Witryna Czasopism.pl

Nr 18 (135)
z dnia 22 czerwca 2005
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

PRASA, PASSA, PRL

Fala sentymentu za PRL-em przetacza się ostatnio jak front atmosferyczny, jak zachmurzenie bardziej niż umiarkowane, jak… całkiem naturalna rzecz. Dzisiejsi mniej więcej trzydziestolatkowie jadą do Jarocina, który stylizuje się na Jarocin lat 80., uwielbiają przygody Kapitana Żbika i wczesnego Hłaskę i naprawdę bardzo się starają, by przeszłość sobie przypomnieć i nie robić prania w pralce typu „Frania”. Owi trzydziestolatkowie martwią się również o Misia Uszatka, którego ktoś świsnął z łódzkiej wystawy i w ogóle – chcą mieć własne, ojczyste muzeum PRL-u, do którego mogliby od czasu do czasu zaprowadzić siebie, bliskich oraz gości z zagranicy. Ech czasy, gdy ograniczenia były oczywiste i wróg mógł mieć twarz sąsiada, teraz zamkniętą w teczce, ech czasy, gdy rodzice mieli twarze własnych latorośli (znaczy– młode)… I jak tu się nie roztkliwić?

Lecz roztkliwienia na bok, czas na konkrety. Czerwcowy numer magazynu „Mówią Wieki” (6/2005) cofa się bowiem w czasy PRL-u za sprawą tekstu Sebastiana Ligarskiego PRL w zwierciadle ogłoszeń prasowych.


W zwierciadle

W tamtych czasach ogłoszenia były tak samo ważną formą komunikacji jak dziś. Wtedy jednak o Internecie nie słyszano, telewizja dla wielu była marzeniem ściętej głowy, za to prasa (łza w oku się kręci) liczyła się bardzo. Ligarski przypomina, że pierwsze prywatne anonse drukowano już w połowie XVIII w. w „Kurierze Polskim”, a w XIX w. prasa była najtańszą, najbardziej skuteczną formą reklamy. Po II wojnie światowej prasa stała się orężem władzy ludowej nieustannie troszczącej się o lud pracujący. Tuż po zakończeniu działań wojennych ludzie na wielką skalę rozpoczęli poszukiwania. Szukali tego, czego w sklepach nie było, poszukiwali członków rodziny, poza tym w ogłoszeniach przemycali rozmaite treści zakazane. Pomimo braku pozwolenia śledząc anonse, można było m.in. znaleźć korepetytorów albo tych, którzy próbowali zaradzić jakoś „akcji zagęszczania mieszkań”. By panować nad obowiązkowym dokwaterowywaniem, właściciele upragnionych metrów kwadratowych na własną rękę szukali współlokatorów. W tej roli najchętniej widziano lekarzy, adwokatów, młodych kawalerów odznaczających się kulturą osobistą, pomocnych (tak przy okazji) w znalezieniu pracy. Rubryka ogłoszeniowa była oknem na nowy świat.


Ogłoszenia inne

Powojenne władze mocno zachęcały do osiedlania się na terenach dopiero co przyłączonych do Polski. Zamieszczały więc wielkie ogłoszenia zachwalające tamte tereny i oferujące liczne miejsca pracy. Ciekawe jest jednak to, że najwięcej ogłoszeń dotyczyło poszukiwań gosposi. I to nie byle jakiej, lecz: „inteligentnej, uczciwej, samodzielnej, gotującej dobrze, umiejącej szyć, pisać na maszynie”. Poza tym mogła być starsza, bezdzietna lub wręcz przeciwnie. Podobno ówcześni mężczyźni w tak zmyślny sposób szukali sobie żony. Przyszłej oblubienicy z góry wyznaczano miejsce w domu oraz podstawowy zakres obowiązków, co strzegło mężczyzn przed ewentualnymi niewieścimi buntami czy też żądaniami partnerstwa, o którym już w tedy to i owo słyszano, bo powojenne kobiety zrobiły się, siłą rzeczy, dość samodzielne.

Ale do sprawy ożenku starano się także pochodzić romantycznie i naturalnie, ogłaszając wprost chęć spotkania wybranki. W jednym z przykładów takowego anonsu przyszły pan młody określa idealną kobietę jako „duchowo wartościową, z inteligentnej sfery, wagi regularnej” (proszę zwrócić uwagę na to słowo, dziś liczą tylko około 58-kilowe panny, a nie regularne!), ponadto kobieta miała być „zgrabnej budowy, niemalowana, nieutleniona, z maturą i umiejąca grać na fortepianie”. I to jeszcze nie wszystko. Podejrzenie, że takie ogłoszenia nadał szach perski, są bezpodstawne, był to najprawdopodobniej zwyczajny, szary gość z silną potrzebą dowartościowania.

Wracając do poszukiwań – jeśli ktoś szukał dla siebie dziecka, też mógł je tą drogą znaleźć. Powojenne sieroty chętnie oddawano w dobre ręce, jeśli daleka rodzina nie mogła lub nie miała ochoty ich wychowywać.


Niby konkurencja

Pojawienie się telewizji pociągnęło za sobą wzrost liczby prasowych ofert usług w zakresie napraw i montażu tejże. Nowe budownictwo zaś, wiadomo – zwiększyło zapotrzebowanie na usługi remontowe, potem w ogłoszeniach pojawiły się oferty kupna i sprzedaży samochodów, teraz mamy w nich komputery i media. Co do pojazdów, to początkowo handlowano ciężarowymi, a dopiero z biegiem czasu w ogłoszeniach zagościły samochody osobowe, wpierw niepolskie, potem nasze – syreny, warszawy. Rynek motoryzacyjny rozwijał się prężenie, również w sektorze usług, tak że dziś zdarzają się gazety wyłącznie z motoogłoszeniami, strasznie nudne, w PRL-u zupełnie niemożliwe.

Poza tym ogłoszenia uświadamiają, że nade wszystko było w cenie to, co niepolskie, i to nie tylko samochody, ale również „amerykański tiul, dżinsy Lee, kwiaty z Holandii”. Jasne, że to nie podobało się władzom, wiele ogłoszeń zdejmowano. Zagraniczna włóczka mogła bowiem stawiać w złym świetle rodzimą, a ogłoszenie o skupie takiej włóczki było objawem kosmopolityzmu. A fe! Źle patrzono też na propozycje wymian, np. cztery wyjścia darmowe do kina, poza kolejką, za pokój w śródmieściu. Ładne, prawda? I niebezpieczne. Dziś też bym odradzała wchodzenie w taki interes.


Passa prasy

Ówcześni Polacy poszukiwali bliskich, nowego sposobu na życie, próbowali radzić sobie z licznymi ograniczeniami. W sposób całkiem naturalny pojawili się więc w prasie wróżowie i jasnowidze (częściej mężczyźni niż wróżki i czarownice). Przepowiadacze przyszłości mieli podobne do dzisiejszych słowa zachęty, za to – o wiele bardziej malownicze imiona (lub nazwiska). Był np. Pari-banu czy Vapuro, poza tym w ogłoszeniu zamieszczali wizerunek w turbanie. Urzędnikom turbany się nie podobały, więc tego typu ogłoszenia znikły, lub raczej zostały zakamuflowane. Tymczasem inni reklamodawcy długo ogłaszali się w przedwojennym, czyli wierszykowym stylu, ale to także się nie podobało władzy i było uznawane za démodé. Na topie zaś były ogłoszenia o imieninach szefa albo inne urzędnicze konkrety. Nie za długie zresztą, bo w owych czasach brakowało papieru na gazety, objętość dzienników nie była imponująca, a rubryki ogłoszeniowe nie panoszyły się w miejscach widocznych. Za to w ogłoszeniach nie było miejsca na socjalistyczną nowomowę, no i można było czytać je między wierszami, co ćwiczono zawczasu na prasie okupacyjnej.

PRL-owskie ogłoszenia to także mniej poważne sprawy: notatki o odwołanej obeldze rzuconej niebacznie w Lubaniu, o skradzionej karcie fryzjerskiej, skradzionych bonach na kartofle, ot, samo życie. Stąd i sentyment, który ma dobrą passę i nie jest passé.

Miłka O. Malzahn

Omawiane pisma: „Mówią Wieki”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
POCHWAŁA ART TRAVELLINGU
OD GNOZY DO ŚREDNIOWIECZNEGO SEKSU
MOJE MIASTO, A W NIM...

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt