Witryna Czasopism.pl

nr 3 (253)
z dnia 5 lutego 2010
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | teraz o... | autorzy | archiwum

CZASOPISMO TEATRALNE JAKO ŹRÓDŁO CIERPIEŃ. DYGRESJA

Początek aktualnego sezonu teatralnego i festiwalowego (tak nieszczęśliwego dla „Notatnika Teatralnego”) dane mi było śledzić z pewnego oddalenia, a mianowicie – z bogatej w sady, a ubogiej w teatry miejscowości Varik. Gdzie to jest? Ano w Holandii, dokąd udaliśmy się wraz z kolegami na obóz kondycyjny dla inteligencji, czyli – mówiąc wprost i bez ogródek – po to, żeby zawodowo i namiętnie rwać jabłka, i zarabiać w tydzień tyle, co redaktor naczelny czasopisma kulturalnego w miesiąc albo i dwa. Tak się bowiem złożyło, że połowa naszej czteroosobowej ekipy, czyli, policzmy, dokładnie dwóch zbieraczy, pełniła i do dziś pełni zaszczytną funkcję redaktora naczelnego takiego właśnie czasopisma (oprócz mnie – reprezentanta internetowej „kulturyenter” – Miłosz Zieliński, szef lubelskiego informatora kulturalnego „ZOOM”). Postawieni w tak nowej, że tak powiem, odmiennej i kuszącej poznawczo sytuacji, przemierzając oceany czasu jedenastogodzinnego dnia pracy, w której proces decyzyjny ograniczał się do wyboru zera lub jedynki (dojrzałe bądź niedojrzałe jabłko – happy apple/not happy apple) – badaliśmy konteksty i skojarzenia. Nie wiem jak Miłosz, ja wsłuchałem się w zew archetypiczny. Wychodziło mi na to, że przecież pochodzimy z gatunku zbieraczy, jeszcze parę lat temu tak się zdobywało pożywienie. Od tego spostrzeżenia dzielił już tylko krok do performatywnej zabawy w małpę… Miewaliśmy także obserwacje językowe. Skupiona wokół wspólnego celu międzynarodówka bośniacko-turecko-holendersko-polska w zadziwiająco szybkim czasie wypracowała wspólny uniwersalny język, ufundowany na podstawie skrajnie uproszczonej angielszczyzny, a złożony z kilku, najwyżej kilkunastu bezpośrednio istotnych spostrzeżeń. Pada deszcz (kisza, rejen), świeci słońce, gud łeder, przerwa (brejk), kofi albo tei, szybko, zbierać (kajken), cygareten, frend, arkadasz, przyjaciel – i już zadzierzgnięty został dyskurs, dobrotliwie i holistycznie zapewniający wszystkim poczucie komunikacyjnego bezpieczeństwa. Namiastkę sztuki, ów luksusowy, bo zbędny naddatek komunikacji zapewniał Giani (czyli Dżiani), Bośniak od czasu wojny mieszkający w Holandii, ex-nauczyciel z podstawówki, który poza bośniackim nie znał żadnego języka, a przeto – znał je wszystkie doskonale. W jego radosnych solowych numerach prezentowanych na przerwach kawowych pojawiały się rozmaite postaci ze świata kultury popularnej, hollywoodzkie VIP-y, klasyczni herosi – jak Rambo, Majkel Dżekson bądź Marlon Brando, dowolnie podstawiani pod przygodnych widzów tego przygodnego performensu. „Professor, ambasador” – mruczał Dżiani, robiąc poważną minę, gładząc pod szyją wyimaginowany krawat, i już wibrowały znaczenia, pod dźwiękami mowy pojawiał się świat. Myślałem wtedy o korekcie zbędnych naddatków, o meandrach pojęć złożonych. Materiału do przemyśleń nie brakowało. Wieczorami podśmiewaliśmy się przy internecie, trwały akurat lubelskie Konfrontacje, i jeden lokalny krytyk dawał po twarzy dyrektorowi festiwalu i reżyserowi w jednej osobie (w języku, oczywiście, wszystko w języku), a potem inny krytyk, stołeczny i ogólnopolski, oddawał cios lokalnemu krytykowi. Wyobraziłem sobie wtedy, jak wyglądałby świat sztuki, który by nie chorował z semantycznego nadmiaru. Gdzie spektakle byłyby happy albo nie-happy, dojrzałe lub niedojrzałe, i tak dalej. Ileż problemów by wtedy zniknęło z naszego, że tak powiem, horyzontu poznawczego. Reżyser bądź szef festiwalu nie musiałby wtedy odpowiadać krytykowi sążnistymi elaboratami na trzy kolumny, wtedy by wystarczyło, cytując ex-wicepremiera, dać mu w papę. Nie w języku bynajmniej. I do takiego stanu właśnie podążamy. Nie ma podstaw do niepokoju. Podlegamy po prostu prawom naturalnego ciążenia (w dół). Stwierdziłem jego istnienie w momencie, w którym zdobywszy samozwańczo ostrogi krytyka teatralnego, po okresie bycia młodym gniewnym, zapragnąłem dobić do życiodajnych brzegów „krytyki rozumiejącej”. Czyli, zamiast walić na oślep i na odlew, starać się pisać bardziej za niż przeciw, bardziej hermeneutycznie niż postulatywnie. I co? Natychmiast spadło zainteresowanie i czytelnictwo pewnie też. Piszmy więc ostro, krótko, na temat, na ćwierć kolumny, a najlepiej – zamiast zbędnego czernienia papieru analizami i opiami spektakli – przyznawajmy po prostu gwiazdki. W tygodnikach. Będzie weselej. No i czasu jakby więcej na zarabianie prawdziwych pieniędzy.


W przededniu ogłoszenia wyników kolejnego konkursu ministerialnego, wasz –

Grzegorz Kondrasiuk

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
felieton__CZUCIOWCY NA START
„POBOCZA” W UPALE
PRZYJEMNOŚĆ - PRACA - WALKA

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt