Witryna Czasopism.pl

nr 7 (160)
z dnia 20 marca 2006
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

NA BEZRYBIU I RAK RYBA

Mówi się, że konfrontacja z obcą kulturą wzbogaca. Nigdy specjalnie nie wnikałem w treść tego bon motu, a przecież aż się o to prosi. Jak mianowicie wzbogaca? O co? Kogo? Po lekturze „Ha!artu” (22/2005), poświęconego m.in. nowej literaturze białoruskiej, stało się dla mnie jasne, że to wzbogacanie faktycznie zachodzi, ale w zadziwiający sposób. Kiedy udawałem się do kazimierskiego Lokatora na zorganizowane przez „Ha!art” spotkanie z Maryjką Martysiewicz, młodą autorką białoruską, byłem pewien, że ujrzę gniewnych, nieustępliwych, bojowo nastawionych ludzi, którzy wyrwali się z łukaszenkowskiego skansenu, by dać świadectwo ponurej prawdzie o zniewoleniu, terrorze, samowoli i brutalności. Wyobrażenie o młodych białoruskich pisarzach wyhodowałem na lekturze esejów Sokrata Janowicza, sporadycznych kontaktach z krewniakami w Brześciu i zdjęciach prasowych z rozpędzanych manifestacji w Mińsku.

Dwa lata temu guljałem ze stryjem po brzeskim parku. Niedzielne, leniwe popołudnie, po alejkach suną matki z wózkami, dzieciaki karmią łabędzie, stryj w odświętnym garniturze, parę kroków za nami skacowani weselnicy (byłem tam z okazji ślubu kuzyna) sastawljają kampańju i raczą się pierwszorzędną stołeczną. W pewnej chwili mija nas patrol, nic specjalnego, ot dwie tępe gęby, jakich i u nas w bród. Tyle że zamiast kabury z prewencyjną pukawką na piersi dyndają im dwa wielkie, czarne obrzyny. Pytam pogodnie usposobionego stryja, co to za dziwo. Odpowiada ze stoickim spokojem, że to broń, której kule „zakręcają w ciele”. – Jak to? – pytam. – Nu wot, strielit’ adnoj i ty mjortwyj. Ciarki przeszły mi po plecach i dobry humor gdzieś przepadł. Dzień wcześniej, na rzeczonym weselu, próbowałem zagadnąć o polityce. I dopiero gdy weselnicy mieli pewność, że jestem swój, nie szpion, rozwiązały im się języki. Ale to było już pod koniec zabawy, wszyscy byli tak pijani, że mieszali wydarzenia z lat 90. z historiami o Związku Radzieckim. A mniej więcej w połowie wesela pojawił się w lokalu prawdziwy szpion, któremu konferansjer ceremonialnie wręczył stakan wódy i z pietyzmem, trzymając poufale pod ramię, oprowadzał od stołu do stołu i przedstawiał gości. Na jego widok wszyscy przylepiali na twarz gumowe uśmiechy. Nas, przybyszów z kapitalistycznego obozu, pogardliwie zignorował. Innego dnia wybrałem się do księgarń i antykwariatów na poszukiwania jakiejś białoruskiej literatury. Nie znalazłem w Brześciu ani jednego antykwariatu, ani jednej księgarni (pewnie gdzieś są, ale diabli wiedzą gdzie). Jedynie na poczcie kupiłem dziennik. Był tylko jeden do wyboru. Na całej pierwszej stronie hufiec naczelnego harcerza Łukaszenki – nalane pyski i spojrzenia zasłużonych aparatczyków. To samo na pozostałych stronach, tylko że już nie na fotografii, ale w tekście. Napuszony, pseudotechnokratyczny gulgot.

Po powrocie wbiłem sobie do głowy, że tak tępy reżim musi wytwarzać odwrotnie proporcjonalną kulturę. Takie cyrkowe samodzierżawie musi koniecznie wywoływać wysokiej próby opór. Ach ta naiwność, to pomieszanie dialektyki i romantyki. Idąc na wieczór białoruski w Lokatorze, spodziewałem się zobaczyć butną dostojewszczyznę, błędnych rycerzy, rozgorączkowanych swoją wizją straceńców, którzy albo dumnie wegetują na marginesie oficjalnej kultury, albo zwalczają ją z dziką energią. Zamiast mesjanicznego męczeństwa ujrzałem rumianą, zażywną dziewczynę, która trochę bez ładu i składu szczebiotała na przemian o dresach, feminizmie, obyczajach seksualnych, dyskotekach, swojej pracy doktorskiej, literaturze czeskiej (Maryjka jest bohemistką) itp. Owszem, mówiła zajmująco, dużo, odważnie. Ale bardziej niż białoruskiego partyzanta, jakiego sobie w myślach wyczarowałem, przypominała zachodnioeuropejskiego klerka, mówiła o problemach, z którymi swobodnie mógłby utożsamić się autor francuski czy niemiecki.

Potem, kiedy czytałem we wspomnianym „Ha!arcie” Ihara Babkou (Za firanką), Juhasię Kaladę (Invicta albo Podstawowy błąd Afanasija) i innych, uderzyło mnie, że wcale nie jest to literatura wyjątkowa. Nic szczególnego, trochę prozy poetyckiej, opartej na metodzie paranoiczno-krytycznej (Wałżyna Mort Dresy), trochę postmodernizmu z jego problemami autotematyzmu, grą z konwencją, nieufnością wobec słowa, kryzysem tożsamości (Babkou), pewne wątki feministyczne, autobiografizm (Ewa Wieżnawiec Niebawem wylęgnie się smok) itp. Dość przewidywalny scenariusz tematów i technik, jakie można by znaleźć w antologii młodej literatury polskiej. Co więcej, moim zdaniem młoda literatura białoruska, przynajmniej w ha!artowskim zwierciadle, nie może się równać z młodą literaturą polską. Na jej tle wypada mizernie – często widać naiwność w realizacji tematów, niezgrabności w dziedzinie samego warsztatu pisarskiego, przeintelektualizowanie, „papierowość” fabuły, pretensjonalność ekspresji. I daleki jestem tu od bogoojczyźnianej retoryki wyższości. Jest mi szczerze obojętne, czy literatura polska będzie gorsza od białoruskiej, czy na odwrót. Pilniejszą kwestią jest wyjaśnienie, skąd ta różnica jakości. Zdawać by się przecież mogło, że w tak trudnych warunkach, jakie panują na Białorusi, duch winien znajdować dla siebie szczególną motywację do wzlotów na wysokie pułapy. Ale tak nie jest. Brak zdrowego obiegu czytelniczego i krytycznoliterackiego powoduje, że młodzi twórcy białoruscy nie czują na sobie surowego wzroku wymagających odbiorców, jaki prześladuje twórców polskich. Przy tym chłonność czytelników zainteresowanych współczesną rodzimą literaturą jest na Białorusi tak maniakalna, że przyswaja wszystko z równym apetytem, zgodnie ze złośliwym powiedzeniem: na bezrybiu i rak ryba. Zamordyzm Łukaszenki z jednej strony i neosowietyzacja mas z drugiej sprawiają, że z mętnych wód literatury oficjalnej niczego ciekawego wyłowić niepodobna, toteż spotkania z młodymi autorami tworzącymi poza reżimem przyciągają tłumy (600-700 osób!). Cokolwiek powiedzą, będzie hołubione. Wiadomo, to rozpieszcza i osłabia zmysł samooceny, na szkodę samej literatury. Młody białoruski twórca może zmałpować byle modę z Zachodu i ma zagwarantowany pozytywny odzew. Młody polski autor może wychodzić z siebie, dwoić się i troić – i nie ma pewności, że ktokolwiek zwróci na niego uwagę. Na Białorusi, gdzie słowo jest zniewolone, traktuje się je jak świętość. W Polsce, gdzie przechadza się na wolności z zadartą wysoko głową, dla większości jest nic niewarte. Słowo nabiera mocy tam, gdzie jest kneblowane. Podlega inflacji tam, gdzie ma do dyspozycji wszystkie media.

Chciałoby się Białorusinom powiedzieć: „zróbcie” sobie demokrację, to będziecie mieli porządną literaturę. Ale co powiemy potem, kiedy już będą mieli księgarnie pękające w szwach od „porządnej” literatury, której... nikt nie czyta? Że takie są uroki demokracji? Zresztą nieważne, co im powiemy, mają swój rozum i wiedzą, co robić. Ważne, że przyglądając się ich sytuacji, możemy uzmysłowić sobie własną, zobaczyć, że wcale nie mamy patentu na sprawiedliwość i normalność, że kapitalizm to konsumeryzacja wszystkiego i całkowite zobojętnienie na wszystko, co drukowane, z wyjątkiem pisemek pornograficznych.

Taka jest historia mojego wzbogacenia w wyniku kontaktu z obcą kulturą. Wzbogaciłem się przez uprzytomnienie sobie własnej mizerii. Nędzy moich wyobrażeń o Białorusi, mizerii upraszczających, wodniście demokratycznych rozwiązań, jakie skłonny byłbym zalecać jej mieszkańcom, trywialność wiary w wolność słowa jako katalizatora dobrej literatury, którą potem niestety mało kto czyta. Ale jakkolwiek byłbym kulturowo wzbogacony, to przecież – jak głosi kolejna etnologiczna rewelacja – nie przestaję być tym, kim byłem, czyli człowiekiem przyzwyczajonym do tego, że może powiedzieć co chce, gdzie chce, komu chce i kiedy chce. I doprawdy sam nie wiem, czy lepiej być słuchanym przez garstkę i niesłyszanym przez większość, czy też słyszanym przez większość i niesłuchanym prawie przez nikogo. Bo przecież czuję ulgę, kiedy mogę mówić, choćby nawet nikt mnie nie słuchał... ale ten dylemat zostawiam Białorusinom, do rozwagi podczas niedzielnych spacerów po słonecznych parkach i lokalach wyborczych...

Igor Kędzierski

Omawiane pisma: „Ha!art”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
Stawiamy pytania, szukamy odpowiedzi
Baronowie, młodzi zahukani i samotny szeryf
felieton__DZIEJE SIĘ NA DOLNYM ŚLĄSKU

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt