Witryna Czasopism.pl

nr 17 (170)
z dnia 20 sierpnia 2006
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

TO NIE JEST BAJKA

Filmoznawcy i medioznawcy. Tak się przecież mówi. U filmoznawców ujdzie wszystko, w tym również media, u medioznawców mogą być wyłącznie media. „Wygląda na to, że filmoznawcy będą mieli zawsze dużo do roboty” – mogłaby pomyśleć Matylda, ale jest na urlopie, no i nie myśli. Z jednej strony faktycznie wygląda, z drugiej niekoniecznie. Filmoznawcy w oczach filmoznawców wydają się solidną grupką, która z racji chociażby stale przyrastającej liczby filmów zatrudnienia nie utraci nazbyt szybko. Co innego medioznawcy, a konkretnie oczy ich, w których obraz kariery filmoznawczej kroi się wątlejszy. Medioznawcy miarkują z cichą satysfakcją, że co tam nowe filmy – ich miejsce w kinach wielkopowierzchniowych, a nie w ogródku nauki nowej, poponowoczesnej. Studenci krakowskiego filmoznawstwa (no, niektórzy z nich) wmawiają w siebie i w innych sympatię filmo- i mediologów. Czy jest to paliatywna tylko opieka przy łożu zdychającej filmologii, czy może projekt współżycia przyszłościowy – czas pokaże (o tym, co czas robi oprócz tego, niżej). Badacze sztuk audiowizualnych z UJ godzą stare z nowymi czasy na łamach univ-zinu „Pośrodku”, ich koledzy z Gdańska, czyli z UG, na łamach ogólnopolskiego, w „Katalogu Czasopism” notowanego „Panoptikum”. W numerze najnowszym tego drugiego pisma (5/2006) tyle jest o filmie, że można by wcale nie dostrzec podskórnego czerwia mediologicznego. Bądźmy czujni.

Z filmoznawstwem jest i ten ambaras, że niejednolite ono, na część historyczną i teoretyczną rozczłonkowane (część analityczna siedzi gdzieś okrakiem pomiędzy). O ile historycy trzymają się na fali, bo nieustannie na przyszpilenie czeka sporo dzieł nowych i mniej nowych, o tyle teoretycy sflaczeli wierutnie. Co żywotniejsi uhistorycznili się, tudzież zmediatyzowali. Historycy filmu pytają chociaż o to, kto zabił Laurę Palmer, podczas gdy teoretykom nie przychodzi do głowy, by zainteresować się losem Ernesta Wildego. Szkoda, bo spośród filmowych teoretyków naszych jemu właśnie przyznać można by Złotą Palemkę za – niewielki, acz wybitny – całokształt (wśród teoretyczek niepodzielnie i zasłużenie króluje Alicja Helman). Efekt tego taki, że w „Panoptikum” da się między wierszami wyczytać o smutnym końcu bohaterki Lyncha, a o Wildem cisza jak hakiem zaciął. Zamiast narzekać, lepiej świat naprawić samemu, kolejny numer „Panoptikum” uzupełniając czymś teoretycznym, a własnym, prawda? Rozważę. A teraz do rzeczy, pomówmy o filmie.

O którym? O Nieodwracalnym Gaspara Noégo, arcydziele. W „Panoptikum” pisze o nim Jarosław Pietrzak (Przemoc i czas), a robi to na chwałę konkursu im. Krzysztofa Mętraka, w którym go (i twórczość jego) wyróżniono. Klops, że nie nagrodzono. Eseje nagrodzone, również w „Panoptikum” wydrukowane, dobre są, ale ten Pietrzaka lepszy. Nie wnikam, nie wnikam, za to cytuję: „Nieodwracalne (Irréversible) Gaspara Noé to jeden z najbardziej atakowanych filmów ostatnich lat. [...] Rozprzestrzeniła się np. osobliwa moda na zestawianie filmu Noé z Gwałtem (Baise-moi), co ma sens mniej więcej taki, jak zestawienie przysłowiowego szwedzkiego porno z Milczeniem. Zdaję sobie sprawę, że Noé to, póki co, nie Bergman, ale szwedzki mistrz też po dwóch pierwszych [odchrząknięcie – przyp. MS] filmach jeszcze «tym» Bergmanem nie był. Porównanie to jest przemyślane, bo uważam Nieodwracalne za jeden z najwybitniejszych filmów ostatnich lat, a w głębi duszy nawet za arcydzieło”. Bingo. Ja też uważam Nieodwracalne itd. (w głębi duszy również). Także kontekst szwedzki bardzo trafiony – nie każdy film wygrywa Sztokholmski Festiwal Filmowy, a Nieodwracalne, a jakże, wygrało. Pietrzak obejrzał Nieodwracalne dokładniej ode mnie (czego dowodzi jego przepyszna analiza dzieła), dzięki czemu docenił je bardziej należycie, wszakże co do kości niezgody, czyli ukazanego w filmie gwałtu, zgadzamy się. Nie zapominamy, że dzieło to dzieło, a nie nie-dzielna rzeczywistość, więc nie ma w nim mowy o żadnym gwałcie na Monice Bellucci, jeno na odgrywanej przez nią Alex. I jeśli ten semi-realny gwałt rzeczywiście szokuje, to robi to po coś, nie tak sobie a muzom. Mnie zszokował, przyszykowując do zrozumienia, że przemoc to nie bułka z masłem. Boli, skutkuje krzykiem i obrażeniami. Gwałcenie w Nieodwracalnym jednocześnie dzieje się i nie dzieje na serio. Gdyby domalować na ekranie magritte’owski z ducha napis „To nie jest gwałt”, rzecz by się wyklarowała. Magritte ogłaszał, że fajka, którą namalował, „to nie jest fajka” (choć trochę była); Noé powinien pójść za ciosem i oznajmić, że Nieodwracalne „to nie jest bajka” (choć trochę jest). Wybrał dla swego filmu motto inne, nieco pretensjonalne, ale à propos: „Czas niszczy wszystko”. Zaburzające tonację filmu motto pokazuje jak na dłoni, iż Nieodwracalne ma to do siebie, że pozostawia niedosyt, wkurza z lekka, ożywia widza, co jest ciut blasé. Nieodwracalne jest arcydziełem nie w każdym calu, lecz po prostu.

O filmach takich jak Nieodwracalne Anglicy i Amerykanie mawiają disturbing. Dziejopisem tej kategorii dzieł na łamach „Panoptikum” okazuje się Sebastian Jakub Konefał (Poza granice horyzontu. Wycieczki po piekłach filmowych anomalii). Ich miejscem w Polsce są – no przecież – Nowe Horyzonty (wpierw sanockie, potem cieszyńskie, obecnie wrocławskie, a tak w ogóle to Gutkowe). Kategoria disturbing, jak każda kategoria, mieści rzeczy różne, w tym złe. Między innymi Anatomię piekła Francuzki Catherine Breillat, kino rodem – słowami Piotra Kletowskiego – z kloaki. W jedenastym przypisie do swojego tekstu Konefał kładzie nacisk na widzów Anatomii piekła, konkretnie tych z cieszyńskich Nowych Horyzontów. Opisując reakcję widowni na konsternującą scenę, gdzie w odbycie bohaterki lądują grabie (od strony trzonka), Konefał zauważa: „Zdezorientowana [...] publiczność najpierw oniemiała, aby w chwilę później ryknąć głośnym śmiechem”. Wypada tu uzupełnić wiedzę autora, który podczas pokazu najwyraźniej nie siedział na balkonie cieszyńskiego teatru. Gdyby siedział, wiedziałby, że ryk, który – owszem – nastąpił po oniemieniu, wziął się nie z widoku trzonka w odbycie, lecz ze słów, jakie na to dictum wypowiedziała jedna z oglądających, a które brzmiały, cytuję, „Chryste Panie!”. To balkon zaintonował ryk, reszta sali włączyła się dla towarzystwa. Wytknięte przeoczenie (niedosłyszenie?) oczywiście nie unieważnia poznawczych walorów artykułu Konefała, któremu chwała za to, że wytrwał na tych paru obrzydliwych i słabych podobno filmach. Ja nawet nie próbowałem, uprzedzony (w podwójnym znaczeniu). Zachować potrafię się wobec filmów, które potrafią zachować się wobec mnie. Te, które nie potrafią, traktuję godnie, ale odmownie.

Nie mam tu już miejsca na coś więcej ponad zgrzebną reklamę. Reklamuję oto „panoptikoniczny” dział przekładów (stara i jara tradycja wymiany naukowej, godna uwagi i pochwały!), gdzie czekają nowinki ze świata, pozycje z zakresu tzw. visual studies. Wśród nich artykuł pt. Nie istnieją media wizualne (pióra W.J.T. Mitchella). Ano właśnie – zawsze to przeczuwałem, teraz już mi wypada rzec, że wiem.

Maciej Stroiński

Omawiane pisma: „Panoptikum”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
NIEJAKI PIRELLII I TAJEMNICA INICJACJI
AMERYKAŃSKIE PSYCHO
OBUDZIĆ ZMYSŁY

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt