Witryna Czasopism.pl

nr 25 (178)
z dnia 20 grudnia 2006
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

A IMIĘ JEGO PÉEREL

Aktualny „Przegląd Polityczny” (78/2006) swój dział wiodący plus przyległości poświęca uczuciu, któremu na imię resentyment. Resentyment to jedyne w swoim rodzaju połączenie miłości z nienawiścią. O co chodzi? Chodzi o zranienie. Najbardziej boli, gdy ranią bliscy, czyli ci, od których oczekujemy ukojenia, a nie ranienia. Resentyment nie jest prostą nienawiścią, choć często na taką wygląda, a to dlatego, że trudno – nawet (lub głównie) samemu przed sobą – przyznać, że kocha się kogoś, kogo się nienawidzi. Ambiwalencję tego doznania sygnalizuje sama jego nazwa: re-sentyment, sentyment ze znakiem ujemnym. Co z nim począć? Nietzsche i psychoterapia radzą, żeby leczyć. Jako wykwit nieprzepracowanego urazu, wymaga resentyment powrotu do sytuacji urazowej i ponownej, tym razem konstruktywnej na uraz odpowiedzi. Trudne to zadanie i niewdzięczne. Dla zachęty zdradzę, że na wytrwałych czekają nagrody, fajniejsze od lizaka i pogłaskania po głowie: egzystencjalny awans i dostojeństwo. W pakiecie soft zaś – spokój ducha i nieco radości.


Okołoresentymentalne artykuły z ostatniego „Przeglądu Politycznego” wydelegowano do pracy u podstaw: jak mniemam, mają uprzytomnić ofiarom resentymentu, że w ogóle są ofiarami. Uwaga: ofiarami. Jakkolwiek zostają i pozostają nimi głównie na własne życzenie (jedna z przykrych prawd, które napędzają psychologii wrogów), to jednak status pokrzywdzonych sprawia, że należą im się troska oraz wsparcie. Misja „PP” kończy się tam, gdzie zaczyna się ozdrowienie: zdobywszy samoświadomość, chory na resentyment wkracza (lub nie) na samotną ścieżkę i odtąd liczyć może tylko na wskazówki życzliwych – przyjaciół albo terapeutów (te dwa zbiory winny pozostać rozłączne). Praktyczna w tym kontekście mądrość poucza, że patrzenie na resentymentalistów z góry nie służy ani im, ani patrzącym.


Opublikowany w „Przeglądzie Powszechnym” artykuł Michała Głowińskiego pt. Dramat języka. Uwagi o mowie publicznej IV RP zyskał już szerszą publiczność dzięki przedrukowi w „Gazecie Wyborczej”. Resentymentalną mowę symptomów sczytuje Głowiński z języka polityków polskich bieżących. Jak wiemy od Jacques’a Lacana, nieświadomość to ustrukturowane niczym język miejsce, gdzie – mówiąc z grubsza – rządzi tata, tj. jego Imię. Jak wobec tego prezentuje się nieświadomość bieżącej polityki krajowej? I kto jest Ojcem? Z tekstu Głowińskiego wynika, że w tym wypadku le Nom du Père to Péerel, w skrócie PRL (Lacan, gdyby żył, mógłby nawet poprowadzić seminarium o tej nazwie jako pendant do seminarium RSI). Reguły wysłowienia Czwartej Rzeczypospolitej ustanawia tedy Rzeczpospolita miniona, której brak numeru. Jak to działa? Samego Głowińskiego szczerze dziwi i niepokoi fakt, że umiejętność demaskacji zamachów na język, jaką nabył za tzw. komuny, okazuje się w nowym tysiącleciu nagle przydatna. Pozagrobowy żywot zabalsamowanego żółcią Peerelu najprościej wyłożyć za pomocą logiki resentymentu, który z obiektu miłości czyni obiekt nienawiści, tak naprawdę nic nie zmieniając. Ojca, jakkolwiek zły by był, kocha się nawet wtedy, gdy się go nienawidzi. Chociaż go olaliśmy i po stokroć się go wyrzekliśmy, wciąż mówimy tak, jak nas nauczył. Przypomina się znany dowcip: za komuny mieliśmy wyzysk człowieka przez człowieka, a teraz mamy na odwrót. Innymi słowy, onegdaj komuniści tępili opozycję, obecnie była opozycja tępi byłych komunistów. I tak w koło Macieju. Wyjdziemy z tego koła wtedy – jako Maciej wiem coś o tym – gdy w końcu należycie pochowamy Peerel, odbywszy po nim porządną żałobę. Ani zerwanie („kiedyś było gorzej”), ani melancholia („kiedyś było lepiej”) nie rozwiązują sprawy. Sprawę rozwiązuje właśnie odbyta żałoba („kiedyś było i już nie będzie”). W innym razie do końca pozostaje nam wiać przed – i przewrotnie gonić za – dziecięctwem zarazem sielskim i traumatycznym, przed peerelowskim Realnym: le péeréel.


Skupiony na resentymencie dział „Przeglądu Politycznego” otwiera krótki i dramatyczny list Hanny Buczyńskiej-Garewicz. Pod jego koniec czytamy: „Po prostu nie widzę takich elementów dyskursu, które mogłyby stanowić materiał do jakiejś ich analizy z punktu widzenia obecności w nich duchowej postawy resentymentu. Nie dlatego, by nie było dość jego przykładów, lecz ponieważ wszystkie te przykłady nie są warte poważnej analizy”. A trochę wcześniej: „[...] wobec pewnego stopnia głupoty racjonalna analiza i interpretacja musi się wycofać”. Co racja, to racja, jednak odrobina uporu też się liczy. Przypadkom najgorzej rokującym można zawsze podsunąć trik wzięty z filmu, który jakoś tak przemknął późnym latem tego roku, a tytuł jego Jak być sobą (w oryginale jeszcze ładniej: I ♥ Huckabees; reżyserem jest David O. Russell). W jednej z końcowym scen dwaj młodzi mężczyźni oddają się ćwiczeniom duchowym na miarę naszych czasów: wielką piłką z gumy okładają jeden drugiego po twarzach, co wyraźnie ich kręci. Kręcący jest efekt uderzenia: nagłe oderwanie od własnych myśli, chwila traktowania siebie mniej serio i odpoczynku od samego siebie („Terapią na zawiść, jaką odczuwa jednostka, będzie dystans do samej siebie” – pisze Tadeusz Sławek w eseju O zawiści z tego samego numeru „PP”). Wydaje się, że właśnie tego trzeba cierpiącym na resentyment: nieostrego i nietwardego przedmiotu, który – trzymany na podorędziu – zawsze może pomóc w złapaniu dystansu. (Na marginesie zwierzę się, że zamierzam zrobić z tego biznes. Do sprzedawanych przedmiotów – piłek, poduszek, nadmuchiwanych pałek – dołączał będę zwięzłą instrukcję o treści: „Usiądź spokojnie i palnij sobie. Kolejność dowolna”).


Jeśli lecieć „Przeglądem” od początku, to zanim trafi się na rafę zawiści, ma się okazję wysłuchania opowieści pod wystrzałowym tytułem Giedroyc – Gombrowicz. Inwektywa i genealogia, którą snuje Janusz Margański. Dowiadujemy się z niej, że Gombrowiczowi do Giedroycia (i z powrotem) bliżej było na papierze niż in flesh. To tekstowe zapośredniczenie utrzymywało między panami staroświecki dystans, dzięki któremu obaj znali i cenili swoje – odpowiednio: pisarza i redaktora – role. Puenty nie zdradzę, rzecz jasna.


Tak poza wszystkim to do omawianego „Przeglądu” trzeba zajrzeć choćby po to, żeby przeczytać polemiczny artykuł Michała Warchali Liberalne namiętności i stoickie spojrzenie. Pięknie napisany i sporo w nim tłustych kawałków o psychoanalizie.


PS

Wesołych Świąt! Ale przymusu nie ma.

Maciej Stroiński

Omawiane pisma: „Przegląd Polityczny”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
KTO JEST OSAMĄ BIN LADENEM ANTOLOGII NAJMŁODSZEJ POLSKIEJ POEZJI?
ALTERNATYWNA HISTORIA „SOLIDARNOŚCI”
„HAPPY HORROR” I ZLEŻAŁE RYBY POSTMODERNIZMU

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt