Witryna Czasopism.pl

nr 28 (145)
z dnia 2 października 2005
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

GDZIE TO DZIECKO?

O, dzieckiem znowu być, znowu być… Wrócić do bezpiecznego świata, w którym za przyjaciół miało się lalki i misie, kwestię życiową z gatunku, co na siebie włożyć rozwiązywały rajstopki w żabim kolorze, a najgroźniejszą formą opresji było wpychanie do buzi łyżki z przetartą zupą. No i ten czas nieustającej zabawy. Ach, rajskie życie!

Pocieszeniem jest jednak dla mnie teoria psychologów, że każdy z nas ma w sobie dorosłego, rodzica, no i dziecko. A więc dziecko jest we mnie. Schowało się za dorosłego i rodzica, i tylko od czasu do czasu wychyla głowę. Albo… podnosi łeb. Takie wnioski można wyciągnąć z lektury październikowego numeru (10/2005) „Dialogu”.

Pod wspólnym tytułem „Dziecko w nas” zebrano w nim trzy teksty: Justyny Kowalskiej-Leder Infantylizacja kultury masowej, Pawła Ciećwierza Miasto grzechu i luster i Justyny Golińskiej Zabawa w dziwki i bandytów. Wybór redakcji zastanowił mnie, choćby dlatego, że żaden z tekstów nie odnosi się bezpośrednio do teatru, a aż dwa spośród trzech skupiają się na jednym filmie. Poza tym tylko jeden tekst wprost poświęcony jest dziecku w nas, z pozostałych trzeba wyabstrahowywać tezy. Zacznijmy zatem od tekstu Justyny Kowalskiej-Leder, jako że na nim niejako funduje się cały pomysł, by zgłębiać tematykę infantylizacji nas samych i naszych aktywności. Kowalska-Leder za materiał dowodowy bierze przejawy kultury masowej takiej jak teleturnieje telewizyjne, mające w sobie wiele z przedszkolnych popisów (szczególnie te muzyczne), parki rozrywki, w których z równą ochotą i zapamiętaniem, co dzieci zabawie oddają się dorośli, a także oczywiście centra handlowe – już nie tylko świątynie konsumpcji, ale także miejsce folgowania uciechom i dziecięcym potrzebom.

Kowalska-Leder pisze, że nastąpiło przeobrażenie kultury Zachodu. Stała się ona – i tu powołuje się na rozpoznania Margaret Mead – prefiguratywna, co oznacza, że przekazywanie wiedzy nie następuje w kierunku rodzic/dorosły – dziecko, ale przeciwnym – to dorośli uczą się od dzieci. Łatwo się z tym zgodzić, bo przecież nikt nie zaprzeczy, że wśród nowinek technologicznych rozeznanie mają raczej dzieci i to one uczą dorosłych obsługi różnego typu urządzeń. Nie powinien także szokować wniosek, że wyczerpał się autorytet wieku. Senior to nie mędrzec, a zramolały dziadek, który nie czai. Inaczej postrzega się dziś dziecko. Kowalska-Leder odwołuje się do książki Małgorzaty Szpakowskiej Chcieć i mieć, w której autorka bada przeobrażenia społeczne na przestrzeni trzech dekad. Okazuje się, że w latach 90. dziecko stanowi dla dorosłych nie tylko źródło spełnienia i satysfakcji, ale także –zagrożenia; dorośli zaczynają obawiać się nieletnich przestępców, którzy potrafią być równie okrutni i wyrafinowani w tym okrucieństwie, co oni.

Jednak szczególny nacisk Kowalska-Leder kładzie na aspekt zabawy. W chęci oddania się niej upatruje przejaw infantylizacji kultury masowej. Twierdzi, że jest ona nastawiona na zaspokajanie ludzkich potrzeb doświadczania tajemnicy, czegoś magicznego, wręcz sakralnego. I właśnie świątynie konsumpcji z ofertą pełną konkursów, zabaw, widowisk i innych atrakcji mają te potrzeby zaspokoić. A człowiek im bardziej poddawany jest racjonalizacji, tym bardziej łaknie czegoś nie obciążonego obowiązkiem i przykazaniami moralności – łaknie zabawy. Kowalska-Leder w zasadzie zbiera to, co inni badacze kultury już dostrzegli i w umiejętnie dobranych cytatach zamyka kwestię infantylizacji współczesności. Wyłania się z tego ciekawy obraz człowieka, który nie tylko tęskni do beztroski lat dziecięcych, do spontaniczności, radości, niczym nie skrępowanej ciekawości, ale jednocześnie jako homo religiosus (za Eliadem), homo ludens (za Huizingą) – uczestnicząc w zabawach, zaspokaja bardziej skomplikowane potrzeby. Jeżeliby traktować tekst Kowalskiej-Leder jako wstęp do analiz konkretnych przejawów infantylizacji kultury masowej, to chciałoby się przeczytać artykuły, w których opisuje się praktyki zaczerpnięte, ot, choćby z naszego polskiego podwórka, które ilustrują powyższe tezy. Tymczasem dwa następujące teksty są bardziej rozbudowanymi recenzjami z filmu niż tego typu artykułami. Obydwa odnoszą się do niedawno goszczącego na polskich ekranach obrazu Sin City – Miasto grzechu. Jeden z nich jest spojrzeniem mężczyzny, drugi kobiety. I ten drugi, kobiecy punkt widzenia, jest polemiką z tekstem pierwszym. Golińska nie może zrozumieć męskiej fascynacji filmem Roberta Rodrigueza, tak jak nie rozumie fascynacji i tęsknot, które jego dzieło ucieleśnia. Zdaje sobie sprawę, że to one właśnie przejawiają się kulturze współczesnej – jednak zło, przemoc, seksualizacja, brutalizacja rodzą w autorce wyraźny sprzeciw. Pisze: „W Sin City nie ma właściwie nic poza prymitywną brutalnością i dlatego tak trudno mi zrozumieć fascynację tym filmem. Prawda jednak, że jak większość kobiet nie rozumiem też męskiego zachwytu grami komputerowymi z serii strzelanek, gdzie najważniejszym osiągnięciem jest zabicie jak największej liczby bezimiennych wrogów, którzy pojawiają się znienacka zza węgła. Sin City bardzo taki schemat przypomina. (…) W końcu Sin City to takie czarne fantasy opierające się na zabawie przemocą i seksualnością.” I dziwi się, że Paweł Ciećwierz pokazuje to jako wskrzeszanie mitu rycerskiego. Wedle Ciećwierza „film Rodrigueza i Millera sięga archetypu rycerskiego questu po to, żeby go przewartościować. To męscy bohaterowie potrzebują ratunku: uczucia nadającego sens chaotycznej egzystencji w świecie przemocy. Bez względu na cenę, jaką przyjdzie za to zapłacić. Wojownicy bardziej niż księżniczki potrzebują rycerskiego mitu.”

Chociaż także nie rozumiem męskiej fascynacji strzelaniną, krwawą jatką, cynicznym podejściem do życia, to jednocześnie nie traktowałam Sin City dosłownie. Dość szybko nabrałam do przewijających się przed moimi oczyma obrazów dystansu i patrzyłam na film tak, jak stara się to robić Ciećwierz. Wolałam się doszukiwać w nim świadomej strategii artystycznej, nastawionej na rozbijanie schematów i wyśmiewanie ich, niż chorej autorskiej wizji. A nawet jeśli wizja jest chora, to jest taka, bo czas, który portretuje jest chory. Z pewnością można potępiać w czambuł film Rodrigueza i tych, którzy dopatrują się w nim arcydzieła (przynajmniej swego gatunku), można też dowodzić jego genialności i odkrywczości. Ja stawiam sobie jeszcze jedno pytanie, sprowokowana tytułem bloku, w którym znalazły się obydwie recenzje, o jakim dziecku w nas mówimy? Na razie wygląda na to, że o spotworniałym sadyście, żądnym krwi i zemsty. Ale gdzie mam tego dziecka szukać? W sobie?

Agnieszka Kozłowska

Omawiane pisma: „Dialog”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
MOJE MIASTO, A W NIM...
RZECZYWISTOŚĆ W LUSTRZE FANTASTYKI
MY, KOLABORANCI

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt