Witryna Czasopism.pl

nr 23 (176)
z dnia 20 listopada 2006
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

POEZJA PRZESTRZENI. JAK NAJTRAFNIEJ

Żadna prasa nie hańbi, a niektóra nawet i wzbogaca. Pod tym jednym wszakże warunkiem, że nie znajdujemy się po drugiej stronie zasłony i że nawet za kulisy wpuścić nas ci, co piszą, nie chcą. Pod warunkiem, uściślę jeszcze, że nie będzie nam dane przekonać się na własnej skórze, iż – dajmy na to – „stały felieton w gazecie jest jak regularny stolec na rozkaz” (myśl tę jako pierwszy zwerbalizował Malcolm Muggeridge; nie ja).

Oczywiście, każdy czytelnik uposażony jest w odmienne kompetencje i preferencje, czego innego się domaga i według specyficznych kryteriów wystawia opinie: promuje jedno, by dla względnej równowagi drugie potępić w czambuł. Bywa, że – na pewnym pożądanym etapie lekturowego rozwoju – dochodzi wreszcie do wniosku, iż rzeczy (słowa) uzyskują wartości stosownie do oporu, jaki stawiają naszym manipulacjom. To bodaj Sartre zauważył przytomnie, że kiedy mówimy, iż góry są wysokie, miarą owej wysokości jest zmęczenie wędrowca. Idąc dalej tym tropem rozumowania: chleb jest twardy, gdy nie jesteśmy w stanie go nadgryźć; woda zimna, gdy wywołuje dreszcze, gorąca, kiedy oparzy. A tekst? Jest nudny, jeśli nam się nie chce go doczytać.

Świeży, październikowy numer „Toposu” (5/2006) przeczytać chciałam. Chciałam bardzo. Czytałam zaciekle, by dojść od deski do deski, ab ovo usque ad malum, a mimo to odnoszę wrażenie, że sporą część numeru mentalnie przespałam. Takie np. wiersze… O nich nie powiem ani słowa. Pocieszy ktoś może, że niby pogoda nie sprzyja, że w taką jak teraz aurę z chłostaniem i jękami in extenso czujemy się marnie, a twarz na przykład wygląda jak stopa na obrazach Picassa, więc nic dziwnego, że trudniej o zapał w wynajdywaniu intelektualnych przyjemności. Niech sobie pociesza, ja tam swoje wiem i najlepsze lekarstwo na piołun rozczarowań upatruję w uczciwym (się) zezłoszczeniu.

Będzie czas i na to, co po złości i co po radości.

Radość pierwsza i najszczersza towarzyszyła mi przy rozkładaniu dołączonego do numeru czarno-białego plakatu, a na plakacie nie byle kto i nie byle jaki, bo sam Janusz Drzewucki z balsamicznym spojrzeniem wzniesionym na nas znad ławeczki. A zatem, można sobie Drzewuckiego na ścianie powiesić, w ramki oprawić, za idola go mieć. Polecam. Jako szokującą alternatywę dla otaczającej nas plastikowej i niedojrzałej jak kwaśne jabłka tandety. Dojrzały bukiet polskiego wina zamiast beaujolais nouveau.


Roszak…


Radość druga, ale ambiwalentna, wywołująca dziwaczny nabokovski dreszczyk między łopatkami (Nabokov zwierzał się z niego w Wykładach o literaturze). Otóż towarzyszy mi od dwóch miesięcy zastanawiające szczęście do trafiania na eseje oraz wiersze Joanny Roszak, tak że bez pudła mogę uznać ją już za swoją ulubienicę. Bo gdziekolwiek zajrzę, jakąkolwiek gazetkę otworzę, wszędzie ONA. Stała się dla mnie przysłowiową kotwicą. (Bo jak nie ma o czym, zawsze można o tekstach Roszak). Nie ukrywam, trudno polubić jej sposób pisania: przełamaną składnię, koślawo budowane między zdaniami związki przyczynowo-skutkowe, ciągoty do piętrzenia paralelizmów i odniesień (których nijak się nie podsumowuje) czy też szyk zdania nadto wysilony i przestawny. Przez pisanie to przedzieram się z zaprawionym melancholią bólem. Czytam jednak zawzięcie i wszystkich do tego samego zachęcam. Bo choć Roszak pisze nudno i przyciężko, choć podpiera się wciąż tymi samymi cytatami z siebie i z innych (Celan, Derrida), pisze wszakże o rzeczach, które są in crudo diabelnie ciekawe. Dlatego warto się przemóc.

Tym razem bierze się do architektury. W eseju Nie patrz już – idź. Daniela Libeskinda aranżowanie/angażowanie przestrzeni publicznej przygląda się urodzonemu w 1946 r. w Łodzi, ponoć najsłynniejszemu architektowi XXI wieku (pożyjemy, zobaczymy); przygląda się jako z krwi i kości dekonstrukcjoniście. Sam Libeskind mówi (w przemówieniu z okazji przyznania mu w 1999 r. Niemieckiej Nagrody Architektonicznej za rok 1999) , że budynek „to nie forma, obraz lub tekst, ale doświadczenie, którego nie można symulować”, i w nieco odmiennych kategoriach wyraża się o swoich autorskich projektach, niż to szkicuje Roszak, ale – wolnoć, Tomku, w swoim domku. Wolno nam zestawiać ze sobą i porównywać wybrane języki współczesnej kultury, traktowanej jako jeden wielki hipertekst pełen linków i odnośników. Wolno przystawiać pojęcia i terminy z obszaru językoznawstwa albo teorii literatury do prac muzycznych czy architektonicznych i sprawdzać: urodzi się z tego coś czy też nie, a jeśli tak, to czy nie potworek o dwóch głowach i dwóch rękach? Trzeba więc uważać, bo mimo postępów w medycynie operacje na bliźniakach syjamskich rzadko kończą się sukcesem.

U Joanny Roszak zdaje się jednak, że to wszystko strachy na lachy. Dziecka nie będzie. Ale najpierw parę słów należy się architektowi interesującemu i mnie, i komentowaną eseistkę, tym bardziej że jego osoba ze zrozumiałych względów jest obecnie na topie w całej Warszawie (a „Topos” za tym, co „na topie”, nadąża!). Dlaczego? Wszelkie znaki na niebie i ziemi świadczą o tym, iż w lutym 2007 r. przy ulicy Złotej 44 rozpocznie się budowa drugiego co do wysokości budynku mieszkalnego w Europie (wyższa jest tylko wieża Triumph-Palace w Moskwie, 264 m), zaprojektowanego właśnie przez Libeskinda. Ma to być ostra, krzywa wieża ze szkła z symboliczną koroną – koncepcyjnie – o dynamizmie orła. Ma to być (być może) drapacz chmur uruchamiający w warszawiakach skrypt wyobraźni, bo przenoszący akcent na semantyczne wartości budynku (jakie – tego dobrze nie wiem). W każdym razie architekt, a niegdyś znakomity muzyk, znany jest nie tylko z tego, że tworzy sztukę nawiązującą dialog z odbiorcą, ale i że nadaje jej sznytu ekscentryczności, radykalizmu, że bazuje na kubizmie, zmierza ku kreowaniu przestrzeni „czystej” i samej dla siebie. Zatem już dziś można obgryzać paznokcie z niecierpliwości, cóż to takiego niesamowitego przy Złotej w ciągu dwóch zaledwie lat wyrośnie.

Tak, tak, powinnam już wrócić do toposowego szkicu i streścić go choć odrobinę. Nie skupiać się na dygresjach i przyczynkach, ale oddać głos Roszak. Przytoczyć, jak to ładnie ona pisze o podobieństwach Don Kichota architektury z Magdaleną Abakanowicz. Jak wyróżnia kontekst „skazy” i „rany”, aferezy i afazji, by odpowiednie dać rzeczy słowo i jakoś o Libeskindzie, do cholery, kolejne zamglone stronice zapisać. Jak przytacza Krzysztofa Wodiczki, Marii Anny Potockiej oraz Ewy Rewers (nie mogło jej tu, specjalistki, zabraknąć) rozumienie roli przestrzeni i miejsca w kulturze w tzw. publicznym dyskursie. A także – na konkretnym przykładzie największego chyba osiągnięcia Libeskinda, Muzeum Żydowskiego w Berlinie – jak ciekawe ma Roszak skojarzenia z poezją Celana, jak sprytnie znajduje paralele do wierszy Anczela w pracach amerykańskiej sławy, jak to z sukcesami wsadza do tej samej metafizycznej beczki również Derridę. Tu się doraźnie zabawię w cytowanie; przywołany kawałek będzie traktował o innym przedsięwzięciu, nadzorowanym przez biuro Libeskinda, o Freedom Tower w Dolnym Manhattanie: „Libeskind podkreśla wagę pamięci – ona bowiem stanowi gwarant tożsamości. Świadectwo łączy ze śladem, ślad – z korzeniami. Wybór miejsca ma dla niego znaczenie pierwszorzędne, staje się ono przestrzenią rytuału i zbiorowej pamięci. Architektoniczne opowieści Libeskinda to wyznania i wyzwania. Interesuje go naznaczenie, jak Derridę, piszącego o szibbolecie.” A dalej następuje fragment nawiązujący do książki Szibbolet dla Paula Celana; nawiązanie to wszakże znam, czytałam miesiąc temu w innym szkicu Roszak, wówczas o samym Celanie, Celanie w sosie własnym…. Dlatego, proszę wybaczyć, ale dopada mnie nuda i przysypiam. Tu i w paru innych poczesnych miejscach. Czym jest nuda? Może być „kawałkiem ciepłego, szarego sukna, podbitego jaskrawym, różnobarwnym jedwabiem. Spowijamy się w to sukno, gdy śpimy” (z Pasaży Waltera Benjamina). Dlatego, proszę wybaczyć, odstąpię od dalszych o eseju Roszak literek. Zaznaczając jednak z mocą, że do postaci i twórczości Daniela Libeskinda sięgnąć trzeba, żeby samemu przekonać się (co nie sprawi raczej trudności, jeśli się posiada umiejętność posługiwania Googlownicą), na czym polega szczególność jego pomników-laboratoriów i o czym artysta pragnie przypominać, odwołując się do naszych najbardziej archetypicznych reakcji. I wreszcie – dlaczego możemy go uznać za poetę przestrzeni.


...i reszta


Ale na lekturze tekstu Roszak „Topos” na szczęście się nie kończy, choć od „skrzydlatych słów” z jej eseju (i zdjęcia Freedom Tower – vide okładka) się zaczyna.

Czytelnikom bliskim mojemu horyzontowi osobowościowo-poznawczemu (radzę przyjąć na rybkę, że coś takiego istnieje) dla nadrobienia pewnych (sprzed chwili) braków płynności i lekkości sprawnie opowiadanej historii, której serdecznie pragniemy dosłuchać do końca, polecam otwierający 5. numer uroczy tekst Krzysztofa Kuczkowskiego o nieco przewrotnym tytule: Pamięć „większej straty”. Rzecz o pewnym krytyku (i jeszcze mniej pewnej poetce). Gdybyż Roszak mogła się pochwalić równym co Kuczkowski talentem narracyjnym! Ale lepiej nie myśleć, co by było, gdyby babcia miała wąsy, bo się ziści i urodzi. Lepiej za podszeptem redaktora naczelnego sopockiego czasopisma sięgnąć po książkę Carol Shields Zagadka wiecznego pióra (Swann), którą to Kuczkowski reklamuje jako lekturę obowiązkową dla kandydatów na pisarzy. Sięgnąć i koniecznie zadumać się nad wieczną kobiecością zawartą w Łabędzich pieśniach, poetyckim tomiku Mary Swann, deszyfrowanej przez niestrudzonego biografistę i głównego bohatera tej książki.

Po Kuczkowskim otworzyłabym stroniczki na dwóch rozmowach „Toposu”: z Janem Stolarczykiem, wydawcą i redaktorem wydawnictwa Dolnośląskie, oraz z Wacławem Holewińskim, prozaikiem i dramaturgiem. Szerokim łukiem natomiast omijałabym esej Agnieszki Kulik-Jęsiek Podążając za wędrowcem Artura Międzyrzeckiego (no, chyba że paroksyzmy nudy nam niestraszne), a tabliczkę zupełnie już w duchu ostracyzmu (Wstęp wzbroniony!) ustawiłabym przed recenzją tomiku Z dziennika dywersantki Adriany Szymańskiej, złożonej poetce u stóp przez Wiesława Setlaka. Poezja Szymańskiej reprezentuje obcą mi wrażliwość, powiedziałabym, ckliwą das ewig Weiblich; rozumiem, że można to również cenić za franciszkańskie wartości i prostotę, ale żeby pisać o „ponadprzeciętnym talencie poetyckim” autorki, żeby sugerować, że niewiele jej brakuje do bycia „pierwszą w historii polskiej poetką-dekadentką o tak wyrazistej dykcji” – to już lekka przesada. Setlak przesadza nagannie.

Żeby się z tego niesmaku po Setlaku i wizyjno-ewangelicznej Szymańskiej oczyścić, proponuję prozę Katarzyny Kuczyńskiej-Koschany pt. Powstawanka (fragmenty). To naprawdę świetnie napisany, zabawny, a równocześnie kobiecy w jak najbardziej strawnej i żywej, wibrującej formie dziennik matki starającej się o drugie dziecko (na co dzień parającej się literaturą). Tutaj tylko przedsmak, z końca opublikowanego fragmentu (24 stycznia 2006 r.):

„Powstało z tej nocy czy z powstawanki? Ze śniegu? Na przekór wielkim mrozom?

Tobiasz chciał natychmiast przygotować drugie łóżeczko i wózek; a potem zapytał, którędy dziecko uchodzi?

Wszyscy jesteśmy uchodźcami z brzuchów. Bez prawa stałego pobytu. Ani tu, ani tam. I toczymy się w kole tęsknoty, z dnia na dzień”.

Prawda, że to i po ludzku ujęty, i metaforycznie, temat przestrzeni?

Lubię też takie właśnie oddające sensy egzystencjalne, ontologiczne itp., itd. (wpisać, co się komu zamarzy), tu i teraz akuratne wersy, jak ten z 23/24 września 2005: „Norwid. Miesiączka. Dużo dziś biegałam”.

Czy można o życiu trafniej?

Joanna Wojdowicz

Omawiane pisma: „Topos”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
MENTOR MIMO WOLI
O RÓŻAŃCU IWASZKIEWICZA I ZAGŁADZIE GATUNKÓW
POZYTYWIZM ZAWSZE RULEZ!

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt