Witryna Czasopism.pl

nr 19 (245)
z dnia 5 października 2009
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

DUSZA I CIAŁO ZA 9 PLN

Antropolog nie powinien obrażać się na ludową wiarę w magię liczb. Można sobie pokpiwać z kogoś, kto przeprowadza skomplikowane obliczenia numerologiczne, posługując się cyframi z podeszwy papieskiego buta i datą jego pierwszego spływu kajakowego. Antropolog zachowa jednak śmiertelną powagę. Język znaczących cyfr jest pewnie tak stary jak pismo linearne. Zasługuje na szacunek i badawcze spojrzenie. Od czasu do czasu można skorzystać z numerologii przy planowaniu antropologicznej strategii finansowej. Weźmy za przykład listę płac na uczelni wyższej: zamiast pensji w zakontraktowanej wysokości 1200 PLN młodszy asystent otrzyma w październiku 357 PLN. Na odcinku potwierdzającym odbiór wynagrodzenia przeczyta: 3 – doskonałość (Trójca, Trimurti, Zeus z potrójną błyskawicą), 5 – zjednoczenie, harmonia (pięć zmysłów, pentagram), 7 – świętość, szczęście (siedem dni stworzenia, siedem kolorów tęczy). Niewiele to więcej niż stypendium naukowe w wysokości 333 PLN (socjalne: 3 PLN), daleko od 123456789 PLN, budżetu wydziału matematyki.


Wyrażające pełnię ceny detaliczne w sklepach (9,99 PLN kiełbasa śląska kilogram) szybko wyzerują numerologiczny bilans badacza. Ratując, co się da, podniesie on cenę wydawanego przez siebie antropologicznego kwartalnika z 6 PLN do 9 PLN. I z trwogą będzie liczył ilość zwróconych przez księgarnie egzemplarzy „Barbarzyńcy”.


„Przy natłoku argumentów – tak podsumowuje symbolikę liczb w ostatnich słowach edytorialu redakcja „Barbarzyńcy” nr 1 (14) 2009 – nie pozostaje nam nic innego, jak podnieść cenę do najdoskonalszej Dziewiątki, lepszej nawet od świętej Siódemki (…)”. Trudno powiedzieć, czy magia ta zadziała równie skutecznie na potencjalnych czytelników. Życzę tego „barbarzyńcom”. (I w ogóle życzę samych kokosów: wysokich stypendiów, dotacji, grantów, pensji, bo z samej magii nie da się przeżyć do pierwszego). Tak więc za symboliczne 9 PLN w nowym numerze Dariusz Czaja podejmuje się niewdzięcznego zadania: rehabilitacji duszy. Badań nad duszą nie prowadził w Republice Zielonego Przylądka, lecz na naszym swojskim, ponoć doszczętnie odczarowanym podwórku (Życie śmieje się z rozumu. O kłopotach z duszą, języku potocznym, Emilu Cioranie i pograniczności antropologii, z Dariuszem Czają rozmawia Szymon Uliasz).


Dusza odzyskana


Czaja został wybrany ekspertem w tej dziedzinie ze względu na jego niedawno wydaną książkę Anatomia duszy (37,49 PLN w Empiku, czyli wysoka półka; ci, którzy posiadają tylko 9, muszą zadowolić się wersją instant). W rozmowie z Uliaszem przedstawia losy badań terenowych, opartych na klasycznym wywiadzie etnograficznym. Zaczęło się od żartobliwej propozycji poczynionej przez autora przy okazji projektu „Konteksty ciała i cielesności”: „skoro zajmujemy się ciałem, to może dodajmy też coś o duszy”. Przekora godna odnotowania. Także dlatego, że samo słowo w języku polskim przez długi czas funkcjonowało przede wszystkim w kontekście religijnym, co słusznie podkreśla Jacek Bomba w innym, bardziej „cielesnym”, wywiadzie, zamieszczonym w tym samym numerze „Barbarzyńcy” (Kiedy pan i jego pies słuchają Mozarta, z Jackiem Bombą rozmawia Katarzyna Fac-Biedziuk).


Wraz ze swoimi studentami Czaja rekonstruował współczesny dyskurs o duszy, kolekcjonując głosy „ludu” (dobre słowo, wszak kultura ludowa, nierzadko będąca ideologicznym konstruktem, to ważny punkt w antropologicznym dossier). Efektem poszukiwań nie okazała się jakaś stabilna struktura mityczna, leżąca u podstaw nowoczesnego społeczeństwa, lecz „wielkie języków pomieszanie”: rezerwuar sprzecznych metafor różnego pochodzenia, wyobrażeniowa wieża Babel. Dyskietki i silniki, dusze uwięzione w oczach, dusze-tchnienia, dusze-aparaty psychiczne. Poddane obróbce metafory z chrześcijańskiego uniwersum (metafory spłaszczone i zbanalizowane, jak z przekąsem określiła je Joanna Tokarska-Bakir, recenzentka Anatomii duszy, z którą Czaja polemizuje w wywiadzie) pomieszane z psychologicznym żargonem i stechnicyzowaną nowomową. I jaki z tego pożytek?


Krakowski antropolog nie pozostawia w tej sprawie wątpliwości: mimo wszystkich pseudonaukowych egzorcyzmów dusza nie umarła, ma się całkiem nieźle i wiedzie swój pokątny żywot w naszym społeczeństwie. Wiedza techniczna, która duszę zamienia na zespół funkcji fizjologicznych, choć milcząco i powszechnie akceptowana, okazuje się w praktyce absolutnie nieprzydatna w sensie antropologicznym. „Nie wyobrażam sobie kogoś, kto podporządkowałby swój świat konsekwentnie psychofizjologii – powiada Czaja – Zakochałby się i mówił, że są to tylko pobudzenia płatu czołowego czy jakiegoś innego ustrojstwa (…) Cytuję gdzieś w książce ten świetny fragment z Byrona: The tree of knowledge is not that of life (…) Myśl potoczna (…) akceptuje bez trudu rozwiązania naukowe, ale w planie realnym stosuje inną, potoczną »logikę«”.


Metafory nie służą do opisywania rzeczywistości, lecz do korzystania z niej, porządkowania i poznawania. Język potoczny – jak u Gadamera, na którego Czaja się powołuje – jest wykładnią świata. Dusza, słówko o archaicznym już nieco posmaku, wciąż współtworzy tę wykładnię, a więc współtworzy także świat, w którym żyjemy. Dla jednych może to oznaczać jedynie tyle, że projekt odczarowania nie został jeszcze zrealizowany do końca. Dla drugich, takich jak Czaja, staje się punktem wyjścia do gwałtownej, blake’owskiej polemiki z doktrynerskimi zapędami współczesnej nauki: z darwinistą Danielem Dennettem, ze Stevenem Pinkerem, amerykańskim psychologiem z MIT (powiedzmy: psychologiem z AGH) i z nieprzejednanym Richardem Dawkinsem, autorem książki Bóg urojony. Czaja sprytnie kieruje spór tam, gdzie żadna ze stron nie może rościć sobie pretensji do wiedzy absolutnej: na poziom języka i konkurujących ze sobą metafor. To właśnie na tym poziomie, jak sądzi krakowski antropolog, trwa, na razie przegrywana przez współczesną naukę, walka o „rząd dusz”.


Punk – gołowąs


Redakcja „Barbarzyńcy”, choć duszy (i Czai) oddaje przedpole, na kolejnych stronach kontratakuje cielesnością. Proponuje nam wypisy z historii punkowców (Szminka i krew) i antropologii jedzenia (Głodomór w krainie pieczonych gołąbków) oraz żywoty transgenderowe (Ludzie progowi). Wybieram bramkę numer jeden i moją ulubioną część ciała: brodę, bo broda, a właściwie jej brak, to, jak się okazuje, ważny element „punk-doktryny”.


Autor artykułu, Xawery Stańczyk alias Legendarny Xawery nie ukrywa swojej sympatii dla ruchu punkowego i z łezką w oku wspomina pionierskie dla tej subkultury lata (których, jak rozumiem, nie udało mu się przeżyć z racji metryki podobnej do mojej). Stara się jednak utrzymać swoją antropologiczną rekonstrukcję punk-doktryny w granicach profesjonalnego dyskursu antropologicznego. Z powagą wymienia zatem kanoniczne elementy punkowej odzieży oraz punkowej, że się tak wyrażę po staroświecku, fizjognomii. „Bród, smród i ubóstwo”, jak powiada Legendarny Xawery, i wszystko się zgadza, bo taki jest mniej więcej zakres konotacji angielskiego punk (choć, jak poucza słownik Webstera, punk to również: a young man used as a homosexual partner especially in a prison). W każdym razie, jak niektórzy może pamiętają, Rocky Balboa, ucieleśnienie american dream, niemal w każdej części powtarza ustami Stallone’a, że bardzo nie chce być punkiem. Dlatego m.in. w miarę regularnie się goli (a już na pewno przed walką). I co tu począć, skoro punk-doktryna szczególną uwagę zwraca właśnie na brak zarostu. „Broda (…) doprowadzała publiczność do szału, gdyż punk nie mógł nosić brody”, a dalej: „funkcjonowanie w przestrzeni publicznej to w tym wypadku poddanie się ujarzmiającym praktykom władzy/wiedzy, to właśnie zgoda na sztywną tożsamość, która nie pozwalała punkowi nosić brody”.


Przykład punków-gołowąsów to świetny przypis do uwag wypowiadanych przez Czaję na temat dyskursu o duszy. W przestrzeni społecznej rzeczywistości nie mamy do czynienia ze spójnymi, klarownymi systemami wyobrażeń, lecz z chaotyczną kotłowaniną wzajemnie się wykluczających tendencji. Niechlujny punk, jak ślicznie to ujmuje Legendarny Xawery, „w swym histerycznym pożądaniu tożsamości grzebie w śmietniku i w rzeźni”, lecz znajduje jeszcze trochę czasu na to, aby pozbyć się zarostu (choć nie wiem, czy dotyczy to również wąsów? zakładam, że tak). Żeby być dobrym „lujem” (tak bym przetłumaczył słówko punk), musi posmarować twarz kremikiem i sięgnąć po maszynkę do golenia. Paradoksalnie, o wiele większymi punkami byli zatem członkowie pierwszych zakonów żebraczych, mnisi w zgrzebnych, śmierdzących worach, z zawszoną brodą po kolana, która dosłownie oddawała fakt ich materialnego ubóstwa, a z racji zapachu wyrzucała ich poza margines społeczeństwa. Dziś część ich misji przejęli zawodowi żebracy, którzy podtrzymują chlubną tradycję niezależności. Krótko mówiąc: prawdziwego „luja” nie stać na maszynkę, nawet za magiczne 0,99 PLN.

Arkadiusz Wierzba

Omawiane pisma: „Barbarzyńca”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
PISZMY O TEATRZE – LECZ PISZMY RZETELNIE
DWA LATA DLA SIERAKA, A ILE DLA STOKFISZEWSKIEGO?
Bigos „Kresowy”

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt