieuzasadniona pewność siebie mogła w znacznej mierze przyczynić się do wybuchu szczególnie dotkliwie odczuwanego w Ameryce kryzysu. Ich błąd polegać miałby na tym, iż, konstruując skomplikowane modele matematyczne, zbyt mało uwagi poświęcili rzeczywistości, zapominając o fakcie, że nie ma żadnej gwarancji ścisłości w uprawianiu nauk ekonomicznych. Nawet najbardziej imponujący model matematyczny obejmuje wyłącznie fragment zjawisk świata, choć nie stanowi to argumentu za tym, aby takie modele przestać tworzyć. Co najmniej wysoce ryzykowne jest jednak butne postulowanie tworzenia na tej podstawie praw regulujących działania na rynkach finansowych. Akademiccy ekonomiści nie mają monopolu na wiedzę o funkcjonowaniu światowej gospodarki i powinni zachować tę świadomość, prowadząc swoje badania.


Kolejny dwugłos (zasada dwugłosowości decyduje o kompozycji numeru) dotyczy światowej geopolityki i ma pewien „zimnowojenny” posmak. Amerykański politolog polskiego pochodzenia, Zbigniew Brzeziński, przedstawia swoje refleksje nad przyszłością NATO wobec sześćdziesięciolecia Sojuszu Północnoatlantyckiego, a także wobec coraz częstszych głosów krytycznych pod jego adresem. Wedle Brzezińskiego krytyka nie jest nieuzasadniona, nie wynika to jednak z faktu, iż Sojusz zwyczajnie się zestarzał i należy odłożyć go do lamusa, ale ze zmiany globalnej sytuacji geopolitycznej: nowe problemy i rekonfiguracja układu światowych sił wymuszają na NATO zmianę celów i taktyki działania. Podsumowując, tworowi prawnemu, jakim jest Sojusz, odpowiada realna siła i wspólnota interesów w rzeczywistości; jest on poważnym graczem i podmiotem na współczesnej scenie politycznej, jednakże zmienili się przeciwnicy oraz zasady gry, a do tego koniecznie trzeba się przystosować. NATO musi zatem dobrze zastanowić się nad tym, co dzieje się w Afganistanie, choć nie powinno się stamtąd wycofać. Musi wypracować rozsądny sposób budowania relacji z Rosją. Musi uwzględnić nowych graczy (Chiny i Indie) i zreorganizować strukturę wewnętrzną, gdyż większy poziom skomplikowania sytuacji geopolitycznej może w realny sposób zagrozić „jedności frontu” państw członkowskich.


Niejako „z drugiej strony Żelaznej Kurtyny” wypowiada się politolog rosyjski, Aleksander Dugin. Posłużenie się pojęciem odnoszącym się do podziału już nieistniejącego łatwo uzasadnić nie tylko dramatycznie brzmiącym tytułem (Polski na razie nie odzyskamy), ale również radykalną i wyrazistą różnicą języków, jakimi posługują się Brzeziński i Dugin. Rosjanin, przedstawiony w nocie redakcyjnej jako głosiciel oficjalnego stanowiska Kremla („Autor m.in. książki Osnowy geopolityki – zalecanego przez Sztab Generalny Federacji Rosyjskiej podręcznika w rosyjskich akademiach wojskowych i dyplomatycznych”), wypowiada się językiem niebezpiecznie kojarzącym się z Orwellowską nowomową: „Rosja nie wraca dziś do stalinowskiej wersji historii, lecz wyraża siebie taką, jaka jest od zawsze”, „zawsze będzie dążyć do przesunięcia swojej strefy wpływów w kierunku zachodnim”, z tego zaś „ktoś może wyciągnąć wniosek, że trzeba ją unicestwić, inny, że trzeba się przed nią bronić, a jeszcze inny – jak my, Rosjanie – że trzeba stawać w jej obronie”. Na uwagę dziennikarza, iż „buńczuczne zapowiedzi odbudowy imperium są raczej strategią realizującej własne interesy elity politycznej, a nie marzeniem zwykłych mieszkańców kraju”, Dugin odpowiada, iż „w istocie rzeczy wygląda to odwrotnie”. „W istocie rzeczy” lektura wywiadu z Aleksandrem Duginem musi działać na czytelników „z drugiej strony żelaznej kurtyny” jak płachta na byka. A jednak wywiad Filipa Memchesa z Aleksandrem Duginem to lektura obowiązkowa. Wszak uświadamia, że przynajmniej na poziomie dyskursu pewnych podziałów długo jeszcze nie uda się nam usunąć. Trzeba o tym wiedzieć, pomimo iż Dugin usiłuje studzić nasze emocje, twierdząc, że „Polski na razie nie odzyskamy”.


Serię dialogów kończą dwa artykuły bezpośrednio dotyczące aktualnej sytuacji Polski. W pierwszym z nich wybitny socjolog i były polityk PO, Paweł Śpiewak, powołując się na „wyniki sondaży”, kreśli przed nami obraz współczesnego polskiego społeczeństwa, które nazywa „bogacącym się i grillującym”. Chodzi tu oczywiście – jak zwykle w przypadku analizy statystycznej – o większość i obraz jej silniejszego świata, choć trzeba zaznaczyć, iż nie unika też Śpiewak wypowiadania własnego, niekiedy dość radykalnego osądu, który czasem przemyca w taki sposób, że trudno oddzielić go od prezentacji „obiektywnych danych sondażowych”. Tak czy owak, jest to ciekawy opis naszych sukcesów, porażek, ambicji oraz „lenistw” i nikomu nie chciałbym odbierać przyjemności przejrzenia się w tym zwierciadle. Zdradzę tylko, że (zgodnie z rewelacjami podanymi przez Śpiewaka) polityka interesuje Polaków coraz słabiej: „Polska jest jedynym krajem w Europie – obok katolickiej Irlandii – w którym nie dostrzega się zapotrzebowania społecznego na partie lewicowe (SLD raczej udaje lewicę, tak jak niegdyś PZPR). Lewica, jeśli się pojawia, to tylko wśród wielkomiejskiej młodzieży zwykle pochodzącej z dobrych domów, która – trochę z fascynacji dla zachodnich koniunktur intelektualnych, a trochę z niechęci do prawicowej retoryki – popiera ekologiczną, feministyczną, gejowską postlewicę. Ci młodzi ludzie chętnie i ciekawie perorują o jakości dyskursu publicznego, ale takie formacje nie mają żadnych szans na sukces polityczny”.


W tym kontekście chyba na zasadzie żartu funkcjonuje umieszczony zaraz na następnej stronie artykuł Sławomira Sierakowskiego zatytułowany Na ruinach polityki, którego autor z troską opisuje stagnację panującą na polskiej scenie politycznej, zauważając, iż bez wątpienia społeczeństwo polskie osiągnęło kres historii. Ów kres historii przemianowuje Sierakowski na kres metanarracji i powtarza za Lyotardem, że „kres legitymizacji przez metanarrację nie musi oznaczać kresu legitymizacji w ogóle”, gdyż kolejnym krokiem na tej drodze jest legitymizacja przez skuteczność, której obowiązywanie z kolei pozwala Palikotowi „pić z gwinta na ulicy”.


Nie ukrywam, że nie jest dla mnie jasne, o co Sierakowskiemu naprawdę chodzi. Nie jest też wystarczająco wyraźnie wytyczona granica między relacją z wyników sondaży a poglądami Śpiewaka w artykule wcześniejszym. W obu tekstach słyszę głosy malkontentów, którzy nagle zorientowali się, że jest zadziwiająco dobrze i nie wiedzą, co z tym fantem zrobić. Wszak jest to stan niebezpieczny dla młodego lewicowca pochodzącego zwykle z dobrego domu, który trochę z fascynacji dla zachodnich koniunktur intelektualnych, a trochę w poszukiwaniu miejsca dla siebie na współczesnej scenie polityczno-ideowej, chętnie peroruje o jakości dyskursu publicznego. To stan groźny także dla dojrzałego intelektualisty o melancholijnym spojrzeniu, który nie wie jeszcze, czy dobrze jest być mężnym klerkiem, lecz nie może powstrzymać gorzkiej wesołości, obserwując neomarksistowskie, młodzieżowe marzenia o rządzie dusz. Bo przecież jeżeli jest dobrze, to co tu, u diabła, robić?!


Mocno wybrzmiewa końcowy akcent numeru: wywiad ze słynnym myślicielem włoskim, Giannim Vattimo, dotyczący sytuacji Kościoła Katolickiego w dobie kryzysu. Vattimo kieruje wiele cierpkich słów zarówno pod adresem Kościoła jako całości, jak i – personalnie – wobec papieża Benedykta XVI. Mocno krytykuje encyklikę Caritas in veritate, w której dostrzega jedynie zbiór pustych deklaracji i którą „przeczytał z najwyższym wzburzeniem”. Zarzuca też Kościołowi kurczowe trzymanie się własnej potęgi ekonomicznej. Rozmowie tej – paradoksalnie – ciężaru gatunkowego przydaje osobisty ton przedstawianych pretensji i zarzutów. Można odnieść wrażenie, iż nie tyle mamy tu do czynienia z przemyślaną argumentacją przeciwko polityce Kościoła i z racjonalnie prezentowaną kontrpropozycją, ile raczej stajemy się świadkami religijnych wątpliwości wielkiego człowieka o wybitnej wrażliwości i osobowości. Wątpliwości – dodajmy – na granicy apostazji.


To wszystko sprawia, iż wrześniowy numer „Europy” po prostu czyta się sam. Świetna kompozycja poszczególnych artykułów, ich dialogowe zestawienie i doskonale dobrana tematyka zasługują na duże uznanie. Być może pod tym względem zmiana formuły magazynu na miesięcznik okaże się plusem, że mniejsza objętość pisma zmusi redakcję do silniejszej selekcji artykułów, windując jeszcze wyżej ich poziom merytoryczny i czytelniczą atrakcyjność. Nie mogę się już doczekać następnego, październikowego numeru.

Roman Jagiełka

Omawiane pisma: „Europa – Tygodnik Idei”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
Od Redakcji
LILIPUTY WŚRÓD KSEROKOPIAREK
LUBELSKIE PASAŻE, LUBELSKI „CHAOSMOS”

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt