Witryna Czasopism.pl

nr 23 (176)
z dnia 20 listopada 2006
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

CZARNE KONTRA JASNE, CZYLI FILMOWE BARWY GDYNI

Na pierwszych zajęciach zawsze pytam studentów, co sądzą o polskim kinie, przypuszczając, że większość z nich podziela opinię inżyniera Mamonia – nuda, nic się nie dzieje, aktorzy kiepscy, dialogi też. Tym razem głównym zarzutem była skrajność: polskie filmy to albo apartamentowce i życie jak z kolorowych pism, czyli Tylko mnie kochaj, albo Cześć, Tereska z ponurymi blokowiskami i biedą. Uogólnienia są krzywdzące, ale coś jest na rzeczy, a sprawdzianem wartości rodzimej kinematografii – przy wciąż śladowej naszej obecności na międzynarodowych konkursach – pozostaje festiwal w Gdyni, z którego relacje zamieszcza listopadowe „Kino” (11/2006).

O tym, jaki był tegoroczny, 31. FPFF, rozmawiają Bożena Janicka, Andrzej Kołodyński i Tadeusz Szyma, a tytuł tekstu (Czarno czy różowo, czyli jacy jesteśmy naprawdę?) sugerowałby, że nie tylko studenci widzą owe skrajne tendencje. W kuluarach pokazywane filmy dzielono na czarne i pogodne, z tym, że w obu przypadkach brakowało kontekstu politycznego: więcej w nich rzeczywistości, ale raczej w mikroskali rodziny czy małej społeczności.

Takim filmem jest właśnie Plac Zbawiciela Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauzego, najlepszy (również według zamieszczonego w numerze rankingu krytyków) obraz festiwalu i jego triumfator, nagrodzony m.in. Złotymi Lwami. Trudno mi się zgodzić z Bożeną Janicką, że to film wiarygodny jako swoista fotografia, rzetelny opis rzeczywistości, który jednak nie przechodzi na wyższy poziom uogólnienia, pewnej uniwersalizacji, dzięki czemu byłby interesujący dla zagranicznego widza. Czy rzeczywiście nie pokazuje nam niczego, czego byśmy już wcześniej nie widzieli? Nie do końca. Rzeczywiście, fabuła filmu (tu odsyłam do wywiadu z październikowego „Kina” Ani dobrzy, ani źli) jest „z życia wzięta”: reżyserska para przejrzała sześć roczników „Super Expressu”, wybierając początkowo tysiąc, a później dwanaście tekstów. Z nich miała powstać seria filmów telewizyjnych, opartych na autentycznych historiach – jeden z nich wyreżyserowaliby Krauzowie, pozostałe inni twórcy. Jednak tylko Robert Gliński zainteresowany był realizacją cudzego projektu, więc z serii nic nie wyszło. Dojrzewał za to pomysł Plac Zbawiciela, nad którym prace zostały rozpoczęte jeszcze przed zdjęciami do Mojego Nikifora. To ewenement w polskim kinie, by jednemu projektowi poświęcać tyle czasu, co więcej, realizować go zespołowo, przy współudziale operatora i odtwórców głównych ról. Było to możliwe dzięki zaangażowaniu aktorów mniej znanych, przede wszystkim Jowity Budnik, niegdyś Miondlikowskiej, dla której Krauzowie specjalnie napisali rolę Beaty. Jej filmowego męża Arkadiusza Janiczka widzowie mogli wypatrzyć w serialu Złotopolscy, a teściową Ewę Wencel w M jak miłość (kto ją jeszcze pamięta z Małgosia kontra Małgosia?). W efekcie postaci są bardziej wielowymiarowe, a także wiarygodne, bo grający je nie zdążyli stać się zakładnikami kinowego czy serialowego wizerunku, czego potwierdzeniem nagrody aktorskie dla obu pań. A to, co spotyka Beatę i Bartka, rzeczywiście mogłoby się zdarzyć każdemu. Z jednej strony ta historia mogłaby się znaleźć w Sprawie dla reportera, gdzie pomoc oszukanym przez nieuczciwego dewelopera lokatorom pewnie obiecałby jakiś polityk, z drugiej – w telenoweli. W obu przypadkach można zakładać happy end, choć w pierwszym byłoby o niego trudniej – bywa jednak, że po telewizyjnej emisji jakiś urzędnik przypomina sobie o przepisie, który da się zastosować. Za to w świecie serialowej fikcji zły deweloper prędzej czy później poniósłby karę, a kolejna przejściowa tragedia jeszcze bardziej zbliżyłaby rodzinę. W filmie tak się nie dzieje, bo problemy finansowe to nie jedyna przyczyna dramatu, jaki się rozegra między bohaterami, ale jej katalizator. Stąd niesprawiedliwe wydaje się traktowanie go jako, skądinąd potrzebnego, kina społecznego, a obawy, że widz spoza Polski zapamięta tylko to, iż bezpieczniej jest u nas kupować gotowe mieszkanie – nieuzasadnione. (Nie rozumiem zresztą, dlaczego to film Z odzysku Sławomira Fabickiego został polskim kandydatem do Oscara, bo stopień, nazwijmy to, lokalności i uniwersalności jest porównywalny). Nie wdaję się w szczegóły, bo może nie wszyscy go widzieli, mogę tylko zgodzić się z tymi, którzy uważają Plac Zbawiciela za jeden z najważniejszych filmów ostatnich lat – to takie kino, które nie wywołuje łez, tylko ściska żołądek i sięga do trzewi. Boli po prostu.

Plac Zbawiciela, choć w moim odczuciu wymyka się podziałom, pewnie zaliczono do filmów czarnych, które w Gdyni przeważały, jak wspomniany długometrażowy debiut Fabickiego, osadzony w śląskich realiach Co słonko widziało Michała Rosy, czy Wszyscy jesteśmy Chrystusami Marka Koterskiego. W zdecydowanej mniejszości były owe obrazy pogodne – Jasminum Jana Jakuba Kolskiego czy Statyści Michała Kwiecińskiego, zdobywcy m.in. Złotego Klakiera, czyli nagrody publiczności. Sukces tego ostatniego wynika z doskonałego pomysłu (przekonanie chińskich filmowców, że jesteśmy wyjątkowo ponurym narodem i pod tym kątem przeprowadzających casting) oraz potrzeb widza, który chce się w kinie pośmiać. Niedawno usłyszałam od studentów, że bardzo podobało im się Piętro wyżej, ba, w ich opinii komedia z roku 1937 jest o wiele lepsza od tych zrealizowanych w ciągu ostatnich kilkunastu lat, łącznie z Kilerem. „Bo to takie specyficzne poczucie humoru” – racja, ale konia z rzędem temu, kto wiedziałby, na czym ono polega i potrafiłby według tej recepty zrealizować współczesną komedię. Na tym polu rzeczywiście nie mamy się z czego śmiać, skoro Bursztynowe Lwy, nagrodę dla filmu o najwyższej frekwencji, dostał banalny i totalnie oderwany od rzeczywistości filmik Tylko mnie kochaj.

Feliks Falk, przewodniczący jury, w wywiadzie stwierdził, że powstało kilka bardzo interesujących filmów, ale reszta przejdzie bez echa. Które – te nagrodzone czy pominięte, zrealizowane przez doświadczonych twórców, jak Krauze, Kolski, czy filmy młodych: Fabickiego, Guzińskiego, Żuławskiego? Dużo będzie zależało choćby od odwagi dystrybutorów, ale najlepszym sprawdzianem pozostaje czas: jeśli za 70 lat jakiś widz po obejrzeniu któregoś z nich powie, że mu się podobało, ba – że jest lepszy od współcześnie robionych, to będzie sukces. Szkoda tylko, że nikt z zainteresowanych, łącznie ze mną, tej chwili prawdy raczej nie doczeka.

Katarzyna Wajda

Omawiane pisma: „Kino”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
O MATERII SNÓW I SNACH MATERII
TRAGIZM UJĘTY W RAMY WSPÓŁCZESNE
PO PROSTU „NAJMŁODSI”

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt