Witryna Czasopism.pl

Nr 2 (119)
z dnia 12 stycznia 2005
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

W FILMOWYM CHRUŚNIAKU

Jakkolwiek do wszelkich rankingów staram się podchodzić z dużym dystansem, to jednak interesuje mnie, co czytają czy oglądają inni, choćby z tego względu, że mogę w ten sposób skonfrontować z ich zdaniem swoją opinię. Od dawna słyszałam o olbrzymiej popularności Kodu Leonarda da Vinci Dana Browna, więc postanowiłam na własnej skórze przekonać się, na czym polega fenomen tej powieści. I muszę przyznać, że jako doskonały przykład tego, co na swój własny użytek nazywam lekturą do kawy, czyli dobrze napisana historia z wartką akcją i ciekawymi charakterami, mnie nie rozczarowała. Dziwi mnie natomiast zdanie, jakoby wielu ludzi po przeczytaniu tej książki straciło wiarę, bo w końcu to tylko fikcja, choć, jak widać, bardzo sugestywna. Popularność książki Browna dowodzi też żywotności gatunku powieści kryminalnej – nic tak nie zaostrza apetytu czytelnika, jak efektowna i tajemnicza śmierć w pierwszym rozdziale… Minęły już czasy, gdy czytanie kryminałów uchodziło za coś wstydliwego, słabość niegodną prawdziwego intelektualisty. Dlaczego ludzie lubią takie historie – z zagadkową zbrodnią, śledztwem, detektywem amatorem czy zawodowcem? Badacze twierdzą, że to z powodu naszej tęsknoty za ładem, logicznym – i sprawiedliwym – światem, w którym zło zostaje wykryte i ukarane, a na końcu tryumfuje prawda. Lubimy, gdy rzeczywistość, której harmonię zakłóciła zbrodnia, wraca do równowagi, bo to przywraca nam wiarę w jej racjonalność.

To, iż światem kryminału rządzi ratio, od lat było zasadą gatunku, czego dowodem chociażby słynny dekalog, jaki w latach 20. Ronald Knox opracował dla autorów powieści detektywistycznych – jedno z jego „przykazań” mówiło, iż udział sił nadprzyrodzonych jest wykluczony, a nawet pojawianie się bliźniaków czy sobowtórów nie jest wskazane, chyba że czytelnik jest na to odpowiednio przygotowany. Zasadą było też, iż przestępcą nie może być detektyw ani postać, której myśli czytelnik mógłby śledzić od początku akcji. Królowa kryminału, Agatha Christie, złamała tę zasadę, za co została ukarana wyrzuceniem (nie na długo) z klubu autorów powieści kryminalnych. Efektem tego nieposłuszeństwa jest jeden z najlepszych utworów gatunku: Zabójstwo Rogera Ackroyda, powieść, w której narrację prowadzi morderca (podobny chwyt autorka zastosowała jeszcze raz, w Nocy i ciemności, ale już z gorszym skutkiem).

O tym, że kwestia wiarygodności narratora – w każdym typie powieści, a kryminalnej w szczególności – jest sprawą kluczową, pisze Jacek Ostaszewski zaraz na wstępie swojego tekstu „Podejrzani” Bryana Singera. Przypadek kłamstwa narracyjnego. Esej – a właściwie wnikliwa analiza – Ostaszewskiego został zamieszczony w najnowszym, 46. numerze „Kwartalnika Filmowego”, którego hasłem przewodnim są Filmowe labirynty narracji. W numerze znajdziemy zarówno teksty monograficzne, poświęcone twórczości reżyserów unikających opowiadania prostych historii, jak Andrzej Żuławski (Piotr Kletowski: Najważniejsze to kochać. O filmowej twórczości Andrzeja Żuławskiego), David Lynch (Kinga Jelińska: Poetyka nieciągłości i otwartości w filmach Davida Lyncha) czy François Ozon (Marta Bartkowska: Podróże do kresu możliwości czyli o transgresji w metafilmowym dyskursie Fraçois Ozona), jak i analizy konkretnych filmów, które łączy odwoływanie się do struktury labiryntu. Do analizowanych obrazów należą: Złe wychowanie (Joanna Bardzińska i Eduardo R. Merchan: „Złe wychowanie” Pedro Almodóvara. Zagubiony we własnym labiryncie), Lśnienie (Katarzyna Olszewska: Toposy lęku i inicjacji) czy Kontrakt rysownika (Magdalena Strojna: Dekonstrukcja „Kontraktu rysownika”. Ramowanie ramy).

Szczególnie jednak – i to z wielu powodów – zainteresował mnie tekst Ostaszewskiego, m.in. dlatego, że uwielbiam Podejrzanych, którzy, nie wiem czemu, umknęli mi w kinie i których po raz pierwszy zobaczyłam w telewizji, na dodatek komercyjnej. Pamiętam, że postanowiłam poczekać do pierwszej reklamy – założyłam, że jak do tego czasu film mnie zainteresuje, to obejrzę go do końca. No i obejrzałam, wpatrzona hipnotycznie w ekran, niezdolna odejść, a na dodatek – o czym przekonuje mnie lektura tekstu – dająca się wodzić autorom filmu za nos. Ale czy temu doskonale skonstruowanemu kłamstwu narracyjnemu można się oprzeć? I po co? Ostaszewski w swojej analizie odwołuje się do koncepcji Umberto Eco i Davida Bordwella, którzy wyróżniają dwa typy widza: ufnego, który bezkrytycznie daje się ponieść narracji, skłonnego przymykać oko na pewne niekonsekwencje i wątpliwości oraz sceptycznego, zdystansowanego, który uwzględnia ambiwalencję wskazówek przy tworzeniu własnych hipotez. Ja, muszę przyznać, przy czytaniu i oglądaniu kryminałów, wykazuję się dużą dozą ufności, mając nadzieję na pełne zaskoczenie w finale. I Podejrzani pod tym względem absolutnie mnie nie rozczarowali – scena, w której Verbal grany przez Kevina Spacey’a wysuwa spod rękawa sprawną dłoń, ujawniając tym samym podwójną grę (i zdradzając swoje aktorskie mistrzostwo potwierdzone Oscarem), to coś fantastycznego. Nie mam więc powodów, by złościć się, że twórcy filmu wpuścili mnie w maliny. Ktoś bardzo trafnie porównał ten film do deblowej partii tenisa, w której po jednej stronie siatki jest Verbal i reżyser, a po drugiej widz i detektyw Kujan. Tekst Jacka Ostaszewskiego bardzo dokładnie pokazuje przebieg tego meczu, przewrotne wykorzystywanie konwencji filmu kryminalnego i noir, przyzwyczajeń widza, manipulację perspektywami narracyjnymi i dekonstrukcję konwencjonalności retrospekcji. W efekcie zastosowanych rozwiązań labirynt pytań i odpowiedzi, który w tradycyjnym kryminale powinien doprowadzić do ładu i prawdy – wiedzie donikąd. Nic nie jest w filmie pewne – taki wniosek mógłby być niepokojący, ale przecież jesteśmy w świecie fikcji, gdzie wszystko jest możliwe, a zwycięstwo Verbala, który potrafi ad hoc wymyślać i snuć wiarygodną opowieść, dowodzi żywotności sztuki opartej na narracji. Jako widz nie mam nic przeciwko błądzeniu w takim labiryncie. I takim chruśniakom.

Katarzyna Wajda

Omawiane pisma: „Kwartalnik Filmowy”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
CZEKANIE NA SPONSORA
STEFAN CHWIN NIE CHCE BYĆ BITY, CZYLI SPÓR O POLSKĄ KULTURĘ
WALLENROD Z KOMPLEKSAMI

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt