Witryna Czasopism.pl

nr 11 (237)
z dnia 5 czerwca 2009
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

O NATURZE ŚMIECHU

Gdyby nie to, że w epitecie „poprawny” pobrzmiewa nuta rozczarowania, użyłbym go do określenia najnowszego, wydanego z niejakim opóźnieniem, numeru katowickich „Opcji”. Wszystko jest w nim na swoim miejscu, począwszy od tradycyjnych działów z recenzjami, debiutami literackimi, garścią tekstów stałych felietonistów, a skończywszy na bloku tematycznym, w którym mozaikowej analizie poddane zostały dwa hasła wywoławcze: śmiech i kicz. Zasadniczo nie można się do niczego przyczepić, może poza tym, że kilka tekstów, głównie tych z bloku głównego, nie do końca spełnia czytelnicze nadzieje, gdyż albo ucieka się w nich w zbytni hermetyzm (The rise and fall... Romana Eryka Książka), albo też zbyt szybko wyczerpuje temat, który warto byłoby jednak potraktować z większym oddechem, dopisując jeszcze choćby kilka akapitów (Magdalena Dziadek, Śmiech Chopina). Pomijając jednak te zastrzeżenia, można uznać, że redaktorom śląskiego kwartalnika zagadnienie śmiechu i kiczu w kulturze udało się ugryźć i na swój sposób rozpracować. Bynajmniej nie jest to łatwym zadaniem, jeśli wziąć pod uwagę rozmiar akademickiej i eseistycznej biblioteczki, która zdążyła już wyrosnąć wokół tych fenomenów. Przyjrzyjmy się jednak, jak wyglądają analizy pomieszczone w numerze, aby udowodnić, że warto sięgnąć po bieżący numer „Opcji” [1 (74) 2009], oraz by w jego kontekście postawić pytanie o nie do końca dla mnie oczywisty związek dwóch wymienionych składników naszej kultury.


Jest kilku filozofów i teoretyków kultury, bez których mówienie o śmiechu wydaje się niemożliwe, zwłaszcza jeśli trzeba spłacić akademicko-erudycyjne trybuty. W takim kontekście należy wspomnieć klasyczną pracę Henriego Bergsona O śmiechu, studia Zygmunta Freuda, pracę Michaiła Bachtina poświęconą Gargantui i Pantagruelowi Rabelais’go, wreszcie − można się odwołać do teoretycznoliterackiego (i po trosze już popkulturowego) mitu o zaginionej księdze Poetyki Arystotelesa. Te trzy koncepcje trudno ze sobą pogodzić, odwołują się bowiem do innych założeń, przez co wyłaniają się z nich odmienne wizje kultury oraz propozycje objaśniania mechanizmów śmiechu, śmieszności czy humoru jako takiego. W rezultacie wybór którejkolwiek z nich może być spowodowany określonymi idiosynkrazjami teoretycznymi. Nigdy do mnie na przykład nie przemawiało ujęcie Bergsonowskie, zniechęcały mnie podawane przez niego przykłady śmieszności, nie znajdowałem tam odpowiedzi na pytanie o śmiech wynikający z absurdu; francuski filozof raczej koncentrował się w swoim studium na przypadkach śmieszności „codziennej”. Co ciekawe, Bergson nie pojawia się w żadnym z tekstów pomieszczonych w „Opcjach”. Z kolei koncepcja Bachtina, opierająca się na dialektyce i dynamicznej wymienności kulturowej „góry” z kulturowym „dołem”, przemawiała do mojej wyobraźni o wiele bardziej. Jeśli jednak poczytamy o recepcji jego pracy na Zachodzie, okaże się, że poza pięknym, dwubiegunowym, objaśniającym wszystko strukturalistycznym modelem niewiele z niej zostanie. Rosyjski teoretyk kultury, nie mając dostępu do aktualnych badań mediewistycznych, nie stworzył rzetelnego obrazu średniowiecza, za to dał intrygujący i mimo wszystko płodny obraz kultury działającej na zasadzie „czajnika z gwizdkiem”, w której (to duże uproszczenie) gromadząca się powaga związana z porządkiem oficjalnym musi niekiedy znaleźć ujście w postaci karnawałowego szaleństwa. O wielkim nieobecnym, czyli o Arystotelesie, trudno siłą rzeczy wypowiadać się wyczerpująco, ponieważ swoją pracą o komedii zapisał się w historii filozofii i teorii literatury potencjalnej (lub zaginionej). Z psychoanalizą zaś – przyznaję – nigdy nie było mi po drodze, więc wyjaśnienia płynące z koncepcji Freuda też teoretycznie i w tym przypadku nie powinny mnie za bardzo zadowalać. Tymczasem, ku mojemu zaskoczeniu, okazało się, że w świetle „materiału dowodowego” zgromadzonego w niektórych artykułach to właśnie ta interpretacja humoru może być najbardziej owocna.


W przedrukowanym tekście Dlaczego superego jest naszym kolegą?, stanowiącym wyimek z wydanej siedem lat temu książki On Humour, brytyjski filozof Simon Critchley stawia siebie w roli przewodnika po meandrach rozwijającej się w przeciągu kilku dekad Freudowskiej koncepcji humoru i śmiechu. Nie czas i miejsce tutaj na powtarzanie i parafrazowanie wywodów Critchleya, mających skądinąd ogromny walor porządkujący i dokonanych z wielką precyzją. Warto jednak nadmienić, że rewidując swoje stanowisko w latach 30., doszedł Freud do poglądu, iż humor jest ustępstwem dokonywanym przez superego na rzecz komizmu. Cóż by to mogło oznaczać? Przyjęcie poniekąd obiektywnej perspektywy superego, rozumianego tutaj jako zbiór norm regulujących nasze funkcjonowanie w społeczeństwie, pozwala nam spojrzeć na siebie samych i na to, co się nam przydarza spoza granic przeżywanego i doświadczanego przez nas świata. Nasza niezborność i niezaradność w zderzeniu z chłodnymi, represywnymi wobec jednostki składnikami superego wprowadzają element śmieszności, który pozwala oczyścić się ze złudzeń, jak również rozładować związane z nimi napięcia.


To jednak nie wszystko. Śmiech u Freuda ma bowiem dwa oblicza: po pierwsze, jest to śmiech gwałtowny, wybuchający momentalnie, wyczerpujący fizycznie w trakcie tegoż ataku, a potem pozostawiający nas samych ze sobą, z oczyszczonymi płucami i pustką w głowie. Jakkolwiek trudno jest odmówić wagi takiemu rodzajowi śmiechu (i warunkującego go humoru), to jednak Critchley przypomina, że na tym rodzaju śmiechu spektrum możliwości się nie wyczerpuje. Opierając się o analizy językowe, filozof zauważa, iż w wielu językach można znaleźć rozróżnienie pomiędzy śmiechem „pełną gębą” a „małym śmiechem” − wystarczy wskazać tutaj na różnice znaczeniowe między angielskimi rzeczownikami laughter a smile, czy choćby ewidentną różnicę między polskim „śmiechem” i „uśmiechem”. Jeśli śmiech ma nam przynosić konsolację, oswojenie dramatu egzystencji, to nie może być to śmiech gwałtowny − zdaje się mówić Critchley. Oferowana przez śmiech możliwość pocieszenia i pogodzenia się z faktem oddalenia naszego „ego” od „superego” jest – zdaniem filozofa – związana właśnie z „małym” śmiechem. Niech zatem będzie to rozbawienie naszą niedoskonałością, niech pojawi się uśmiech, ale podszyty pewną dozą melancholii czy świadomością ulotności.


Wydaje mi się, że właśnie ta kategoria małego śmiechu nie bez kozery zostaje przywołana na otwarcie numeru − wykonując kilka interpretacyjnych wygibasów, można bowiem użyć jej do odczytania „humoru” zawartego w serialu 07 zgłoś się oraz kolejnych edycji Polskiej Kroniki Filmowej. Nie czynią tego wprost autorki tych interpretacji, tj. Monika Gnieciak i Monika Kapuścińska, lecz jestem gotów bronić poglądu, iż taka właśnie jest globalna logika tego numeru, i że to Freudowski mały śmiech tu rządzi.


Gnieciak w swoim tekście obejmującym wszystkie perypetie porucznika Borewicza wydaje się obiecywać głównie studium kiczu, i to kiczu PRL-owskiego, który niewątpliwie należy traktować jako subgatunek, choćby z uwagi na to, że był on proponowany odbiorcom żyjącym w sytuacji permanentnego niedoboru czegokolwiek, a i uzyskiwano go wielokrotnie dzięki prowizorycznym środkom (dość wspomnieć kicz polskich filmów fantasy i SF, tworzonych przez Marka Piestraka...). Gnieciak jednak w Służebnej roli kiczu idzie o krok dalej, nie tworzy bowiem jedynie katalogu kiczowatych sytuacji w milicyjnym serialu i nie pokazuje jego mizerii, ale zwraca uwagę na skomplikowaną dialektykę „mrugnięć okiem” oraz „porozumiewawczych uśmiechów”, jaka rozgrywała się pomiędzy twórcami serialu o „polskim Bondzie” (bez jednego zera! − niedobór nawet tutaj dał o sobie znać) a PRL-owską widownią telewizyjną. Wydaje się, że do uruchomienia tego mechanizmu został wykorzystany właśnie ów Freudowski mały śmiech, który pozwalał publiczności nabrać dystansu do socjalistycznej rzeczywistości, choćby w kontekście sposobu, w jaki pokazani zostali funkcjonariusze MO, skontrastowani dodatkowo ze światłym i światowym Borewiczem. Gdyby serial był produkcją niezależną (co naturalnie nigdy nie było możliwe), sytuacja wyglądałaby klarownie: dałoby się go czytać w kategoriach subtelnej i ironicznej polemiki z obrazem PRL-owskiej władzy. Serial jednak tworzono oficjalnie i wszystko w nim posłużyło za tubę perfidnej, gierkowskiej propagandy (jak się okazuje w świetle analiz Gnieciak, przydały się nawet „mały śmiech” i ezopowy język). Owa perfidia polegała na tym, że ironiczne struktury i mrugnięcia okiem zostały wykorzystane do rozładowania społecznej niechęci do władzy; odgórnie sterowana ironia stwarzała bowiem wrażenie niezależnych żartów dokonywanych na planie przez ekipę filmową, tymczasem wszystko było z pełnym rozmysłem zatwierdzane przez decydentów z ulicy Mysiej, aby obywatele siedzący przed telewizorami mieli wrażenie, że przez wychwycenie „antysocjalistycznego kodu” i przez śmiech z tym związany oczyszczają się chwilowo z ciężaru życia w totalitarnym państwie.


W podobnym duchu „sterowanej ironii” czyta dokumenty Polskiej Kroniki Filmowej Monika Kapuścińska (Groteska − na pokaz i naprawdę). Jeśli sobie przypomnimy ton, jakim lektor Kroniki (często był to Andrzej Łapicki!) przedstawiał kolejne informacje, uświadomimy sobie, że nie zawsze był on całkowicie obiektywny − zdarzały się mu przecież fragmenty komentarza, który wychodził poza ramy oficjalnej propagandy socjalistycznej ojczyzny. Również tutaj ironiczne cudzysłowy, pozornie rozbijające ideologiczny kicz, były tak naprawdę przez ten kicz wchłonięte − na użytek przekazu, który nie mógł być inny, musiał faktycznie wspierać budowę socjalistycznej ojczyzny i jej świetlanej przyszłości. Ironiczne i żartobliwe komentarze, podawane jako subiektywne elementy reporterskiego przekazu, były w istocie jak najbardziej programowym elementem sterującym odczuciami widzów, mającym przy tym jedną poważną zaletę − pozwalały znieść jakoś dawkę biurokratycznego kiczu serwowanego podczas seansu.


Jeśli kicz ma nieść jakikolwiek pożytek dla ogólnie pojętego rozwoju kultury, konieczne jest wstawienie go w cudzysłów, który pozwoli rozbroić nadmierną i nieznośną dawkę piękna, heroizmu, powagi i patosu. W ten oto sposób śmiech może przekuć kicz (pojmowany jak coś martwego z punktu widzenia żywotności kultury) w materię, która podziała jak pożywka dla dalszych twórczych działań. Taką ideę wyczytałem spomiędzy tekstów dwóch autorek, które de facto zajęły się czymś odmiennym i poniekąd bardziej zaawansowanym, mianowicie instytucjonalnym użyciem tego mechanizmu do celów propagandy sukcesu. U podłoża tych działań leży jednak prawda, iż tylko poprzez śmiech możemy rozładować nasze życiowe rozczarowanie − czy to tylko naszymi jednostkowymi niedoskonałościami, czy też w ogóle − życiem w nie takim kraju, jak by się chciało.

Michał Choptiany

Omawiane pisma: „Opcje”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
STRACH SIĘ BAĆ?
LEKTURA NIEWAKACYJNA
EKSPRESJA W OPRESJI

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt