Witryna Czasopism.pl

nr 17 (99)
z dnia 22 czerwca 2004
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

MUGOLE KONTRA POTTEROMANIACY – KOLEJNE STARCIE?

Muszę wyznać, że należę do nawróconych, tych, którzy długo się opierali, ale w końcu ulegli magii Harry’ego Pottera. Nie było łatwo, pewnie jakaś namiastka Mugola mocno we mnie tkwiła, każąc trzymać się z daleka od książek Joanne K. Rowling. Może z zazdrości, bo kto nie chciałby znaleźć się na jej miejscu i z bezrobotnej nauczycielki, na dodatek samotnej matki, stać się milionerką, której fortuna jest porównywalna z majątkiem Jej Królewskiej Mości? Z dużym dystansem podchodziłam do potteromanii, która objawiała się np. całonocnym staniem w kolejce po najnowszy tom przygód małego czarodzieja. Z drugiej jednak strony irytowała mnie polska Mugolandia, czyli rozmaite grupy, najczęściej mające w nazwach przymiotnik „polski” albo „katolicki”, oskarżające działo Rowling o propagowanie czarnej magii, okultyzmu itd.; nie wątpię, że najchętniej spaliliby wszystkie wydania na stosie. Owe głosy słychać było zwłaszcza zimą 2002 roku, gdy na ekrany trafiła pierwsza z serii ekranizacji – Harry Potter i Kamień Filozoficzny. Były protesty, rodzice zakazywali dzieciom udziału w projekcjach, a niektórzy kiniarze niemal poszli z torbami po tym, jak trzeba było odwołać zaplanowane seanse. Podejrzewam, że z tymi protestującymi miałam wtedy sporo wspólnego, bo zapewne, podobnie jak ja, nie przeczytali żadnego z tomu przygód czarodzieja. To taka nasza specjalność – krytykować książki i filmy, których się nie zna, czego dowodem awantury o Księdza czy Dogmę, w efekcie promujące kiepskie obrazy. Pierwszą adaptację obejrzałam bez większych emocji, choć w przeciwieństwie do potteromaniaków nie znałam fabuły, więc w finale była jakaś niespodzianka. Film wyreżyserowany przez Chrisa Columbusa, specjalistę od kina familijnego, zaklasyfikowałam jako przedstawiciela nurtu i postanowiłam nie oglądać kolejnych. I długo tej obietnicy dotrzymywałam, opierając się nawet pokusie w postaci Kennetha Branagha, który w drugiej części – Harry Potter i Komnata Tajemnic – zagrał narcystycznego nauczyciela Gilderoya Lockharta. Nadszedł jednak dzień, gdy na moim biurku pojawiły się cztery tomy z sympatycznym okularnikiem na okładce i stało się: historia Harry’ego wciągnęła mnie na dobre. W efekcie nocną kolejkę po piąty tom – Harry Potter i Zakon Feniksa – śledziłam już z pozycji osoby wtajemniczonej, pełnej zrozumienia dla tłumu nastolatków w okularkach i wysokich czapkach. Co więcej, jak na neofitkę przystało, z zapałem zaczęłam tłumaczyć fenomen książek Rowling tym, którzy – jak niegdyś ja – z pewnym zdziwieniem przyglądali się kolejnej fali potteromanii. Swoistego rozgrzeszenia doznałam, gdy usłyszałam, że do wielbicieli cyklu należy Czesław Miłosz, bo skoro noblista też lubi...

Polubiłam przygody Harry’ego Pottera, bo lubię dobrze poprowadzoną narrację, zagadki, a przyjemność sprawia mi śledzenie różnych intertekstualnych tropów. Ostatni cykl serii, przez wielu uznany za najlepszy, przeczy opinii, jakoby była to wyłącznie bajka dla dzieci. Podobnie jest z trzecią ekranizacją – Harry Potter i więzień Azkabanu – która właśnie weszła na nasze ekrany. Czerwcowy „Film” uznał ją za premierę miesiąca i z tej okazji w numerze sporo materiałów na jej temat.

Za dwie poprzednie adaptacje odpowiedzialny był wspomniany Chris Columbus, który – z myślą o dziecięcej widowni – usuwał wszelkie mroczniejsze akcenty historii Harry’ego. Tymczasem reżyserem trzeciej części, w której ważną rolę odgrywają dementorzy wysysający z ludzi pozytywne emocje (czyli po prostu wpędzający ludzi w depresję) jest meksykański reżyser Alfonso Cuarón, który co prawda ma na koncie adaptacje klasyki dziecięcej, jak Mała księżniczka, ale szerszej widowni bardziej znany jest z głośnego, przesyconego erotyką filmu I twoją matkę też. O tym, co skłoniło go do realizacji Harry’ego Pottera i więźnia Azkabanu, jak współpracowało mu się z Rowling i z czego musiał zrezygnować, mówi w opublikowanym na łamach czerwcowego „Filmu” wywiadzie. Cuarón opowiada o pracy z dziecięcymi aktorami, którzy rosną razem ze swoimi bohaterami (a przy okazji rośnie też nowe pokolenie widzów) i zaczynają wchodzić w bolesny okres dojrzewania. Oprócz Daniela Radcliffa (Harry), Emmy Watson (Hermiona) i Ruperta Grinta (Ron) na ekranie znowu pojawią się brytyjskie gwiazdy, jak Maggie Smith (prof. MacGonagall), Julie Walters (pani Weasley) czy John Cleese (Prawie Bezgłowy Nick). Zabraknie zmarłego Richarda Harrisa, którego w roli prof. Dumbledore’a zastąpił Michale Gambon, za to znowu pojawi się demoniczny prof. Snape, czyli Alan Rickman, który – jak pisze Elżbieta Ciapara (Alan Rickman ma głos) – tworząc tę postać dokonał autopastiszu swoich poprzednich łajdackich wcieleń. Do „potterowej rodziny” w trzeciej części dołączyły też inne znakomitości, wśród nich: Gary Oldman (Syriusz Black), David Thewlis (prof. Lupin), Emma Thompson (prof. Trelawney) i Julie Christie (Madame Rosmerta). Od nazwisk może zakręcić się w głowie – być może przyciągną one do kin tych, którzy nie znają – i nie kochają – potterowej sagi. Wtajemniczeni pójdą i tak, zwłaszcza że ci, którzy film już widzieli, potwierdzają, że jest najlepszy z wszystkich trzech – i interesujący zarówno dla nastolatków, jak i ich rodziców.

I można iść do kina bez obawy o obrzucenie jajkami, bo premierze Harry’ ego Pottera i więźnia Azkabanu jakoś nie towarzyszyły inkwizycyjne hasła. Czyżby Mugole w końcu przeczytali książki Rowling i przekonawszy się, że nie propagują one czarnej magii, stali się potteromaniakami? A może przynajmniej je obejrzeli, dochodząc do wniosku, że skoro współczesny nastolatek, zazwyczaj stroniący od słowa drukowanego, z własnej woli sięga po kilkusetstronicowe tomisko, to jest to sukces i nie warto go do czytania/oglądania zniechęcać? W każdym razie, jak dotychczas, ze starcia Mugoli i potteromaniaków ci ostatni wychodzą obronną ręką.

Katarzyna Wajda

Omawiane pisma: „Film”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
felieton___WILLIAM JAMES I NĘDZA SPONTANICZNEJ AKTYWNOŚCI
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
NIE TAKI PIĘKNY, ALE ZA TO DOJRZALSZY

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt