Witryna Czasopism.pl

nr 13 (191)
z dnia 5 lipca 2007
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

ZESZYTY POD KLUCZEM

Po dwóch ostatnich numerach „Zeszytów Literackich”, w których dało się wyróżnić wyraźną dominantę tematyczną (w numerze 96. był to Sándor Márai, w 97. zaś − twórczość Jehudy Amichaja), dostałem do rąk numer 2 (98) 2007, do którego − przyznam się szczerze − nie potrafię znaleźć klucza. Niby jest tak jak zawsze, wszystkie „Zeszytowe” rubryki są na miejscu, czytam kolejne wiersze Julii Hartwig, odsłonę ze zbioru ineditów Herberta (mały esej Pomnik), kolejny urbanistyczny esej Roberta Salvadori (Boston. Architektura i architekci XIX wieku – tym razem cenny poznawczo tekst o Bostonie i tzw. stylu federalnym, który tam się właśnie z podpatrywania XIX-wiecznego europejskiego neoklasycyzmu narodził), ale czuję się tym razem mocno zagubiony. Żeby jednak zawartość numeru przyszłym czytelnikom przybliżyć, przyjmę pewną strategię: w trzech różnych odsłonach będzie o trzech zupełnie różnych rzeczach z lotu ptaka ujętych − w ramach odpowiedzi (złośliwej?) na chaotyczną mieszankę tekstów, jakiej „Zeszyty” tym razem dostarczyły.


1.

Pierwszy trop, który zwrócił moją uwagę, to dwa fragmenty dzienników: numer otwiera fragment z przygotowywanego właśnie do druku w „Iskrach” czwartego tomu Niby-dziennika wybitnego kompozytora, i w ogóle − wielkoformatowego intelektualisty, Zygmunta Mycielskiego. Jego swoistą antytezą jest w tym numerze dziennik (czy raczej − jak głosi tytuł i przypis: Fragment nieistniejącego dziennika) pióra Adama Zagajewskiego. Dzienników czytać od razu w całości nie podobna − i to niezależnie od tego, czy są one dla autora polem do zmagania się z własnymi wzlotami, depresjami i upadkami, czy tylko notatnikiem do spisywania wrażeń z tego, co interesująca nas postać przeczytała, usłyszała lub zjadła. Niekiedy jednak nawet ostrożnie dawkowana lektura może być mordercza, może się okazać jadem sączonym powoli w naszą tkankę emocjonalną, podatną na frustrację i zawiść. Swego czasu pozwoliłem sobie dawkować w ten sposób swoisty publiczny dziennik lektur Jerzego Andrzejewskiego, wydawany najpierw w odcinkach na łamach bodaj „Literatury”, a potem zebrany w dwóch grubych tomach pod tytułem Z dnia na dzień. Najbardziej uderzający był fakt, iż brakowało mi w całej tej rozległej lekturze samego Andrzejewskiego, który bardzo rzadko się ujawniał ze swoimi strapieniami, bolączkami podeszłego wieku, natomiast zarzucał (taką formę wybrał) swoich czytelników kolejnymi opisami codziennych lektur i transmisji koncertów, których poprzedniego wieczoru wysłuchał w radio. Podobny problem mam z dziennikiem Adama Zagajewskiego. Jest on dokumentem fenomenalnej wrażliwości – piękne są fragmenty opisujące starego Miłosza w swym mieszkaniu przy Bogusławskiego w Krakowie, czytającego tomiki (czy też raczej tomiszcza) opowiadające o przygodach Harry’ego Pottera; wzrusza opis sezonowego życia powieści-czytadeł w Paryżu (dałoby się chyba wysnuć analogię do krótkiego żywota japońskich komiksów w tokijskim metrze), jednakże czasami odnoszę wrażenie, że dzienniki takie pisze abstrakcyjne transcendentalne ego Kanta, przebywające jedynie na szczytach wysokiej kultury, oderwane od swego ciała, zamknięte w kapsule kultury, która doskonale chroni od zwyczajnego życia. Karty z dziennika Zagajewskiego usłane są nazwiskami Amichaja, Manna, Ciorana, Hughesa, Szostakowicza, Meyera, Musila, Barańczaka, Krynickiego, ale brakuje na nich tego, co odnajduję we fragmentach u Mycielskiego: przyjął on taki model, że wydarzenia środowiskowe, do uczestnictwa w których jest zmuszany, przeplatają się z wysoką kulturą; że refleksję ogólną, pisaną stylem deliberatywnym (Mycielski roztrząsa na własny rachunek mesjaniczny charakter naszego narodu − w kontekście początków pontyfikatu Karola Wojtyły, i raz ulega przekonaniu, że jesteśmy narodem wybranym, a kiedy indziej sobie przeczy) kontrapunktują spostrzeżenia w rodzaju uwag, iż pralnie publiczne są nieczynne z powodu czasowych przerw w dostawie środków piorących (mamy początek 1981 roku). Zagajewski decyduje się na przebywanie wyłącznie w przestrzeni kultury i jak ona, wybiera optykę ahistorycznego cogito, Mycielski zaś, mimo całej wagi jego myśli, nie ukrywa, że jest istotą historyczną, zapisuje to, co go na bieżąco frapuje i boli. Mając do wyboru te dwa modele dziennika − wybieram opcję Mycielskiego. Czyżbym przypadkiem uczynił z Adama Zagajewskiego kolejnego bohatera Nieufnych i zadufanych Barańczaka? Ot, paradoks.


2.

Jest też w „Zeszytach” mały blok składający się z trzech tekstów poświęconych Krecie czy też szerzej − Grecji. Ich dobór zaiste dziwi, ale wydaje się, że kryje się w nim jakaś logika. Na początek otrzymujemy list Jeana Geneta do niejakiego Samuela, w którym Genet poleca metodę rozpoznawania Grecji na własną rękę: „z szacunku dla Grecji i dla samego siebie nie patrz na nią ciekawskim okiem turysty: odkrywaj ją ze wzruszeniem”. Przypomina się fraza z wydanych w tym roku wspomnień Marty Wyki (Przypisy do życia), z eseju Z Herbertem na Krecie: „Podróżnymi esejami Herberta rządzi duch bedekera. Z przewodnikiem w ręku poeta przemierzał ruiny, muzea, katedry, podpierał nim butelkę wina na stole w tawernie, zachowywał się jak niesforny chłopiec: czytał przy jedzeniu, przy konsumowaniu kultury.” To ta sama nieomal programowa podejrzliwość w stosunku do tego, co zalecane, chłopięca wywrotowość, turystyka a rebours.

Szkołą takiego uważnego, samodzielnego patrzenia jest esej Aleksandry Olędzkiej-Frybesowej (Twarze Krety) opowiadający o ikonach znajdujących się na Krecie: napisany giętkim językiem, wrażliwym na odcienie, oddającym fakturę kolejnych malunków, wydobywa intrygujące asocjacje (kreteńskie ikony a malarstwo weneckie!). Trzeci tekst − to widokówka z lekturowej podróży na Kretę wykonanej przez Marka Zagańczyka: autor Drogi do Sieny, „czyta” na dwóch stronach Kretę przez okulary Kazantzakisa, Kubiaka, Mandelsztama i − oczywiście − Herberta.


3.

Na koniec − esej Claudio Magrisa Granice dialogu. Włoski intelektualista bezbłędnie wydobywa sprzeczności, jakie tkwią w modelu tolerancji, a także aporetyczną strukturę znaczeniową samego słowa, zbliżoną do platońsko-derridiańskiego pharmakonu. „Tolerancja” bowiem kojarzy się nie tylko z postawą otwartości, akceptacji i ciekawości w stosunku do tego-co-inne-i-różne; o drugiej stronie medalu świadczy znaczenie „z trudem znosić, wielkodusznie pozwalać, by coś było...”. Magris pokazuje, że model tolerancyjnej demokracji opartej na poszanowaniu, dialogu i wzajemnej otwartości chwieje się, gdy liberalni i otwarci członkowie społeczeństwa muszą opowiedzieć się przeciwko zjawisku, które narusza ich standardy; czy zatem kontrmanifestacja przeciwko faszystom, pełna złości na nich (za to, że istnieją i że zieją fizyczną wręcz nienawiścią do Innych) jest objawem nietolerancji? Odpowiedzi prostej nie ma, bo nie jest nam dana taka perspektywa, z której mielibyśmy ogląd niezaangażowany po żadnej ze stron... Tolerancja też ma swoje granice, jak ją zatem zdefiniować, by jednocześnie nie podawać ręki neofaszystom i homofobom, ale i szanować cudze, obce nam punkty widzenia (w imię wolteriańskiej maksymy)? Idąc tym tropem myślowym, wypada raz jeszcze postawić pytanie: co sprawia, że światopogląd tolerancyjny ma być metapoglądem stwarzającym ramę modalną dla innych światopoglądów; i jaki jest warunek jego zaistnienia?...

Wspominany przeze mnie esej jest ważny z uwagi na jeszcze jedną kwestię: pobrzmiewa w nim bowiem tragedia Antygony. Właśnie Apelem Antygony została nazwana wkładka do „Zeszytów”, będąca listem otwartym dzieci „dąbrowszczaków” i wychowanków Jacka Kuronia, wystosowanym w obronie pamięci po członkach Brygad Międzynarodowych w Hiszpanii, którą to pamięć próbuje się teraz łatwo zadeptać, odebrać ostatnim żyjącym członkom Brygad emerytury, oskarżając ich o tworzenie aparatu represji w stalinowskiej Polsce. Trzeba nam więc rozważnej dyskusji nad udziałem Polaków w Brygadach i nad ich późniejszym losem; dyskusji biorącej pod uwagę partykularne biografie, prowadzonej z dala od niebezpiecznego poziomu ogólności, bo na nim będziemy się tylko krzywdzić komunałami. Dyskusję taką trzeba też odsunąć od prób traktowania tego problemu jako kolejnej okazji do zamanifestowania swojej opozycyjności. Udział Polaków w hiszpańskiej wojnie domowej jest chlubną i heroiczną kartą w historii polskiej lewicy, ale dyskusja musi uwzględniać również czysto polski kontekst historyczny: zachodnioeuropejscy kombatanci nie znaleźli się potem w kraju „utopii wcielonej”, ale w swych zachodnich liberalnych demokracjach.

Michał Choptiany

Omawiane pisma: „Zeszyty Literackie”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
ILE TESTOSTERONU?
O MIŁOŚCI BEZ PRZESADY
BERLIŃSKIE PRZECHADZKI

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt