Witryna Czasopism.pl

nr 22 (200)
z dnia 20 listopada 2007
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | teraz o… | autorzy | archiwum

PRZYJEMNOŚĆ - PRACA - WALKA

Idea czasopisma artystycznego krążyła po naszych głowach już od dobrych kilku lat przed ukazaniem się pierwszego numeru. Nieprzypadkowo. Nasza trójka funkcjonowała na pograniczu kultury, sztuki i nauki: Adam Świć – filolog, poeta, animator kultury; Przemysław Krupski – plastyk, rysownik, grafik; ja – historyk, publicysta, edytor z przypadku. Często spotykaliśmy się i roili projekty wydawnictwa łączącego w sobie nasze zainteresowania, a jednocześnie wypełniającego lukę tego typu tytułów na mapie środkowego wschodu Polski. Plany dalekie jednak były od realizacji z dwóch głównych powodów. Po pierwsze, nie mieliśmy czasu. Każdy zajęty był własną pracą, utrzymywaniem młodych stażem rodzin, pogonią za chlebem, by wytrwać w nurcie pozwalającym na „normalne” życie. Po drugie, nie było „ciśnienia”, owego bezpośredniego impulsu, który przestawiłby nas z bocznicy planów na tory działania bezpośredniego. Skupieni byliśmy bowiem wokół bardzo prężnie działającego wówczas Radzyńskiego Ośrodka Kultury, który był także wydawcą miesięcznika społeczno-kulturalnego. Tam też dawaliśmy ujście naszym bieżącym zapędom twórczym. W tym okresie udało się znacznie przechylić społeczno-kulturalny charakter tego pisma w kierunku kultury, zapalając jedynie ogarek samorządowi płacącemu rachunki – w postaci zwyczajowej kartki z informacjami o poczynaniach burmistrza i rady miejskiej. Dodatkowo – i to był największy sukces – udało się zgromadzić wokół redakcji grono twórców, które z czasem przerodziło się w coś, co można by nazwać środowiskiem: szeroką grupę autorów i przyjaciół w jednym. Trwało to dzięki zrozumieniu ze strony właściciela tytułu (i chwała tym ludziom; nie przeszkadzać jest dziś bardzo poszukiwaną cnotą!) od 1998 do 2002 roku. Czyli do wyborów samorządowych. A potem kolejnych. Dość powiedzieć, że w 2006 roku przestał istnieć drugi z powodów, który powstrzymywał nas przed zrobieniem tego zdecydowanego kroku na drodze do stworzenia własnego czasopisma. I chociaż czasy wzmożonej walki o byt wyraźnie rozszerzyły powód pierwszy, Opatrzność nie pozwoliła już odłożyć naszej idei ad acta. Oto do swej prowincjonalnej kolebki powrócił ze stolicy jeszcze jeden marnotrawny syn Polski B – Mariusz Bober – pedagog, dziennikarz, literat, we wszystkim naturszczyk. A jako że nie miał akurat nic do roboty, zaproponowałem mu selekcję prac, które znajomi, przyjaciele, przedstawiciele owego – wspomnianego już – środowiska przesłali nam z radością na wieść o realizacji pomysłu, który znali i który w jakiś sposób korespondował z ich własnymi pragnieniami. Właśnie ten masowy, spontaniczny i szeroki napływ tekstów utwierdził nas w przekonaniu, że zamierzenie ma sens. Tak powstał pierwszy numer „Koziegorynku”.

Tytuł czasopisma mieliśmy już od co najmniej dwóch lat. Narodził się podczas jakiegoś z naszych zwyczajowych spotkań, w trakcie dyskusji o zatraceniu przez Radzyń Podlaski tradycyjnego charakteru, zagubieniu nawet „starożytnych” nazw dzielnic i ulic, które na progu komunistycznej Polski wyrugowano, ofiarowując je pod tabliczki z nazwiskami nowych bohaterów. A że miasto nasze powstało jako Kozirynek i taką nazwę nosiło do końca XV wieku, sprawa tytułu dla pisma wydawała się naturalna. Tubylcy znali ją doskonale, bo do dziś istnieje dzielnica tak się właśnie nazywająca, zaś u osób postronnych rodzi zaciekawienie. Podtytuł „Kwartalnik Kulturalny” wyjaśnia wszystko i uzmysławia potencjalnym odbiorcom, z czym mogą mieć do czynienia. Dyskusja po wieczorze promującym pierwszy numer pisma wskazała, że rzeczywiście – tytuł można uznać za trafiony.

Jesteśmy prasowym niemowlęciem. Jako ideowi kreatorzy „Koziegorynku” mamy oczywiście ogólny zamysł pisma, ale czy jest on czytelny dla Czytelnika? Ba, czy jest on już czytelny dla nas samych? Nie mamy jasnej linii programowej. Nie mamy redaktora naczelnego, każdy jest człowiekiem „od czego innego”, wszystko musimy wypracować w dyskusjach. Zapewne każdy ma trochę inną wizję pisma. Czy te nasze kompromisy, które wypracowujemy, okażą się dobre, czy nie – zobaczymy. Po dwóch wydanych numerach obraz „Koziegorynku” wyłania się dopiero, kształtuje w sposób, w jaki kształtuje się charakter i postać dziecka. Na pewno, zgodnie z powrotem do tradycyjnej nazwy naszego miasta, chcemy OCALAĆ: to, co najlepsze w przeszłym i teraźniejszym Radzyniu Podlaskim i całym regionie; to co piękne, wzniosłe i dobre, a dziś wypierane przez prostackie, brzydkie i komercyjne; to, co ulotne, a warte utrwalenia i upowszechnienia. Na pewno chcemy też być jądrem tego środowiska, które udało się nam zgromadzić, czymś utrzymującym je w jedności, a w zamian promującym najlepszych jego przedstawicieli, którzy powinni wypłynąć szerzej, by dowiedzieli się o nich inni. Moim osobistym marzeniem jest, by „Kozirynek” stał się pewnego rodzaju „branżowym czasopismem” elity kulturalnej (inteligencji?) w regionie, jej wyróżnikiem, być może katalizatorem jej emancypacji? By włączyła się do jego kształtowania, a jednocześnie by magazyn mógł również kształtować i ją. Pozyskiwanie stałych współpracowników z terenu całego kraju rodzi również nadzieję na zaistnienie na rynku ogólnopolskim...

Narodziny naszego czasopisma to ciąg wielu pozytywnych przypadków (wierzymy, że czegoś więcej), które dodają nam energii i każą z nadzieją patrzeć w przyszłość. To w naszym mieście urodził się znany modernistyczny edytor Zenon Przesmycki, a pierwszy numer „Koziegorynku” ukazał się równo 100 lat po wydaniu ostatniego numeru jego sławnej „Chimery” – jak zauważył prof. Jan Tomkowski – „najpiękniejszego czasopisma, jakie kiedykolwiek wychodziło w języku polskim”. Tak, to wzór, ku któremu zmierzamy. Powołując się na „Chimerę”, przypominając jej zawartość (co niektórym już pozwoliło obrzucić nas mianem megalomanów), nie chcemy jednak wykorzystywać jej dla własnych celów, ale pokazać kierunek naszego rejsu. Przypominanie „Chimery” to jeden z wyróżników naszego pisma. Standardowo „Kozirynek” zawiera części stricte literackie: prozę (działy opowiadań i miniatur oraz powieść w odcinkach), poezję, a także felietony, eseje, rozbudowujący się dział krytyki literackiej, noty biograficzne słynnych ludzi związanych z Radzyniem Podlaskim oraz reportaż. To, co może wyróżniać nas na rynku czasopism artystycznych, to próba połączenia tekstu z dopasowaną do jego treści (i ją uzupełniającą) fotografią artystyczną. Zadziałało to dzięki zawiązaniu współpracy z Radzyńskim Klubem Fotograficznym „Klatka”. Można uznać za zaletę formę pisma, jego stronę edytorską, dużą ilość światła na jego stronach, odkurzenie zapomnianych dziś sposobów formatowania tekstu. Chcemy łączyć wysoki merytorycznie poziom z lekkością utworów, głębię przekazu z maksymalnie dużą przyswajalnością.

Wracając do tytułowego, jakże trafnie sformułowanego zagadnienia: „walka – praca – przyjemność”, myślę, że, na szczęście, ciągle jeszcze jesteśmy na etapie „przyjemności”. W naszej działalności wydaje się to podstawą egzystencji czasopisma. Bez przyjemności zbierania materiałów, pracy nad nimi, kreowania kolejnych numerów z niczego, z chaotycznie rozrzuconej twórczości, radości promowania autorów, nie wyobrażam sobie możliwości kontynuowania działalności wydawniczej typu non profit. Bez przyjemności walki i pracy. Bo one, oczywiście, mają miejsce. Ale wszystko to w odwrotnej kolejności.

Dariusz Magier

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
TRZECIE OKO
KTO SIĘ BOI ŻYDA
„KOCHAĆ” – JAK TO ŁATWO POWIEDZIEĆ

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt