Witryna Czasopism.pl

nr 19 (221)
z dnia 5 października 2008
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

PROWINCJA JEST TAM, GDZIE TY

1.

Najnowszy, zapowiadający pochwałę prowincji numer „Kontekstów” 2 (281) 2008, towarzyszy trwającej do końca października wystawie etnograficznych pamiątek z archiwum Andrzeja Wajdy. W krótkich tekstach Małgorzaty Szczurek, Bogdany Pilichowskiej i samego reżysera zrekonstruowano założenia ekspozycji (wiele już mówi sam jej tytuł – Etnograficzny remanent – który może się kojarzyć z wygrzebywaniem ze zbiorów rzeczy od bardzo dawna zapomnianych, niezinwentaryzowanych, zepchniętych na daleki plan), jak również przypomniano epizody z biografii twórcy Pokolenia, dzięki którym możemy się dowiedzieć, iż jako student krakowskiej ASP dorabiał sobie, pracując przy tworzeniu dokumentacji rysunkowej podkrakowskich wsi.

W numerze znalazł się obszerny blok poświęcony postaci Tadeusza Kantora; dominuje w nim zapis debaty z marca 2007 r. z warszawskiej Zachęty, skoncentrowanej wokół edycji wykonanego przez Wajdę filmowego zapisu Umarłej klasy. Wielopole, niebędące wszak żadną miarą metropolią, odcisnęło na twórczości Kantora ogromne piętno. Pamięć o miejscu urodzenia, mimo całej awangardowo-artystowskiej otoczki, która towarzyszyła działaniom Kantora, zdominowała jego dzieło teatralne. W jego przypadku zatem − w przeciwieństwie do młodego Wajdy dokumentującego ginące rękodzieło − mamy do czynienia z próbą powrotu do prowincji takiej, jaką była w dzieciństwie artysty.

Czy jednak ta prowincjonalność i w szkicach oraz zdjęciach Wajdy, i w teatrze Kantora, zachowuje bezpośrednią styczność z realnym kształtem prowincji, z którym dane było twórcom obcować? Pozostałe teksty zgromadzone przez redaktorów podważają optymistyczne przekonanie, że tak mogłoby w istocie być. O ile kreacyjność teatru Kantora nie podlega dyskusji, o tyle w przypadku Wajdy można by zaprotestować: skoro są to tylko szkice, zdjęcia i studencka etiuda, dlaczegóż nie miałyby dawać jednoznacznego obrazu powojennej podkrakowskiej prowincji?


2.

Czesław Robotycki w tekście „Prowincja” z antropologicznego punktu widzenia pokazuje, iż to, co skłonni jesteśmy uznać za czystą ludowość i prowincjonalność, jest naszym konstruktem, wpisanym w szersze praktyki dyskursywne oparte na dwubiegunowych wartościowaniach (centrum − peryferia, natura − cywilizacja). Ponadto jest uporządkowaną za pomocą środków danych przez określone dyskursy (naukowe, artystyczne) narracją na temat tego, co na owej prowincji miałoby się znajdować. Zgodnie z zasadą, że obecność obserwatora powoduje zmianę w obiekcie badań i obserwacji, czysta prowincjonalność nie będzie nam dana nigdy; jeśli nie wychowaliśmy się na prowincji, będziemy ją sobie przekładać na języki z wyższych poziomów naszej kultury, będziemy filtrować ją przez naszą wiedzę. Dlatego też nawet proste szkice Wajdy przedstawiające okucia dyszli wozów wykonywane przez podkrakowskich kowali są tylko reprezentacją sztuki ludowej. Dają pewne wyobrażenie o tym, jak takie okucia wyglądają, ale są wypadkową zetknięcia się warsztatu studenta ASP z rzemiosłem. Jeśli wyjdziemy poza podkrakowskie wsie i spojrzymy na szkice Wajdy zrobione w muzeach, przedstawiające np. Maskę głodu lub Myśliwego udającego ptaka, to owszem, z jednej strony będziemy mieli do czynienia z próbą realistycznego przedstawienia pewnych artefaktów (ptasia głowa przyczepiana do głowy myśliwego, metalowa maska), ale jednocześnie sposób ich przedstawienia będzie uruchamiał cały szereg skojarzeń z innymi grafikami. Szkice maski z różnych perspektyw, opatrzone na dodatek na marginesach notatkami artysty mogą przecież − przy zachowaniu wszelkich proporcji − kojarzyć się ze szkicami Leonarda da Vinci lub innych renesansowych myślicieli!

Problem ten, zarysowany bardzo wielowymiarowo przez krakowskiego antropologa, nie ogranicza się naturalnie do prostego exemplum w postaci rysunków Wajdy. Robotycki wskazuje na fakt, że wszelkie dzisiejsze próby przypomnienia tudzież powrotu do prowincji (w postaci choćby gospodarstw agroturystycznych) są jedynie zapośredniczeniami i konstruktami mocno zadłużonymi w innych językach teoretycznych i artystycznych, zaś realna prowincja stała się dla nas niedostępna. Tworząc sieć gospodarstw agroturystycznych, reprodukujemy mit „wsi spokojnej”, choć wieś ta jest już od nas odległa o całe lata świetlne i nigdy nie powróci. Robotycki wskazuje, że zatarły się już opozycje, które fundowały klasyczny, dwubiegunowy podział na miasto i wieś: miasto miało być centrum cywilizacji, technologii, sztuki i sztuczności; wieś miała być ostoją szlachetności, naturalności, niezniszczonego przez technikę prawdziwego człowieczeństwa; była przeciwstawiana wraz z przypisywanym jej spokojem pospiesznemu trybowi życia miast. Dzisiaj zatarły się te granice: odeszło w niebyt pokolenie autentycznych artystów ludowych, zostali tylko rekonstruktorzy rękodzieła, wspierani przez uczonych etnografów i etnologów. Wszystkich nas obejmuje parasol globalnej kultury popularnej, telewizja dociera wszędzie, upadł mit nieskażonego miastem człowieka z prowincji. W dodatku prowincjonalność zdążyła ulec uprzemysłowieniu i stała się towarem; etiudę Wajdy poświęconą ceramice z Iłży cenzura zepsuła i zamieniła w filmik pochwalny na cześć powstającej u progu lat 50. Cepelii; kulturę ludową Mazowsza czy Śląska zamknięto w monumentalnych widowiskach dawanych przez wieloosobowe zespoły „ludowe”, które nie mają nic wspólnego z wiejską kapelą.

Jeżeli ta dwubiegunowość w jakiś sposób może być jeszcze utrzymywana − mówi Robotycki − to w mocno osłabionym sensie, nie w odwołaniu do wyznaczników czasoprzestrzennych, ale w odniesieniu do mentalności i sfery aksjologicznej: prowincjonalność i prowincjonalizacja stały się w ramach płynnej nowoczesności zjawiskami i pojęciami równie płynnymi. W sytuacji, gdy różne heterogeniczne perspektywy i kody kulturowe traktowane są jako równorzędne, ich hierarchią może rządzić jedynie moda. Dziś jedne wartości i jeden kod jest popularny, a reszta staje się prowincjonalna. Za jakiś czas dzisiejsza prowincja rozumiana jako zespół postaw podzielanych przez ludzi i kodów przez nich używanych stanie się tymczasowym nowym centrum.


3.

Jest jeszcze jeden wymiar prowincjonalności, który przedstawia w pasjonującym tekście Dariusz Czaja (Paradoks prowincji). Wychodzi Czaja od podobnych konstatacji, co Robotycki. Pisze o tym, że prowincję, zwłaszcza tę prowincję, w której spędzaliśmy dzieciństwo, możemy sobie tylko na nowo konstruować, podczas gdy ona odeszła. Nasze o niej wyobrażenia konfrontujemy jedynie ze stanem obecnym i albo się z tymi zmianami głęboko nie zgadzamy, albo ochoczo na nie się godzimy (tak jak Fellini, od którego zaczyna swoją refleksję krakowski antropolog). Czaja idzie jednak o krok dalej i perspektywa przez ten ruch wyznaczana wydaje mi się szalenie pociągająca.

Czaja przywołuje szkicowy fragment z Małych listów Mrożka, który to fragment pozwala mu stworzyć − swobodny dosyć − model kondycji ludzkiej jako takiej. W świetle tez Czai okazuje się bowiem, że bycie prowincjuszem, pochodzenie z prowincji jest − w ramach danych nam kodów kulturowych i kategorii, jakimi się posługujemy − dane nam poniekąd na stałe. Zawsze jesteśmy prowincjuszami, bo zawsze jest jakieś Centrum, do którego odnosimy nasze aktualne zagnieżdżenie się w konkretnym wycinku czasu i przestrzeni, zawsze mamy poczucie bycia nie tam, gdzie bije rytm prawdziwego życia i nosimy w sobie pamięć o tym, skąd przyszliśmy. Kategoria prowincji może stać się siłą napędową do tworzenia dwóch rodzajów utopii: wstecznej, gdy ulegamy (destruktywnej, a przynajmniej hamującej) sile mitu utraconej prowincji i mogącej działać motywująco utopii Centrum, do którego trzeba się dostać. Problem polega na tym, że Centrum prawie zawsze będzie się od nas oddalać, pozostawiając nas w niespełnieniu: wychodząc ze wsi i jadąc do szkoły w miasteczku powiatowym niesiemy ze sobą kompleks prowincji w klasycznym nieomal sensie; idąc na studia do dużego miasta, przychodzimy tam jako reprezentanci prowincji w szerszym sensie (obszaru, który jest poza lokalną metropolią). Przeniesienie się jednak do dużego miasta, niech to będzie nawet Warszawa, nie wyzwoli nas z myślenia w kategoriach prowincjonalności: tam z kolei dopadnie nas myślenie o polskości w kategoriach oddalenia od globalnego centrum − zawsze będziemy wypatrywać dalej...

Prowincjonalność, o której pisze Czaja, ma zatem wymiar nowoczesnej conditio humana, nie tylko w sensie zarysowanym powyżej, ale również w takim, że kategoria prowincji staje się synonimem naszego codziennego doświadczenia, świata uporządkowanego, znanego, przeżywanego świadomie. Sieć dróg i ulic, którymi się przemieszczamy po mieście, miejsc, w których lubimy bywać i czujemy się u siebie, zbiór naszych znajomości, a także twarzy oswojonych, z którymi stykamy się tylko naskórkowo (w sklepach, urzędach), to wszystko składa się na nasze jednostkowe prowincje. Stają się one małymi księstewkami, w których jesteśmy zarówno panami, jak i poddanymi: możemy rozszerzać naszą autonomię, obszar, w którym się poruszamy, ale w stosunku do kosmosu, którym jest miasto, zawsze będzie to tylko wycinek, fragment, wystarczający jednak do tego, by żyć, pracować, rozwijać się.

Zapowiadana na okładce „Kontekstów” pochwała prowincji może być więc czytana całkiem przewrotnie, na wzór Erazmiańskiej pochwały głupoty: chwaląc bowiem prowincję rozumianą tak, jak rozumie ją Czaja, chwalimy nasze człowieczeństwo i to, jak organizujemy i interpretujemy przestrzeń wokół nas i ludzi, których w niej spotykamy. Prowincja jest tedy naszym światem − skrojonym na miarę jednostkowego człowieka, skrojonym przez nas samych. Innego pewnie nie potrzeba, ale musi się on konstytuować w dynamicznej relacji z tym, co nas tłamsi i ogranicza (zaściankowość), jak również z tym, co właściwe metropolitarności, tj. tym, co nas przytłacza i przerasta.


PS. Innego sensu prowincji dotyka świetny tekst Michaliny Lubaszewskiej Małe kino jako miejsce antropologiczne i magiczne. Tylko go sygnalizuję, ale warto do niego sięgnąć, by zrozumieć fenomen, który mógł być udziałem każdego z nas, niezależnie od tego, czy z młodości pamiętamy jedynie kino w naszym mieście, czy też małe kina w metropolii, dziś przygniatane przez napór multipleksów i zamieniane na delikatesy (casus krakowskiej „Wandy”).

Michał Choptiany

Omawiane pisma: „Konteksty. Polska Sztuka Ludowa”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
TEATR BEZ MAJTEK
ZAGŁADA ŻYDÓW W PROZIE SOCREALISTYCZNEJ
MUZYKA I OKLASKI, CZYLI JAK TO SIĘ ROBI W FILHAROMONII

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt