Witryna Czasopism.pl

nr 4 (206)
z dnia 20 lutego 2008
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

„HAPPY HORROR” I ZLEŻAŁE RYBY POSTMODERNIZMU

Od dłuższego czasu rozglądałem się za „Foto Pozytwem”; zdarzało mi się go do tej pory kupować, traktując pismo jako drukowaną w odcinkach kolekcję albumów fotograficznych, które warto mieć, które nie kosztują dużo i które są świetnie wydane. Oglądałem zdjęcia, pomijając teksty, które nierzadko zajeżdżały mocno upoconą słabizną. Ale nie przeszkadzało mi to; raz, że zawsze zawierały jakieś tam informacje o autorze, po które można było w razie potrzeby sięgnąć, dwa, że nie było ich wiele – przeważał materiał wizualny. Rozglądałem się zatem, rozglądałem, i nic nie znalazłem. „Foto Pozytyw” zapadł się pod ziemię, wpadł (sam albo z czyjąś pomocą) w wyjątkowo głęboki, czarny dół i ślad po nim zaginął. Jakiś czas nad tym ubolewałem, nie umiejąc pogodzić się z faktem, że spotkał go ten sam los, co „Foto-tapetę”, i że z pism fotograficznych (na poziomie) zostają już tylko „Biuletyn Fotograficzny” i „Kwartalnik Fotografia”, no i od czasu do czasu „Format”. „Foto Pozytyw” wyparował, zostawiając po sobie bolesną lukę, bo pozostałe trzy wymienione pisma obsługują raczej działkę krytyki, historii i teorii fotografii, w dodatku na dość niskim poligraficznie poziomie. „Foto Pozytyw” jako jedyny zapewniał duże, świeże i dobre reprodukcje. Czas płynął, a „Foto Pozytywu” nadal nigdzie. Aż tu nagle..., no, może nie grom z jasnego nieba, ale jednak, niespodzianka. Powraca jako „Pozytyw” – z nową nazwą. Ukazuje się numer 00, numer testowy, jak nazywają go nowi redaktorzy. Jego zadaniem jest ustalić, czego pragną czytelnicy. I dobrze, świetne posunięcie, niech ludzie sami decydują, na co chcą patrzeć i co (kogo) chcą czytać. Byle tylko większość nie styranizowała mniejszości, bo wówczas redaktorzy będą zmuszeni stworzyć osobną rubrykę z fotografią ślubną i zatrudnić weterynarza, który wchodziłby w skład komisji oceniającej nadsyłane zdjęcia pupilków i zwierząt domowych. Poza tym, czasem lepiej wychować sobie nowego czytelnika niż liczyć na zastanego. Redakcja zdaje się zresztą mieć taki plan, bo wielokrotnie powtarza, że chce pisma zaangażowanego, społecznie konstruktywnego i takie tam, ma więc wizję tego, jak pismo wyglądać powinno. Po co więc numer testowy, zapytacie. Nie wiem, odpowiem. Mam tylko nadzieję, że nie doczekamy się kolejnego przegadanego, akademickiego, salonowo zaangażowanego pisma pokroju „Formatu” czy „Kwartalnika Fotografia”. Mam nadzieję, że czytelnicy przejdą test pozytywnie i postawią na dobre zdjęcia o dobrej jakości i w dużym formacie, bez zbędnego mydła interpretacji i interpretacji interpretacji. Tyle o nadziejach. A teraz o faktach. Jaki jest „Pozytyw” nr 00?


Otwiera go Hendrik Kerstens – cyklem barwnych portretów poświęconych córce Pauli. Ten cykl odsłania przed widzem smak autentycznej, namacalnej, cielesnej kobiecości, pełnej, kojarzącej się z wiatrami mroźnych, północnych mórz, ze skostniałymi od zimna dłońmi i solą skrzypiącą w zębach. Chylę czoła przed ojcem, który potrafi tak pokazać swoją córkę, odważnie, na zdjęciach, z których bije seksualność porównywalna ze śladem, jaki zostawia na zmarzniętej dłoni szorstki powróz. Ale w końcu Kerstens to Holender, obywatel silnego państwa, które nie drży przed knutem klerykalnej kołtunerii. Gdyby nie ta odwaga, Kerstens pokazałby rozwój córki, fotografując jej przyjęcia urodzinowe, bal maturalny czy ślub, taki społeczny, banalny naskórek, który mógłby równie dobrze pasować do córek moich czy waszych sąsiadów, do jakiejś tam Małgosi czy Kasi. Zamiast tego wkroczył w intymność swojej córki, pokazując, jak z małej dziewczynki wykluwa się intrygująca nastolatka, a z nastolatki dojrzała kobieta. Kerstens zrobił wspaniałą rzecz. Przedstawił dojrzewanie, rozkwit i pierwsze oznaki starości kobiety. Co ważniejsze, przyjął w pełni świadomie spojrzenie ojca, który ma okazję – jak żaden inny mężczyzna – ujrzeć kobietę w sytuacjach zazwyczaj pozostających w ukryciu. Czerwona, cała w słonecznych oparzeniach twarz, po myciu włosów z ręcznikiem zawiniętym na głowie, z aparatem korekcyjnym na zębach, w dresie ze zmoczonymi od deszczu włosami. To wszystko – uprzywilejowane w pewnym sensie spojrzenie ojca na kobietę i skupienie się na prywatnych, bardzo zwyczajnych, codziennych momentach jej życia – sprawia, że fotografie Kerstensa są renesansem kobiecości prawdziwej, wyzwolonej z przymusu preparowanej nieskazitelności, jaki panuje w dotkniętym biegunką pop-ładności świecie mediów. Patrząc na Paulę, czujemy autentyczną przyjemność kontaktu z kobietą trójwymiarową, posiadającą tkankę tłuszczową, swój zapach, złe dni, okres, problemy z cerą itd. A co najwspanialsze, na wszystkich zdjęciach pozostaje sobą, niezależnie do tego, czy właśnie zdaje egzamin, bierze kąpiel, słucha muzyki albo pozuje nago. To kolejna wielka zaleta tych zdjęć – są piękne, ale nie poświęcają dla tego zewnętrznego piękna prawdziwości Pauli. Jej tożsamość pozostaje nienaruszona.


Tożsamości jest też poświęcony zamieszczony w numerze wywiad z Zygmuntem Baumanem (Zygmunt Bauman o współczesności). Zabrałem się za niego z nadzieją, za Baumanem przepadałem, pisał zawsze jasno i wprost, a zarazem w dobrym stylu, podobnie jak Kołakowski. Stara szkoła. Ciągnące się na kilku stronach przy udziale jego rozmówców (Krzysztofa Słabonia i Marcina Buczyńskiego) roztrząsanie tematu tożsamości we współczesnym świecie jest jednak nużące i jakby mdłe. Przyznaję, nie dotrwałem do końca. Nabrałem tylko przekonania, że postmodernistyczna socjologia cuchnie zleżałą rybą i niewiele ma już do powiedzenia, prócz zaklęć w rodzaju: „tożsamość w dzisiejszych czasach jest zadana, a nie dana”. Czy na kimś robią jeszcze wrażenie takie komunały? Są jak kapsułki szczęścia – wystarczy je połknąć i nagle cały świat robi się zrozumiały. Postmodernistyczne hasła – podobnie jak kapitalistyczny rynek – obiecują szybką przyjemność, bezpieczne definicje, łatwe w obsłudze i dostępne we wszystkich rozmiarach. Postmodernistyczna coca-cola! Enjoy it! Nie, dziękuję, odpowiadam. Wolę skupić się na fotografiach.


Angela Strassheim, cykl Left Behind. Ojciec z dwoma synami podczas wspólnej modlitwy przed posiłkiem. Sądząc po wnętrzu, ubiorach, a nawet minach – wyższa klasa średnia. Mała dziewczynka o blond włosach, ubrana i wyglądająca jak lalka Barbie, zagląda przez okno do ogrodu. Na innym zdjęciu bawi się figurkami koni, porozstawianymi na dywanie sypialni. Trzech braci w piżamach wysłuchuje przed snem opowieści swojego taty o polowaniu. Ojciec, siedzący w swoim gabinecie, w eleganckim garniturze i okularach, z promiennym uśmiechem człowieka sukcesu na twarzy. Podglądamy prywatne i zawodowe życie przeciętnych przedstawicieli amerykańskiej wyższej klasy średniej. Róże, ciepłe pastele, wygodne fotele, bogate ogrody, wielkie sypialnie. Dobrobyt, harmonia i szczęście rodzinne. American dream. Rzeczy i ludzie na tych fotografiach przypominają ujęcia z seriali. Wpatrywałem się w nie godzinami, próbując dociec, o co tu chodzi. Mamy przed sobą obraz spełnienia tak totalnego, że jedynym możliwym krokiem naprzód byłoby samobójstwo. Albo masowy mord, palenie, gwałt i rabunek. Ludzie ze zdjęć osiągnęli pełnię społecznej samorealizacji. Stali się za życia muzeum własnego sukcesu. Regularny stolec, prawidłowe pożycie, zdrowe odżywianie, serwisowany samochód, wykończony dom, zapewniona emerytura. Pełen zadowolenia uśmiech. Przyglądałem się tym zdjęciom z uporem, nie rozumiejąc ich. I im dłużej patrzyłem, tym bardziej robiło mi się duszno i nieswojo. W atmosferze, w pewnym nieuchwytnym fluidzie tych zdjęć wisi gęste, rakotwórcze napięcie. Albo, mówiąc dosadnie, zło. Doszukiwałem się źródła tego zła gdzieś poza tym, co na zdjęciu dane, w jakimś zagrożeniu czyhającym na bohaterów idylli, kryjącym się, jak w hollywoodzkich horrorach, na bagnach albo głęboko pod ziemią i gotowym w każdej chwili ruszyć do ataku, obracając w perzynę rajską codzienność obywateli tego czy innego amerykańskiego miasteczka. Zadawałem sobie pytanie, czy to zło nie czai się aby w samych bohaterach, w ich nieświadomości, czy to nie jakaś zakopana na dnie ich dusz perwersja, nienawiść, którą można wyczuć w pulsie tego powszedniego, dostatniego życia. Wyczuć, jak uparcie tętni, czekając na swój moment, by w końcu dojść do głosu i zasiać wokół siebie ziarno zniszczenia; zacząć taniec bólu, śmierci i przemocy, jak w amerykańskich dreszczowcach, w których przyjaciel z dzieciństwa okazuje się seryjnym mordercą? Cisnęły mi się do głowy podobne myśli, gdy zdałem sobie sprawę, że mijam się z sednem sprawy. Zło nadciągające z zewnątrz, z jakiejś przeklętej ziemi, zło zagrzebane głęboko pod powierzchnią normalnego życia – to wszystko bajeczki, jakimi karmi nas amerykańskie kino od niepamiętnych czasów, mydląc nam oczy, abyśmy nie zobaczyli tego, co widać gołym okiem: że zło nie jest poza albo pod amerykańskim snem, ale że sam ten sen jest złem. Nuda, pustka, samotność, izolacja, rozkład ducha i ciała, duszności, strach – to jego właściwa treść, to jego istota, sama, najbardziej jawna, najbardziej powierzchniowa natura. Poza nim może być tylko lepiej. Dlaczego monstra, kataklizmy, zboczeńcy i mordercy bez przerwy, niestrudzenie od stu lat demolują w hollywoodzkich filmach normalne życie przeciętnych Amerykanów? Żeby dać nadzieję, że ten „happy horror”, jakim jest normalne życie przeciętnych Amerykanów, ma jakąś alternatywę, nawet jeśli jest nią chaos i przemoc w wydaniu świrów biegających z piłami tarczowymi i masakrującymi ludność jakiegoś prowincjonalnego miasteczka. Left Behind to tak naprawdę wstrząsający dokument o bardzo nieszczęśliwych ludziach, dla mnie bardziej nawet wstrząsający niż relacja ze zbombardowanego Iraku czy z obozu uchodźców z Kosowa. To dokument-przestroga dla tych, którzy chcieliby zmierzać w tym samym kierunku – w kierunku ideału spełnionego.


Dużo bardziej kojąco wygląda na tym tle publikowany na kolejnych stronach cykl portretów Mug-shots, wykonanych przez miejscową policję w latach 20-40. XX wieku w Sydney. Czarno-białe, proste zdjęcia robione na potrzeby ewidencji kryminalnej przez anonimowych autorów urzekają, choć na początku nie bardzo wiadomo, czym. Złodzieje, mordercy, dewianci, prostytutki, stręczyciele, karciarze, dilerzy... są wspaniali. Dlaczego? Bo wszyscy są tym, czym są. Kiedy patrzy się na tych ludzi, ma się wrażenie, że ich powierzchowność pokrywa się z ich wnętrzem, że są naturalni w sposób, który dla naszej epoki jest już być może nieosiągalny. Zajmują sobą każdy centymetr przestrzeni, w której się znajdują. Są obecni tu i teraz, w swojej skórze, w swoim wariancie egzystencji, ich stroje, miny, gesty, pozy, ich aura, spojrzenie – odnoszą się do nich samych, nie wskazują niczego więcej; treść znaku i treść osoby, którą oznacza, są jednym, tożsamym. Ci ludzie należą do świata, w którym wygląd odpowiada jeszcze charakterowi, „profesji”, pozycji. Patrząc na ekstrawagancko ubranych gangsterów, siedzących z zawadiackim uśmiechem na twarzy, na ich przekrzywione kapelusze z wąskim rondem, wie się od razu, że to gangsterzy, a nie ogrodnicy. Dziś kręcą się po ulicach łysi, napakowani, podziarani kolesie z minami zajebistych twardzieli, ale spróbujcie pójść za nimi trochę dłużej – zobaczycie, jak wraz z innymi przedszkolankami prowadzą pięciolatków na wycieczkę, jak wskakują w biały fartuch kucharza i biorą się za gotowanie w jakiejś hotelowej restauracji, albo jak wchodzą do budynku wydziału filozoficznego, a po wykładach najkrótszą drogą suną do gejowskiego baru... Tożsamość wyglądu i „ja” to dziś już zabytek, a Mug-shots pokazują, jak wyglądał świat, gdy tożsamość ta była oczywista.


Tożsamość przewija się przez wszystkie strony nowego „Pozytywu”. Nie tylko w wywiadach, zdjęciach i artykułach. Przede wszystkim w głowach, które ten numer powołały do życia. Tożsamość to temat numeru testowego, ale zarazem problem pisma jako takiego, którego przyszła tożsamość jest kwestią otwartą. Dlatego, drodzy czytelnicy, zwłaszcza ci z was, którzy czują się mniejszością: zaangażujcie się i brońcie tego fenomenalnego pisma przed pozbawioną gustu większością, fetyszystami sprzętowymi, fotografami stworzeń domowych (rybek zwłaszcza), dendrologami (namiętni fotografowie drzew, jak nazywa ich Paweł Golec), postmodernistami, politykami PIS-u, młodzieżą radiomaryjną i, co najważniejsze, przed naciskami wielkiego kapitału...

Igor Kędzierski

Omawiane czasopismo: „Pozytyw”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
„LIBERTÉ!”: ILE PLATFORMY W PLATFORMIE?
UWIERZCIE W LITERATURĘ!
PRZYGODNE FABUŁY TEORETYCZNEGO UMYSŁU

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt