Witryna Czasopism.pl

nr 23 (176)
z dnia 20 listopada 2006
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

„OD CZYSTEJ FORMY DO LITERATURY FAKTU”

Do opisu zawartości każdego niemal numeru krakowskiego „Studium” przywołanie powyższego tytułu rozprawy literaturoznawcy Artura Hutnikiewicza byłoby adekwatne. Pominąłbym jedynie niektóre wydania sprofilowane (jakkolwiek groźnie by to brzmiało) narodowo – ot, choćby niedawny przegląd czeskiej prozy najnowszej. Dla bieżących numerów trudno już znaleźć wyróżniki jakiegokolwiek profilu. Bo czy takim spoiwem może być środowisko? A może miejsce – Kraków? Polityka wydawnicza? Nic z tych rzeczy. Zwracał na to również uwagę Grzegorz Wysocki, omawiając numer jubileuszowy (4-5/2005) w jednym z wydań „Witryny-Gazety”. Leży przed nami pismo o nowej literaturze. O nowej i młodej. Bez hierarchii osobowości, tematów, rodzajów, gatunków. 277 stron, w których to przegląda się nowa kultura literacka, to propozycja-przegląd kierunków rozwoju owej literatury, oszałamiający w swej różnorodności. Co więcej – nikt nam owej różnorodności nie uporządkuje (poza prostym podziałem na prozę, poezję, wywiady, recenzje, szkice etc.) Nowa literatura to po prostu Jacek Dehnel, jak również Dariusz Pado, Joanna Wajs, Piotr Siemion, Jakub Winiarski, ale także nikomu nieznany jeszcze Aleksander Suzdalcew – debiutant. Od czystej formy do literatury faktu – tytuł przewodnika naukowego po dwudziestowiecznych kierunkach artystycznych byłby zdecydowanie najlepszym podtytułem-wyróżnikiem dla krakowskiego „Studium” (5/2006).


Problemy z Dehnelem


Dobrze się stało, że Jacek Dehnel znalazł swoje przytulisko w „Studium”. Będzie prowadził rubrykę Fotoplastikon, która pozwoli mu wreszcie dokonać gruntownej inwentaryzacji rodzinnych pamiątek – fotografii, pocztówek, oleodruków, sitodruków, grawiur – sporo tego zapewne w jego szufladach. Jeszcze lepiej, że (obecnie) stały (jak mniemam) współpracownik „Studium”, poeta-laureat, nie ma taryfy ulgowej w redakcji. W tym samym numerze bowiem Marta Tomczyk stawia Dehnelowi (poezji Dehnela) kilka istotnych, a niezbyt wygodnych, pytań: „Już przy pierwszym czytaniu [tomu Wiersze, wydanego przez Lampę i Iskrę Bożą – przyp. AW] uderzający jest dobór słownictwa. Skłonność do słów archaicznych, rzadko używanych, udziwnionych (...). Upodobanie do udziwnień językowych i archaizmów wprowadza pytanie o oryginalność i własny język poetycki. W tym ostatnim przypadku nie chodzi jednak o to, że takie językowe zapożyczenia mogą zagłuszać własną dykcję poetycką (...), ale raczej o to, w jaki sposób budują one język poetycki, i wreszcie – pytanie najważniejsze – czemu służą?”. Tekst Marty Tomczyk utrzymany jest oczywiście w tonie aprobatywnym, sporo tam zachwytów nad poezją autora Żywotów równoległych, jednak nie brak w nim takich jak powyższe dylematów. Co zrobić z mistrzowskim formalnie Dehnelem, który namaszczony przez Czesława Miłosza i Fundację Kościeliskich jednocześnie irytuje kunsztownym epigoństwem? Dla tych dylematów właśnie warto sięgnąć po szkic Tomczyk, która szczerze opisuje momenty konfuzji przy lekturze niektórych wierszy autora świeżo wydanej Lali: „Dehnel jest pojętnym uczniem swoich mistrzów (...), a jednak są takie wiersze, w których nie wychodzi on poza rolę ucznia, choć nie ulega wątpliwości, że jest uczniem-prymusem”. Jakie to wiersze ma na myśli Tomczyk – odsyłam do jej tekstu Vivienne Westwood polskiej sceny poetyckiej?.


Neurotyzm


Agata Bielik-Robson, odpowiadając na pierwsze pytanie Jakuba Winiarskiego w wyśmienitym wywiadzie Przekora, niezgoda, protest, pozwoliła sobie sformułować lapidarną definicję neurotyzmu: „Ja, jako filozof właśnie, bronię się przed życiem konceptami, i w związku z tym nie mam do niego dostępu. Jako filozof jestem beznadziejnie neurotyczna: chciałabym zanurzyć się w życiu, ale się boję, więc salwuję się kategoriami intelektu”. Na mapie kierunków artystycznych tego numeru „Studium”, tak zdefiniowany neurotyzm jest pojęciem podstawowym, nie w sensie klinicznym, lecz ściśle literackim. Zdecydowanie najlepszym tekstem jest bowiem cytowany powyżej wywiad, a zatem paradoksalnie – zapis owej obrony przed życiem za pomocą kategoryzacji. Podobnie defensywni są w tym numerze wszyscy namiętni diaryści: Jakub Winiarski w kolejnym odcinku Dziennika sfingowanego, Błażej Dzikowski w felietonie-dzienniku Wabienie rekinów (odsłona szósta), a także wspomniany Dehnel z Fotoplastikonem. 30-latkowie, 20-latkowie kategoryzują namiętnie swoje doświadczenia życiowe i estetyczne, odmieniając przez wszystkie przypadki zaimek „ja”. Także poetycko oczywiście, bo cóż bez owego JA zrobi liryka. Tak na przykład Ryszard Chłopek w siedmoczęściowym poemacie Wąż raczy nas własnym ego lirycznym wyjątkowo wytrwale: „ja sypki, ja kruchy / ja i moje konie / cała stajnia ja, / ja źdźbło i ja schody / ja lepki i szczelny / ja na wyścigach i ja w kwiecie wieku / ja tu i tam (...) / ja w pokoju / ja gotujący fasolę / ja czyszczący buty (...)”. Po całą resztę wcieleń podmiotu odsyłam na strony 12-18 bieżącego numeru.


Desant islandzki


Czytelnicy znużeni spektaklem kolejnych introspekcji mogą jednak nieco odetchnąć przy JA krytycznym Jacka Gutorowa, który pisze o Krystynie Miłobędzkiej, lub przeczytać krótki, acz daleki od banalizowania szkic Joanny Orskiej o Jacku Podsiadle, jak również wiele innych ciekawych tekstów z działu Recenzje, szkice, polemiki. Choć od dłuższego czasu „Studium” nie publikuje już tam potężnych prac, niemalże monograficznych, nadal utrzymuje wysoki poziom. Z kolei czytelnicy antyakademiccy mogą zdecydować za pomocą działu Noty o książkach, na co wydadzą ciężko zarobione pieniądze. Oczywiście po krótkich opisach nie należy spodziewać się żadnych ostatecznych rozstrzygnięć. Ja natomiast (moje JA krytyczne) chciałbym (chciałoby) zwrócić na koniec uwagę na krótki reportaż po wizycie w Grenlandii Huberta Klimko-Dobrzanieckiego, pod tytułem Kulusuk (z działu Oddźwięki). Tekst zupełnie antyneurotyczny, zanurzony w żywiole życia i antyakademicki, choć wyszedł spod ręki filologa islandzkiego (notabene: w numerze znajdziemy także poemat Lost in Iceland Mirosława Gabrysia z Rejkiawiku – na „Studium” przeprowadzono zatem islandzki desant). Kulusuk to opowieść nieco sprośna, nieco gorzka, całkiem zabawna. Wstrząsająca jest historia pewnego podbiegunowego kundla, który z głodu zjadł włoską... No nie, nie odważę się cytować. Nie zapytam także Dobrzanieckiego, czy ta historia wydarzyła się naprawdę.

Arkadiusz Wierzba

Omawiane pisma: „Studium”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
KOSZMAR TEGOROCZNEGO LATA
INNE ARTYKUŁY O FILMIE DOKUMENTALNYM -->
Kolesiowatość

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt