Witryna Czasopism.pl

Nr 15 (132)
z dnia 22 maja 2005
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

W PODRÓŻY

Po majowy (5/2005) numer „Odry” sięgnęłam przede wszystkim ze względu na Alaina Robbe-Grilleta. Prawie nie znam twórczości tego pisarza, a jednak na dźwięk jego nazwiska strzygę uchem – wciąż mam w pamięci nasz przelotny romans sprzed kilku lat. W trakcie studiów wpadła mi w ręce jego Żaluzja, nie poprzedzam tytułu słowem powieść, bo chyba raczej trzeba by napisać anty-powieść; Robbe-Grillet to główny twórca tzw. nowej powieści (nouveau roman), nurtu, który kontestował tradycyjną prozę i m.in. jej przywiązanie do bohatera. W książkach francuskiego prozaika trudno by się go doszukiwać, chociaż sporne mogą być sądy, że rzeczywiście udało mu się go z materii powieściowej wyeliminować całkowicie. Czytając Żaluzję, starałam się go złapać za rękę (i bohatera, i Robbe-Grilleta); próby te miały posmak przygody, świat przedstawiany w książce jawił się jako miejsce naznaczone tajemnicą, w którym zderzają się ulotne siły. A wszystko właśnie za sprawą owego bohatera, którego nie było. Jego istnienia można się było jedynie domyślać – po odchylonym listku żaluzji czy zostawionej szklance z niedopitą wodą. Wpisaną w powieść grę świetnie oddaje tytuł: po francusku jaolusie to zarówno żaluzja, jak i zazdrość.

Potem przeczytałam książkę Podglądacz. I tym razem dałam się wciągnąć w świat wykreowany przez Robbe-Grilleta. Znów tajemnica, nawracanie wątków, trudność w pochwyceniu prawdy, a jednak dochodzenie jej, kolejna czytelnicza przygoda. I oto dziś leży przede mną „Odra” częściowo poświęcona temu pisarzowi. Z pewnością jednym z powodów, dla których Robbe-Grillet został w piśmie przywołany, jest fakt przyjęcia pisarza do Akademii Francuskiej, o czym pisze w Zagranicznych sygnałach literackich Urszula Kozioł. Autorka noty podkreśla, że Robbe-Grillet nie przestał zaskakiwać i wciąż zasługuje na miano awangardzisty – co prawda wchodzi do szacownej instytucji, ale zrzuca obligatoryjną togę, potwierdzając w ten sposób swoją niezależność. Prócz krótkiej notatki o pisarzu mamy także w „Odrze” w dziale dossier kalendarium życia i twórczości, wyimki z wywiadów, a także coś, co może przypominać credo, chociaż są to raczej deklaracje oscylujące wokół: kocham – nie kocham, lubię – nie lubię. Kilka z nich pozwolę sobie zacytować:


Kocham życie. Nie kocham śmierci.

Jednakże kocham zwłaszcza to, co nieruchome. (Kocham koty, nie kocham psów)

[…]

Lubię to, co małe. Kocham ulice Nowego Jorku i rozległy pejzaż zachodniej Ameryki. Nie lubię wielkich słów.


Jest też i kawałek prozy. Cykl inicjacyjny być może nie jest reprezentatywnym fragmentem pisarstwa Robbe-Grilleta, ale i tak może sprawić przyjemność w lekturze.

Z przywołanych fragmentów wywiadu dowiaduję się, że pierwotnie książka Le Voyeur (Podglądacz) miała nosić tytuł Le Voyageur (Podróżnik) – ta jedna ujęta sylaba zaczyna mi towarzyszyć podczas czytania innych tekstów majowej „Odry”. Oczywiście, nie w każdym tekście doszukuję się napięcia między podróżującym a podglądającym, ale w kilku to balansowanie jest wyraźne.

Jan Topolski np. opowiada o filmach, będących przechadzką po świecie (Do kina na spacer), i uważnym przyglądaniu się temu, co w trakcie takiego spaceru się spotka: „Powstają […] ostatnimi laty filmy, w których reżyser zabiera widza na wspólny spacer, bez ustalonego celu i trasy. Ot tak, po prostu, powoli przed siebie, co jakiś czas przystając ze zdziwieniem lub zachwytem koło jakiegoś zjawiska, które odsłania wtedy swoją wyjątkowość”. Przykłady, które podaje Topolski, to jego subiektywny wybór, dyktowany potrzebą oglądania obrazów rozbudzających wyobraźnię i wrażliwość. Część z tych filmów oglądałam i zgadzam się z autorem, że są jak oddech świeżego powietrza, które wdychamy, spacerując. Taki jest np. W poniedziałek rano Otara Iosellianiego, w którym bohater bez specjalnego powodu wyrusza w świat i zaczyna mu się przyglądać. „No właśnie, bowiem prawdziwy kontakt – pokazuje Ioselliani – zachodzi poprzez wspólne oglądanie pewnych zdarzeń. Poprzez wspólny spacer”.

W eseju Krzysztofa Myszkowskiego Ja, Molloy. Ja, Moran poświęconemu utworowi Samuella Becketta Molloy czytamy o podróży, która stała się udziałem Molloya i Morana, podróży nierealnej, bo nie jesteśmy nawet pewni istnienia bohaterów, być może jeden z nich to postać zrodzona w wyobraźni drugiego. Myszkowski stawia pytania o tożsamość bohaterów, ale jednocześnie – o tożsamość Becketta. W pewnym miejscu pisze: „Kim w taki razie jest Jakub Moran, skoro ma w głowie bohaterów Samuela Becketta i ich zawiłe historie? Czy po ataku bólu nie staje się alter ego autora, jego sobowtórem, czy nawet nim samym – autorem Murphy’ego, Merciera i Camiera, Watta, nowel pierwszej części Molloya, a na końcu staje się alter ego Molloya albo nawet samym Molloyem?” Przyglądając się podróży bohaterów Becketta, Myszkowski zastanawia się nad tym, z czego wyrasta twórczość pisarza. W pewnym miejscu dochodzi do wniosku, że „[…] Beckett szuka Boga, szuka jakiegoś z Nim kontaktu, a cała jego twórczość jest dla mnie (dla Krzysztofa Mieszkowskiego – A.K.) świadectwem poszukiwania – metafizycznym dążeniem i dociekaniem, zbliżaniem się bądź oddalaniem do (od) tajemnicy”.

„Odra” zamieszcza także wywiad z Philippe’em Bessonem (Świadek ceremonii żałobnej) i fragment jego prozy Niepewne dni. W wywiadzie pisarz mówi m.in. o swojej fascynacji tematem odchodzenia, umierania osób bliskich i wpływu takich zdarzeń na relacje międzyludzkie, o ich dobroczynnym, nierzadko, wymiarze. W opowiadaniu Bessona również znajduję zdanie o podróży:

„W naszej rodzinie mężczyźni nie zostają.

Naprawdę w gruncie rzeczy nigdy nie robili nic innego, tylko znikali, odchodzili w siną dal, uwalniając się od nas, kobiet, skazanych na to, by tkwić w miejscu, związanych z ziemią. Wielokrotnie zadawałam sobie pytanie, skąd się u nich wziął ów pociąg do innego nieba, skoro wygląda ono wszędzie tak samo”.

Majowa „Odra” uświadamia mi, że w podróży niekoniecznie chodzi o niebo, ale jeśli już, to mam nadzieję, że jednak będzie ono wyglądać inaczej.

Agnieszka Kozłowska

Omawiane pisma: „Odra”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
JEŚLI NIE MONOGAMIA, TO CO?
KINO RACZEJ NIEOBJAZDOWE
felieton__ĆWICZENIÓWKA Z WYGNANIA

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt