Witryna Czasopism.pl

nr 24 (250)
z dnia 20 grudnia 2009
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

SKORZYSTAĆ Z PRAWA DO ŁOBUZERKI

Tegoroczne święta Bożego Narodzenia spędzam daleko od domu. Nie będzie opłatka, uszek pływających w barszczu ani karpia w galarecie. Zamiast tego – bagietka, smażone sardynki i lampka wina. Życzenia składane przez telefon i lokalne kolędy wysłuchiwane na jednym z placów w centrum miasta. Klimat pozornie wydaje się mało bożonarodzeniowy, ale krajobraz przypomina ten betlejemski. Wokół góry i pagórki, spalone słońcem pustkowia, z pojedynczymi drzewami palmowymi i szarymi kępkami traw. Wyobrażam sobie, że tak mogłaby wyglądać sceneria narodzin Jezusa. Osiołek, sapiąc, pokonywałby wąską, krętą ścieżkę między wzgórzami, którą teraz samochody terenowe wożą w ustronne miejsca zakochanych pragnących odosobnienia. O zachodzie słońca z grzbietu osiołka zsiadłaby ciężarna Maria, a Józef wybrałby jedną z opuszczonych przez pasterzy grot i urządziłby w niej posłanie dla swojej rodziny. Najpewniej tę, która ma dziś niebieskie drewniane drzwi – wydaje się najbardziej przytulna. Osiołek tymczasem zająłby się skubaniem skąpych traw rosnących przy ścieżce. Nowo narodzony zapadłby w swój pierwszy sen, patrząc z góry na szumiący w oddali, spokojny i błękitny ocean. Pasterze schodzący na noc do wsi dziwiliby się, co to za dziwne światło bije z dawno opuszczonej groty. Pobiegliby w tamtą stronę, a owce i krowy o brunatnej sierści pognałyby za nimi.

Jezus, według tradycyjnego przekazu, przychodzi na świat w najwyższym zespoleniu z naturą: na sianie, w grocie lub w lepiance, w obecności zwierząt. Ludzie (prócz Marii i Józefa) nie towarzyszą mu w tej intymnej sytuacji; pasterze i królowie tylko przychodzą z wizytą. Jako dziecko nie mogłam pojąć, dlaczego narodziny w żłobku nazywa się upodleniem. Scena w stajence wydawała mi się spokojna, naturalna i pełna ciepła.


Przyroda uczy

Dziś znów zastanawiam się nad historią narodzin Jezusa i po raz kolejny nachodzi mnie ta sama refleksja. Być może Bóg narodził się w stajni, bo pragnął ciepła i spokoju, chciał przyjść nie tylko do ludzi, ale i do zwierząt? Czy myślenie o bytowaniu ze zwierzętami w kategorii upokorzenia nie jest samolubne i ignoranckie (a na pewno mało ekologiczne)? Mam wrażenie, że myśli redaktorów „Rymsa” (nr 7/2009) biegły po tych samych torach, bo cały numer poświęcono naturze i jej roli w wychowywaniu najmłodszych. Artykuł Hanny Diduszko Natura i wartości (parę uwag o wychowaniu) to pean na cześć przyrody i jej walorów edukacyjnych. Autorka wzywa rodziców, by nie pozbawiali swoich pociech przyjemności, jaka płynie z obcowania z otoczeniem, z dotykania trawy, kamieni, piasku i wody. Broni dziecięcego prawa do obserwowania żuka na polnej drodze i do kąpieli w jeziorze (którego to prawa często się najmłodszych pozbawia, wymawiając się względami higieny). Diduszko przytacza przykłady bohaterów literackich uwielbianych od pokoleń, takich jak Rasmus czy Pippi Pończoszanka z powieści Astrid Lindgren, żyjących w ścisłym zespoleniu z naturą.

Eliza Piotrowska w tekście Wszechświat w kałuży, o radości istnienia dalej drąży temat pogodnej symbiozy małego człowieka z przyrodą. Tłumaczy, dlaczego niektóre opisy przyrody potrafią uśpić czytelnika (to te, które „ścielą się w tle niczym rodzaj barwnej atrapy”), podczas gdy inne wzbogacają akcję i pomagają nam zrozumieć prawidła rządzące światem. Lektura Doliny Muminków w listopadzie Tove Jansson pozwoliła autorce tekstu pojąć, że coroczne odejście Włóczykija przed zimą to wcale nie samolubne opuszczenie przyjaciół, musi ono nastąpić tak samo, jak jesień następuje po lecie. Piotrowska zrozumiała, że „Włóczykij i Jesień to byli równouprawnieni, dopełniający się bohaterowie, którzy zapowiadali duchowy stan odwrotu, stan wycofania i koniecznego odosobnienia”. To świeże i głębokie spojrzenie na motyw czasu i przyrody w dziecięcej prozie i poezji.


Brudne świnie w ciasnym chlewiku

W tekście zatytułowanym Czy rzeczywiście świnia jest brudna, lis chytry, a baran ma zakuty łeb? Dorota Sumińska zwraca uwagę, iż my – ludzie – mamy brzydką skłonność do traktowania zwierząt po macoszemu. Autorka jest lekarzem weterynarii i pisarką prowadzącą w mediach publicznych autorskie programy poświęcone czworonogom. W swoim artykule udowadnia, że zupełnie niesłusznie przypisujemy niektórym zwierzętom negatywne cechy, takie jak brud czy chytrość. Bo czy świnia byłaby brudna, gdyby ludzie nie trzymali jej w ciasnym chlewiku? Zawstydzająca jest myśl, że zła kondycja świni nie jest jej winą, ale naszą. Z dalszej lektury możemy się dowiedzieć ciekawostek choćby o padalcu i nietoperzu, które podobnie jak świnia popadły u ludzi w niełaskę.

W najnowszym „Rymsie” znalazło się sporo tekstów o zwierzętach, odnoszących się jednak do tematu w nieszablonowy sposób. W Sensie zwierzęcych postaci według Lwa Wygotskiego Małgorzata Cackowska tłumaczy, dlaczego czasami zwierzęta są wdzięczniejszymi bohaterami opowieści niż ludzie. Cackowska z pedagogicznym zacięciem rozwija teorię rosyjskiego psychologa Wygotskiego, według której dla realizacji celu bajki niezbędny jest zwierzęcy bohater: nie angażuje on emocjonalnie tak silnie, jak bohater ludzki, przez co uwaga czytelnika skupia się na sensie bajki, a nie na odczuwanych emocjach. Treść tego eseju czy raczej przyczynku do wykładu może się odnosić nie tylko do literatury dziecięcej, ale i do dorosłej prozy, a nawet filmu.


Homo-pingwiny

Zdziwiło mnie pojawienie się w „Rymsie” dwóch recenzji tej samej książki. Chodzi o wydane w Polsce we wrześniu tego roku kontrowersyjne opowiadanie Z Tango jest nas troje Petera Parnella i Justina Richardsona, dlatego mam podstawy przypuszczać, że publikacja dwóch recenzji nie jest dziełem przypadku. Pierwsza z nich – pióra Romana Kurkiewicza, pt. Owińmy się szyjami – jest tak pozytywna, jakby pisał ją sam Parnell albo Richardson. Kurkiewicz rozpływa się w „achach” i „ochach” na temat książeczki, twierdzi, że jej pojawienie się na polskim rynku jest zapowiedzią wielkich zmian. Ta „literatura faktu”, jak Kurkiewicz nazywa bajkę, tak go zachwyca, że napisawszy zaledwie dwie niepełne kolumny, biegnie czytać ją swojej córce. Może potem wnuczce – dodaje.

Autorką drugiej, obszerniejszej i bardziej obiektywnej recenzji jest Monika Graban-Pomirska (Taniec z gwiazdami). Oprócz zalet opowieści, takich jak bezpretensjonalność, ciepło i uczenie tolerancji nie wprost, mówi również o słabych stronach. Chociaż zatem Z Tango jest nas troje jest książką z pomysłem, to słabą warsztatowo, napisaną językiem, któremu daleko do literatury pięknej. Skąd taka rozbieżność zdań? Skąd tak obszerny dyskurs na temat książki dla najmłodszych? Stąd, że opowiada ona historię pary homoseksualnych pingwinów, które wychowują pisklę. Historia ta wydarzyła się naprawdę. Chciałabym, aby takie książeczki pojawiały się w księgarniach i były po prostu czytane, bez tworzenia wokół nich szumu medialnego. Bez tłumaczenia, że trzeba czytać, i że ten, kto tego nie robi, tkwi jedną nogą w Ciemnogrodzie.

Tomek Korycik stworzył tekst, który najbardziej przypadł mi do gustu w „Rymsie”: napisany iskrzącym, żywym, radosnym językiem, a opowiada on o… rozrabianiu. I to wcale nie z perspektywy rodzica zmartwionego niesfornością dziecka. W artykule Prawo do łobuzerki. Natura kontra cywilizacja Korycik z niepokojem zauważa, że dzieci coraz mniej rozrabiają. Coraz rzadziej pędzą na plac, łąkę albo nad staw z własnej roboty wędką czy procą. Tym rzadziej, że łąki i place, na których bawiło się pokolenie nasze i naszych rodziców, zostały wchłonięte przez miasto i zamienione w obiekty użyteczności publicznej. Korycik nie pisze z pretensją, nie w charakterze apelu, ale z nostalgią kogoś, kto sam chętnie by jeszcze z procy postrzelał. Jest to cenny głos w dyskusji o urbanizacji i technicyzacji, cenny – bo jeden z niewielu krytycznych.

Czytając „Rymsa”, zupełnie zapomniałam, że jako osoba bezdzietna nie mieszczę się w grupie docelowej wydawcy. „Ryms” jest modny, bo ekologiczny. Wszystko wokół nas staje się ostatnio ekologiczne. Budynki ogrzewane ciepłem ziemi, autobus napędzany biopaliwem, bio-żywność i ubrania. Niech teraz i wychowanie będzie ekologiczne – podpowiada „Ryms”. Słusznie.

Jest jednak druga strona czasopisma, która nie zachwyca: łopatologicznie indoktrynująca, dająca o sobie znać w omówieniu (bo na pewno nie w krytyce!) Romana Kurkiewicza. Ta połowa „Rymsa” się nie uśmiecha, stoi na baczność i pokazuje palcem, co jest dobre, a co złe. Na szczęście, podobnej indoktrynacji w „Rymsie” jest niewiele, więc cały numer bez obaw mogę polecić i „dzietnym”, i bezdzietnym czytelnikom bajek.

Anna Ryguła

Omawiane czasopismo: „Ryms” nr 7/2009.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
NIECODZIENNIK SATYRYCZNY
NATURA WYNATURZEŃ
NUDZI MI SIĘ, DIABLE...

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt