Witryna Czasopism.pl

nr 10 (212)
z dnia 20 maja 2008
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

IDEAŁY UPADŁY, NIECH ŻYJĄ IDEAŁY

Kiedyś to były pasztety! Soczyste pasztety z gęsi lub przepiórek. Przed wojną. A jeszcze wcześniej surowe mięso z dzika, konserwowane diabelską dawką soli. I słońce też kiedyś inaczej wschodziło i zachodziło. Jakoś bardziej po ludzku, naturalniej. Bo mniej było planet. I chłopcy kulturalni byli, a dziewczyny – każda jak wiosna. A kto jeszcze pamięta, jak wspaniale się żyło za Mieszka? Zdrowo, wesoło, a przy tym po chrześcijańsku. Dobrze się żyło po prostu. A za Popiela, co go myszy zjadły? Oj, za Popiela! Niejeden matkę by sprzedał, by żyć za Popiela – takie to były krasne wywczasy! Wcale bym się nie zdziwił, gdyby podczas rekonstrukcji jakiegoś skansenu w Polsce światło dzienne ujrzała kamienna inskrypcja z IX wieku n.e., która z żalem głosiłaby pochwałę dawno minionej epoki księcia Świętopełka Chyżego, nieznanego nam dziś jeszcze Salomona nadwiślańskiej puszczy. Tęsknimy do świata i czasu, który znamy jedynie z zakurzonych ksiąg lub babcinej opowieści. Życie codzienne – dobrze znane, oswojone, nudne lub potworne – jest zazwyczaj kompletnie do kitu, więc marzenie o przyzwoitej dawce szczęścia lokujemy zawsze gdzie indziej i kiedy indziej. Daleko lub dawno temu. Na tym polega światopogląd bukoliczny – poetycka fantazja, której zawdzięczamy mit wysp szczęśliwych, rajskiego ogrodu, złotego wieku, Arkadii, wsi spokojnej, wsi wesołej. Z nowoczesnymi transpozycjami tego mitu w naszej, ponoć odczarowanej, epoce spotykamy się na każdym kroku: w filmach, książkach, w pouczeniach rodziców. I nic w tym dziwnego lub nagannego. Ale gdy bukoliczne danie serwuje nam historyk idei i filozof, czyli ktoś, kogo słuch powinien być szczególnie wyczulony na dźwięk pasterskiej fletni, można czuć się zaniepokojonym. Tym bardziej, gdy bukoliczne fantazje nazywa się „myślami konserwatywnego Polaka” [Maciej Urbanowski, Myśli konserwatywnego Polaka, „Europa” nr 20/2008].


Myśli zgorzkniałego Polaka


Nowej książki Ryszarda Legutki pt. Esej o duszy polskiej, o której pisze w najnowszym wydaniu tygodnika „Europa” Maciej Urbanowski, nie czytałem. I pewnie nie przeczytam – chyba że po pięćdziesiątce, gdy ilość żółci w moim organizmie przekroczy stan alarmowy. Oczywiście, deklaracja ta nie ma nic wspólnego z poglądami na temat działalności politycznej profesora filozofii z UJ, która to działalność po prostu mnie nie interesuje. Ufam każdemu słowu Macieja Urbanowskiego. W zupełności wystarcza mi jego eksplikacja podstawowych myśli eseju Legutki. A są to myśli głęboko niewesołe. Urbanowski pisze: „Opowieść Legutki o duszy polskiej jest (...) opowieścią o kataklizmie. Żyjemy na ruinach starej Polski, w kraju zerwanej ciągłości z II Rzeczpospolitą, i całą tradycją, jaką to państwo reprezentowało. Owo zerwanie, rozpoczęte 1 września 1939 roku, dramatycznie pogłębiło się w PRL, a potem w okresie III Rzeczpospolitej (...) Winna temu jest – oczywiście – historia, ale też i to, że tę nową Polskę budują ludzie znikąd, odnoszący się z pogardą do wszystkiego, co zastali, nierozumiejący ducha kraju, nieceniący jego dorobku i dziedzictwa”. A te ruiny gdzie można obserwować? Wszędzie: w języku, w architekturze, w estetyce naszych miast. Wszystko zjedzone, wypite. Na drogach nie ma dobrego asfaltu, dzieci mówią do siebie „cool” i „wporzo” zamiast „bodajbym sczezł” oraz „a jużci”, nie wiedzą, jak miał na imię Piłsudski, a kobiety zamiast gorsetów noszą spodnie. Oczywiście, świadomie trywializuję problemy, które spędzają sen z powiek Ryszardowi Legutce. Światopogląd opierający się na zgorzkniałej tęsknocie za tym, co dawno minione, wydaje mi się bowiem szalenie naiwny. Bynajmniej nie dlatego, że jestem miłośnikiem postępu, nowoczesności, kultury pop i kiepskiej edukacji. Mam po prostu dziwne wrażenie, że w każdej epoce i w każdym miejscu na ziemi byłoby równie nieciekawie. W XIV-wiecznej Rzeczpospolitej mógłbym urodzić się chłopem pańszczyźnianym, wcinać ohydną kaszę jęczmienną i umrzeć podczas epidemii dżumy. W XVII wieku drażniłaby mnie z pewnością francuska maniera ówczesnej kultury. A za Piłsudskiego mógłbym urodzić się Żydem (i wtedy np. zniszczono by mi sklep) albo zostać komunistą (i wylądowałbym w Berezie Kartuskiej). Tymczasem Ryszardowi Legutce jest za ciasno w nowej Polsce. Ryszard Legutko się dusi. Ryszard Legutko tęskni za swoją wyimaginowaną la belle epoque, którą ulokował w międzywojennym dwudziestoleciu. A Maciej Urbanowski nazywa to konserwatyzmem. Szkoda. Bo niejeden umiarkowany konserwatysta może się obrazić. Wszak konserwatyzm nie musi oznaczać zgorzknienia, a szacunek dla tradycji (cokolwiek to znaczy) – pustej sztampy, rozpoczynającej się rytualnym, bukolicznym zawołaniem: kiedyś, ech, kiedyś to były czasy...


Powiew świeżości ze Wschodu


Redakcja „Europy” postanowiła obniżyć nieco poziom żółci we krwi czytelników, publikując w tym samym numerze wywiad z chińskim laureatem nagrody Nobla, Gao Xingjian, autorem powieści Góra duszy (Jestem szczęśliwy, że ideały upadły). Ten prawie siedemdziesięcioletni pisarz, tłumacz, malarz i reżyser teatralny także mógłby znaleźć sporo powodów do zgorzknienia. Gao przeżył terror maoistowskiego totalitaryzmu, rewolucję kulturalną i wygnanie. Broni się jednak przed etykietką „chińskiego Sołżenicyna”. Pisarz, jego zdaniem, nie jest psychoterapeutą narodu, bojownikiem w tzw. „słusznej sprawie” lub obrońcą upadających ideałów. „Ja jestem pisarzem niezależnym – powiada Gao Xingjian – Piszę to, co chcę napisać. (...) Zbyt często podkreślano społeczną rolę sztuki w przeszłości. To jedno wielkie złudzenie. Nienawidzę petycji, nie jestem rzecznikiem żadnej sprawy. Nie udaję, że jestem zbawcą ludzkości. (...) Nienawidzę polityki. Za dużo jej w swoim życiu doświadczyłem (...) Za każdym razem, gdy ktoś narzeka, że ideały upadły, cieszę się i mówię sobie: »Tym lepiej dla nas wszystkich«”. Autor Księgi samotnego człowieka nie marzy o operacji na „chińskiej duszy narodowej”. Wyznacza sobie cele daleko bardziej skromne, wyważone. Ideały upadły, niech żyją ideały. Na miarę „istnienia poszczególnego”, jak powiedziałby Witkacy. Taka wizja literatury wcale nie musi oznaczać ograniczenia horyzontów lub społecznej znieczulicy. Wręcz przeciwnie. Droga do tego, co ogólne (ot, choćby do duszy narodu, o której śni Legutko) rozpoczyna się zawsze w wymiarze indywidualnym. Przyjęcie odwrotnej perspektywy, co słusznie zauważa Gao, skończyć się może nie tylko marzeniami o utopii, ale, co gorsza, próbą wprowadzenia w życie bukolicznych tęsknot za społeczeństwem idealnym. A wtedy arkadyjska naiwność staje się naprawdę przerażająca.

Arkadiusz Wierzba

Omawiane pisma: „Europa – Tygodnik Idei”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
ZŁAPANE W SIECI
W FILMOWYM CHRUŚNIAKU
felieton___KOLĘDA ZABÓJCY KARPIA

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt