Witryna Czasopism.pl

Nr 7 (124)
z dnia 2 marca 2005
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

Z TOKIO DO EGO I Z POWROTEM

Nie wiem właściwie, co się stało. Może miałam déjà vu. Może telepatyczny kontakt z autorem… A może po prostu nastąpiła zmiana mentalności i to, że myślę tak jak autor, nie ma związku ani ze mną, ani z autorem, tylko z tym, co autora i mnie otacza. Ale zacznijmy od początku.

Zasłyszany w radio strzęp rozmowy dziennikarza z jakąś panią skłonił mnie do refleksji, że właściwie nikogo już nie interesują obiektywne opowieści o tym, jak jest. Gdzieś, np. w Nowej Hucie albo Japonii. Wyobrażam sobie, że pokolenie moich rodziców z pewnym oburzeniem przyjęłoby fakt, że autor książki dajmy na to z podróży do Australii nie zadał sobie trudu, by zbadać dokładnie obyczaje Aborygenów i wytłumaczyć czytelnikom znaczenie wszystkich rytuałów (jeśli Aborygeni w ogóle mają jeszcze jakieś. Ci, których spotkałam w Sydney, byli prezesami dużych organizacji pozarządowych i wykładowcami na uniwersytecie). Dzisiaj – co wcale mi nie przeszkadza – pisarze przestali udawać, że jadą pod biegun po to, by studiować obyczaje Eskimosów. Oni jadą tych Eskimosów spotkać. I może nawet poznać, co nie ma nic wspólnego z jakąkolwiek wiedzą merytoryczną na ich temat. To, że wypijemy z kimś piwo, pogadamy, spędzimy noc, a może nawet kilka lat, nie oznacza wcale, że dowiemy się, jaki w danym kraju obyczaj odpowiada naszemu topieniu marzanny. Będziemy za to wiedzieć, jakie John, Taeko czy Herman lubią piwo, o czym myślą po jego spożyciu i czy lubią pozycję misjonarską. To trochę tak, jakbyśmy wreszcie przestali postrzegać ten świat, który jest dla nas nowy i „zewnętrzny”, jak skansen, etnograficzne wesołe miasteczko czy budzącą sensację babę z brodą, a zaczęli wreszcie dostrzegać, że żyją w nim ludzie – niektórzy zupełnie od nas różni, a inni podobni, i uznali, że nasze przeżycia i spostrzeżenia, nawet jeśli są nieprawdziwe, nieobiektywne i oparte na strzępach informacji, są co najmniej równie ważne jak owa tak pożądana dotychczas prawda obiektywna. Może zresztą na tym polega globalizacja.

Zaraz potem mój syn zapytał mnie, ile ja właściwie znam języków, a jedna pani chciała się koniecznie dowiedzieć, czy mówię po czesku. Nie wiedziałam, jak odpowiedzieć. Pomyślałam sobie, że w sumie dobrze to znam ze dwa języki. Przypomniała mi się też owa hrabina, która zapytana, czy umie mówić po chińsku, odparła „nie wiem, nigdy nie próbowałam”. Otóż ja próbowałam, może nie po chińsku, ale w różnych innych narzeczach i doszłam do wniosku, że o ile oczywiście nie zamierzamy parać się tłumaczeniem czy pisarstwem w obcym kraju, to poziom znajomości języków obcych nie ma w gruncie rzeczy znaczenia. Stara prosta zasada, by mówić głośno i powoli sprawdza się właściwie na całym świecie. Dobitnie wykazałam jej słuszność w Sewilli, gdzie nie znającej żadnego języka poza hiszpańskim stareńkiej sprzedawczyni w sklepie z pamiątkami głośno i powoli właśnie obwieściłam, iż chodzi mi o „Madonna Lacrimosa click click” i natychmiast otrzymałam śliczną trójwymiarową migającą aureolą karteczkę z dramatycznie zapłakaną Matką Boską.

Kiedy więc weszłam na stronę „artPAPIERU”, który wbrew powszechnym tendencjom stał się niedawno z miesięcznika dwutygodnikiem, i zaczęłam czytać wywiad Janusza Paliwody z Marcinem Bruczkowskim, autorem bestsellera Bezsenność w Tokio [Strumień bezsenności. Z Marcinem Bruczkowskim rozmawia Janusz Paliwoda] miałam przez chwilę wrażenie, że albo ja siedziałam kiedyś w głowie autora, albo też on w mojej (bez mojej wiedzy) bywał.

W Internecie, bo nie wiedziałam, kto zacz, wyczytałam, że Marcin Bruczkowski, anglista, wyjechał do Japonii w drugiej połowie lat 80. Przez dziesięć lat studiował tam, uczył angielskiego, pracował, prowadził własną firmę. Następnie spędził pewien czas w Singapurze, by w 2001 wrócić do Polski. Dzięki wyszukiwarce Google odkryłam też, że ma problemy z palmtopem i że sprzedaje (tanio!) niezły aparat fotograficzny…

„Recenzenci mają problem z zaszufladkowaniem Pańskiego dzieła – zaczyna rozmowę Janusz Paliwoda – Bo czym ono właściwie jest: przewodnikiem, relacją, reportażem, fabularyzowaną opowieścią czy pamiętnikiem? A może wszystkim naraz?” Na co Marcin Bruczkowski odpowiada: „Problem recenzentów jest właśnie tym – problemem recenzentów. Nigdy nie umiałem zrozumieć, jakie to atrakcje intelektualne kryją się w pasji do szufladkowania. Mnie (i, jak sądzę, większość czytelników) interesuje, czy książka się dobrze czyta, czy sprawia przyjemność i satysfakcję, a nie do jakiej zaliczyć ją kategorii. Chyba łatwiej powiedzieć mi, czym »Bezsenność w Tokio« nie jest. Na pewno nie jest pamiętnikiem. Pisanie pamiętników zostawiam sobie na lata 2045-2050, bo wtedy wydawcy może się udać zgranie ich wydruku z moim nekrologiem, co jak wiadomo znakomicie wpływa na sprzedaż. »Bezsenność« nie jest też na pewno reportażem ani przewodnikiem. Żeby tworzyć takie gatunki, trzeba coś wiedzieć o sprawach, które się opisuje. Ja o Japonii wiem niewiele, nigdy nie studiowałem japonistyki ani nie zagłębiałem się specjalnie w tajniki tej kultury. Po prostu spędziłem tam najweselsze lata mojego życia i na podstawie tych wspomnień, tych doświadczeń, napisałem książkę. Właśnie – czy nie możemy po prostu zaszufladkować »Bezsenności w Tokio« pod kategorią »książka«? Ma dwie okładki i kilkaset stron pomiędzy nimi, więc chyba ta klasa jest merytorycznie bezdyskusyjna?”

Chwilę później autor odpowiadając na zarzuty jednej z recenzentek, przyznaje, że w jego książce błędów jest z pewnością cała masa, bo „pisanie o obcej kulturze jest mi ideowo obce. Żeby to robić, musiałbym najpierw dogłębnie studiować cechy tej kultury przez wiele lat, a tego nigdy nie robiłem. Zamiast pisać o Japonii, ja po prostu pokazuję Japonię oczyma gajdzina – cudzoziemca, który znalazł się tam trochę przypadkowo, nie w wyniku jakiejś fascynacji kulturą orientu czy studiów w tym kierunku; nie mówi biegle po japońsku, zna cztery razy za mało znaków, żeby przeczytać gazetę, o historii Japonii i jej kultury ma takie samo pojęcie jak o historii wysp Puka-Puka”.

Tokio opisywane przez Bruczkowskiego przeczy wszelkim stereotypom na temat tego miasta. Po dziesięciu latach spędzonych w „kraju kwitnącej wiśni” (no właśnie) autor dochodzi do wniosku, że nadal nic o nim nie wie. Obiektywna prawda wymyka się, od każdej reguły jest wyjątek, bo jeśli „gdzieś mieszka sto dwadzieścia milionów ludzi, to prędzej czy później znajdziemy przykład na każde możliwe ludzkie zachowanie, charakterystykę, preferencje czy dziwactwo”. Dowiedział się też czegoś o sobie: „Że nie lubię karaluchów. – Że jestem ogromny, a moje stopy są w ogóle rozmiaru niewyobrażalnego, szczególnie dla producentów butów. – Że nie umiem być kimś innym, niż jestem, a kluczem do sukcesu w obcym świecie jest właśnie być sobą”.

Dziennikarz stwierdza, że niektórzy spodziewali się znaleźć w książce Bruczkowskiego „więcej wątków kulturoznawczych, religijnych, historycznych”. „Czy zamierza Pan to nadrobić – zapytuje – i napisać książkę np. o japońskiej sztuce i świątyniach?” Odpowiedź Bruczkowskiego brzmi, jak można się domyśleć: „Boże broń”.

Widzę, że ja też przez półtorej strony robię przegląd nie „artPAPIERU”, tylko zwartości własnej głowy… No cóż, taki „trynd”.

Klara Kopcińska

Omawiane pisma: „artPAPIER”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
Od Redakcji
BYĆ JAK HARRY KNOWLES?
FR.EU.D

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt