Witryna Czasopism.pl

nr 16 (218)
z dnia 20 sierpnia 2008
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

JAKA PIĘKNA UTOPIA…

1.

W Dreszczach Wojciecha Marczewskiego, fantasmagorycznej reminiscencji z lat stalinizmu, jest scena, w której prowadzący pionierski obóz druhowie znajdują w rzeczach głównego bohatera Tomka przedwojenne znaczki, na których pojawiają się hasła propagujące ideę powszechnej zbiórki na rzecz polskiej Ligi Morskiej i Kolonialnej. Chłopiec zbesztany zostaje za skryte hołdowanie imperialistycznym ideom, a także za to, że nie dość dobrze stara się rozwinąć w sobie świadomość klasową. Wątek tej powołanej do istnienia w 1930 roku organizacji, działającej nie tylko na rzecz kolonializmu sensu stricto, ale także na rzecz rozbudowy polskiej floty i popularyzacji tematyki marynistycznej, pojawia się marginalnie w najnowszym numerze „Recyklingu Idei” [(10) 2008] i określony zostaje jako fenomen już stosunkowo mocno spóźniony względem fali kolonializmów. Tak jest w istocie: podobnie jak Niemcy, Polska dosyć późno zaczęła rozbudzać w sobie świadomość kolonialną. Deklaracje i propagandowe teksty wydawane przez Ligę, a przytaczane szerzej w ubiegłym roku przez Grażynę Borkowską na łamach 4. zeszytu „Tekstów Drugich” [nr 4 (106) 2007, Polskie doświadczenie kolonialne], brzmią tyleż groźnie, co operetkowo. Równie dziwacznie wygląda również hasło w Wikipedii poświęcone polskim koloniom (Kolonie_Polski), w którym podciągnięto pod ten termin obszary w bardzo nikłym stopniu zależne od I Rzeczypospolitej; wymieniono także plany skolonizowania Angoli, Mozambiku, Peru i Liberii.

Fakt, że szczęśliwie spóźniliśmy się z naszymi imperialnymi ambicjami i że geopolityczny tort był już do cna pokrojony w momencie, gdy Polska odzyskała niepodległość, nie oznacza jednak, że problem kolonializmu i sytuacji postkolonialnej jest nam zupełnie obcy. Wyjaśnia to doskonale − pod każdym względem, od społeczno-politycznego po artystyczny − nowy „Recykling Idei”.


2.

Redaktorzy „Recyklingu” wybijają czytelników ze smacznego snu. Z pomocą tekstu Kamila Majchrzaka Demokracja na wojnie próbują nam uświadomić głębokie korzenie dzisiejszego neoliberalnego imperializmu, który – jak wynika z przedstawionych analiz – jest podniesionym do potęgi, dojrzałym dziewiętnastowiecznym kapitalizmem. Zmienił się charakter towarów i usług, które napędzają gospodarkę, zmieniła się geopolityka, ale cały czas żyjemy w świecie, w którym napięcia ekonomiczne rodzą idee, mające uczynić rzeczywistość społeczno-gospodarczą bardziej strawną dla zwykłego śmiertelnika. Ogromny rozrost produkcji przemysłowej oraz brak rynków zbytu dla towarów produkowanych przez koncerny zachodnioeuropejskie zaowocowały narodzinami doktryny kolonialnej w poszczególnych państwach. To z kolei spowodowało, że instytucje polityczne objęły patronat nad ekspansją gospodarczą burżuazji, utożsamiając interesy wielkich przedsiębiorstw z interesami organizmu państwowego i głosząc potrzebę rozszerzenia sfer wpływów konkretnych krajów.

Redaktorzy wykonują długi, stuletni skok i oto jesteśmy na przełomie XX i XXI wieku: minęło już kilka dekad od czasu, kiedy większość dawnych kolonii stała się mniej lub bardziej − przynajmniej de iure − samodzielnymi strukturami politycznymi, a sam termin „kolonia” został wyrugowany z języka geografii politycznej i zastąpiony terminem „terytorium zależne” (wystarczy spojrzeć na mapę Pacyfiku, by się o tym przekonać). Czy coś się zmieniło od czasu dziewiętnastowiecznej kolonialnej eksplozji? Okazuje się, że zmiany są tylko pozorne; mimo że odsunięto na bok kwestię rozszerzania sfer wpływów przez partykularne narodowe potęgi gospodarcze, to nadal zachowany zostaje model unilateralnych korzyści, które wpływają na konta ponadnarodowych koncernów. Ideologia, mająca te procesy maskować, to globalizm i − jak się okazuje w świetle niezwykle trafnych analiz, m.in. Immanuela Wallersteina (Co po modernizacji i globalizacji?), myśliciela politycznego coraz częściej obecnego w polskiej ofercie intelektualnej − nie jest ów globalizm pojęciem niewinnym, choć wszyscy, którzy mogą czerpać z niego zyski, próbują je sprzedawać jako całkowicie neutralne i przezroczyste. Korzyści, które czerpiemy z tego, że świat się niesamowicie w przeciągu kilku dekad skurczył i że coraz więcej miejsc i dóbr jest coraz szybciej dostępnych, są tylko jedną stroną monety. Druga strona to okrycie całej planety szczelnym płaszczem gospodarki neoliberalnej, opartej obecnie na „wyzysku wewnętrznym”, ponieważ − w przeciwieństwie do modelu dziewiętnastowiecznego − nie ma już centrum, w którym znajdowałyby się państwa kolonizujące, podobnie jak nie ma już kolonizowanego zewnętrza. Mityczny Inny, który miał wychodzić kolonizatorom naprzeciw, stał się elementem jednego systemu-świata, a wykorzystanie go odbywa się już nie tylko w koloniach, ale również w samych gospodarczych centrach, do których Inni docierają w nadziei na poprawę swojego bytu.

Model ten (gospodarczy, społeczny, polityczny) jest nam sprzedawany od tak dawna, że można uwierzyć, iż jest on jedynym słusznym i że na nim właściwie powinny się już skończyć dzieje ludzkości. System czy też raczej Imperium − pisali o nim wielokrotnie przywoływani w „Recyklingu” Michael Hardt i Antonio Negri − stał się molochem, który każdą próbę subwersywnego działania jest w stanie przemielić tak, iż zostanie ono całkowicie zneutralizowane, ba, sprzedane nawet jako modny produkt. Podobnie zatem, jak w XIX wieku w przypadku proletariatu, przyszła pora na to, by obudzić świadomość, zarówno rządzących, jak i rządzonych, eksploatujących i eksploatowanych. By przywołać raz jeszcze Wallersteina – nasz aktualny system-świat powoli się wyczerpuje, oparte na wyzysku i niskich płacach pracowniczych przerzucanie zakładów produkcji z kraju do kraju nie jest procesem nieskończonym, maleją zasoby naturalne, więc w stosunkowo krótkim czasie możemy się spodziewać kolapsu paradygmatu neoliberalnego; dzisiaj żyjemy już w jego fazie zdecydowanie schyłkowej. Właśnie dlatego zaczynają się przebijać do głosu takie alternatywy, jak gospodarka społeczna w Wenezueli czy apel z Bamako, który jako niezwykle interesujący tekst źródłowy jest ozdobą dziesiątego numeru „Recyklingu Idei”. Jakaż piękna utopia − można wieloznacznie westchnąć… Nie wszystkie postulaty apelu uda się spełnić, może nawet źle by się stało, gdyby się udało, ale walczyć o nie warto.


3.

Sen, który próbuje przerwać „Recykling”, dotyczy również nauki. Badania postkolonialne zrodziły się przecież w dużej mierze na zachodnioeuropejskich campusach wydziałów humanistycznych, w tym i na wydziałach literaturoznawczych oraz w katedrach literatury porównawczej. Komparatystyka właściwie od samego początku miota się między pozytywistycznym zbieractwem detali a szerokimi wizjami historycznymi, ma problemy z zakreśleniem obszaru swoich badań, wreszcie z wykształceniem wzorca idealnego komparatysty, który byłby w stanie tę gałąź literaturoznawstwa uprawiać. Kolejna redefinicja komparatystyki musiała się dokonać wraz ze zmianą geopolityki, dojściem do głosu mniejszych literatur, a także wraz ze wstąpieniem na katedry uniwersyteckie coraz większej liczby akademików, których kraje pochodzenia były kiedyś koloniami. O tych teoretycznych przemianach przypomina jedna z czołowych postaci postcolonial studies, Gayatri Chakravorty Spivak (Komparatystyka ekstremalna), która od kilku lat, m.in. od czasu opublikowania książki Death of a Discipline (New York: Columbia UP 2003) postuluje przemyślenie na nowo współczesnego literaturoznawstwa.

Przerwany zostaje kolejny sen: wszystkie znane do tej pory paradygmaty uprawiania literatury światowej były naznaczone piętnem kolonializmu, a równouprawnienie kultur i równorzędność języków były tylko pozorne. Komparatystyka uprawiana przez białych zachodnioeuropejskich mężczyzn nie mogła być tak poliperspektywiczna, jak tego zapewne oczekuje Spivak: złoty okres badań wszystkich literatur jest pewnie dopiero przed nami, wraz z kolejnymi generacjami postkolonialnych młodych uczonych wchodzących w bramy akademii. Czas pokaże, na ile postulaty Spivak, głównie dotyczące równouprawnienia wszystkich języków (stosuje ona tutaj łagodną wersję teorii lingwistycznego relatywizmu) sprawdzą się w praktyce; można zarzucić jej, że nikt nie rodzi się w oderwaniu od środowiska językowego, a przez to badając teksty powstałe w innym języku niż ojczysty, zawsze będzie dokonywał kolonizacji za pomocą kategorii właściwych swojemu pierwszemu językowi. Czy jest możliwa czysta ideologicznie, wolna od kolonialnych stosunków nauka o literaturze światowej? − warto się o tym przekonać.


4.

Na koniec jeszcze małe wyznanie, bowiem właśnie „Recykling” pomógł mi w pełnym wyartykułowaniu wątpliwości, które trapią mnie od kilku miesięcy. Od bardzo długiego czasu słucham namiętnie − i pewnie nie jestem w tym zbyt oryginalny − wszelkich nagrań Jordiego Savalla i jego kolejnych zespołów, wraz z którymi wykonuje różnorodną muzykę dawną, powstającą, z grubsza rzecz biorąc, w basenie Śródziemnomorza, od Gibraltaru po Bliski Wschód. W pewnym momencie uderzyło mnie to, że praktycznie żadna z płyt wydanych przez Savalla nie jest albumem poświęconym jednemu twórcy, że nie chodzi tutaj o tworzenie muzycznych monografii, ale o tworzenie struktur muzycznych, których dominantą jest eklektyzm kulturowy. Wątpliwość, która się wyłoniła, zaczęła się powoli przeradzać w przekonanie, że nawet tak z pozoru neutralne wydawnictwa, jak płyty katalońskiego gambisty, są wyrazem pewnej ideologii; że odstają one w swojej „składankowości” od płyt innych wykonawców, że wpuszczają w obieg zachodnioeuropejskiej kultury muzycznej brzmienia żydowskie, tureckie i arabskie. Wydawałoby się, że jest Savall wybitnym wykwitem postmodernistycznego uwielbienia dla pluralizmu kulturalnego i dla modelu zależności cywilizacyjnych, opartego na dyfuzji idei i pokojowym wzajemnym oddziaływaniu. Z drugiej strony jednak, przy całym zachwycie dla brzmienia jego płyt, można spojrzeć na niego jak na produkt Systemu − który pozwala nam żyć w przeświadczeniu, że oto dotykamy obcej zupełnie kultury, podczas gdy w praktyce dostajemy tylko jakiś wyciąg. Kwestię tę zostawiam otwartą, ponieważ mam wątpliwości, czy jest dobrze postawiona i czy nie grozi poszukiwaniem niezależności w sytuacji, gdy wolność od macek Imperium jest już niemożliwa. Nie wiem też, czy myśl ta nie jest już wynikiem nadmiernej internalizacji idei prezentowanych przez „Recykling”, niemniej jednak chciałbym zanotować również tę uwagę na marginesie wspaniałego numeru wrocławskiego czasopisma.

Michał Choptiany

Omawiane pisma: „Recykling Idei”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
SŁUCHANIE MIASTA
NIE TYLKO DLA CHRZEŚCIJAN
KINO RACZEJ NIEOBJAZDOWE

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt