Witryna Czasopism.pl

nr 3 (156)
z dnia 22 stycznia 2006
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

CZTERDZIESTOLATEK JAK NOWONARODZONY

Czterdzieści lat minęło – dodałabym „jak jeden dzień”, gdyby nie fakt, że w styczniu 1966 roku nie było mnie jeszcze na świecie. Nie mogłam więc być świadkiem tego, jak redakcja „Kwartalnika Filmowego” postanowiła przekształcić to naukowe pismo, wydawane pod patronatem Instytutu Sztuki PAN, w miesięcznik poświęcony twórczości i kulturze filmowej. Efektem tej decyzji – trudnej i dziś może nieco niezrozumiałej (zrezygnować z jednego tytułu, by mógł pojawić się drugi; na szczęście „Kwartalnik Filmowy” w 1993 roku został reaktywowany) – było pojawienie się pierwszego numeru „Kina” z kadrem z Popiołów na okładce i Jerzym Toeplitzem jako redaktorem naczelnym. W zespole znalazła się m.in. Alicja Helman, która w tegorocznym styczniowym numerze miesięcznika wspomina i podsumowuje przeszłość (Kino ma 40 lat), zwracając uwagę, że pismo miało przede wszystkim zajmować się problemami polskiego kina, a także – co wyróżniało je na tle ówczesnej oferty – publikować dyskusje z udziałem zespołu i zaproszonych gości. Znaczącą decyzją było także powołanie Kolegium Redakcyjnego, do którego należeli nie tylko krytycy – tacy jak Bolesław Michałek czy Zbigniew Pitera – lecz także twórcy: Aleksander Ford, Andrzej Wajda, Janusz Majewski czy Tadeusz Łomnicki. I nie było to, co podkreśla profesor Helman, gremium istniejące wyłącznie formalnie, ale przeciwnie – bardzo aktywne. Autorka z perspektywy czterdziestolecia pisze, że praca w „Kinie” była trudna i kłopotliwa, głównie przez boje toczone z cenzurą, ale mimo wszystko satysfakcjonująca. Od kilkunastu lat urząd na Mysiej w Warszawie już nie istnieje, ale za to pojawiły się inne problemy, np. większa konkurencja i oczywiście pieniądze: od kilku lat słyszę, że właśnie wyszedł ostatni numer „Kina”, po czym szczęśliwie okazuje się, że miesięcznik dalej istnieje.

Czterdziestka to z pewnością czas podsumowań, życiowych bilansów, a może i radykalnych zmian. Podobnie pomyślała redakcja „Kina”, fundując czterdziestolatkowi lifting, przynajmniej graficzny, choć na szczęście format się nie zmienił. Tegoroczny pierwszy – niejako podwójnie – numer jest obiecujący, daje bowiem nadzieję, że forma nie będzie tu dominować nad treścią. A zawartość styczniowego „Kina” jest interesująca i trudno nie odnieść wrażenia, że w jakimś sensie rocznicowo-podsumowująca. Przede wszystkim mamy tradycyjne filmowe podsumowanie ubiegłego roku i porównując wyniki głosowania redakcji z rankingiem „Filmu”, widać zgodność: najlepszy film 2005 roku to Broken Flowers Jima Jarmusha, który odniósł w Polsce nie tylko sukces artystyczny, ale również komercyjny, co jest krzepiące, bo dowodzi, że kino ambitne też może zainteresować tzw. masowego widza, a i tego nie należy z góry traktować jako kulturalnego troglodytę. Docenili go też studenci krakowskiego filmoznawstwa, chociaż w corocznym plebiscycie Nasza dycha zdecydowanie najwyżej ocenili Bliżej Mike’a Nicholsa, mimo iż (a może właśnie dlatego?), co podkreśla przedstawiający wyniki Michał Oleszczyk (Pieśń na wiele głosów), pokazana tu wizja świata jest dosyć pesymistyczna.

Niemal 40 lat – a ściślej 39 – minęło 8 stycznia tego roku od śmierci Zbigniewa Cybulskiego, największej ikony polskiego kina. I dlatego dobrze się stało, że udało się – po 10 latach przerwy – powrócić do tradycji przyznawania nagrody jego imienia dla najlepszego aktora młodego pokolenia, zwłaszcza że w ciągu minionej dekady w naszym kinie objawiło się kilka talentów. Z szóstki nominowanych trójka aktorów została nagrodzona: Marcin Dorociński został laureatem głównej nagrody, Maja Ostaszewska – nagrody „Kina”, a Borys Szyc – nagrody publiczności. W numerze znalazły się wywiady z nimi – znamienne, że cała trójka podkreśla, jak wiele satysfakcji daje im aktorstwo, lecz także jak dużej cierpliwości, pokory, ale i umiejętności pójścia na kompromis wymaga uprawianie tego zawodu. Dobrze wie o tym Marcin Dorociński, który zanim zagrał przełomową w jego filmowej karierze rolę policjanta Despera w Pitbullu Patryka Vegi, dostawał głównie propozycje epizodów w serialach. Choć w Barbórce Macieja Pieprzycy wcielił się w postać gwiazdy, Jakuba, to sukces filmu Vegi na razie nie przełożył się na nowe, ciekawe propozycje. O tym, że w polskim kinie nagrody często stają się dla aktora swego rodzaju przekleństwem (vide najczęściej przywoływany w tym kontekście przykład Jadwigi Jankowskiej-Cieślak, która po canneńskich laurach za Inne spojrzenie właściwie zniknęła z ekranu), przekonała się też Maja Ostaszewska: mimo wyróżnień za role w Patrzę na ciebie, Marysiu czy Prymasie nie zwracano się do niej z nowymi, interesującymi projektami. Z pewnością, jak sama zauważa, zawodzi system promocji młodego aktora, ale i produkcji: w ciągu dwóch ostatnich lat nie doszło do realizacji czterech filmów, w których miała zagrać, na czele z planowaną przez Mariusza Trelińskiego adaptacją Balladyny, gdzie obok Ostaszewskiej miała wystąpić Karolina Gruszka. Przyznam, że sama poczułam się rozczarowana, widząc cenioną przeze mnie aktorkę występującą w reklamie czy serialu, ale trudno mieć o to pretensje – w końcu aktorstwa nie można uprawiać do szuflady, a przez Na dobre i na złe przewinęli się niemal wszyscy polscy aktorzy różnych pokoleń. Zresztą od serialowych epizodów zaczynał też Borys Szyc, zdecydowanie najbardziej rozpoznawalny i zapracowany z trójki laureatów, nagrodzony za najważniejszą w jego dotychczasowej filmografii rolę Alberta z Symetrii Konrada Niewolskiego.

Talent i łut szczęścia – te dwa elementy w dużej mierze decydują o tym, jak potoczy się aktorska kariera. Należałoby jeszcze dorzucić reżysera, tego pierwszego, który dostrzeże u aktora owo coś, dzięki czemu ten nie tylko zaistnieje w zbiorowej wyobraźni, ale zagości tam na zawsze, jak Zbyszek Cybulski, niegdyś obsadzony przez Andrzeja Wajdę w roli Maćka Chełmickiego. I tego chyba należałoby życzyć jego następcom, a czterdziestoletniemu „Kinu” – by nowe graficzne szaty nie stały się pod względem treści szatami cesarza. Przynajmniej przez kolejne 40 lat.

Katarzyna Wajda

Omawiane pisma: „Kino”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
Z MORALNOŚCIĄ PRZEZ ŚWIATY MOŻLIWE
PRYWATNOŚĆ NA SPRZEDAŻ
FORSA RZĄDZI WSPOMNIENIAMI

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt