Witryna Czasopism.pl

nr 1 (227)
z dnia 5 stycznia 2009
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

KORESPONDENCJA Z ZASTRZEŻENIAMI

1.

Gdy po raz pierwszy bierze się nieznane nam czasopismo do ręki, można przyjąć dwie zasadnicze strategie: zblazowanego czytelnika, który widział już zbyt wiele albo też wiecznie życzliwego i otwartego na nowości poszukiwacza. Każdy z nas wybiera którąś z tych postaw, najczęściej naprzemiennie (po okresie nasilonego przyswajania nowych idei i pomysłów musi wszak przyjść zmęczenie) i w zależności od nastroju. Jeśli zatem nowa propozycja wydawnicza trafi na czytelnika zmęczonego, przyjmującego postawę „no, pokażcie, co potraficie, byle prędko”, to marny może być jej los.

Gdybym zastosował pierwszą strategię, musiałbym przyznać, że redakcja numeru 12/2008 „Korespondencji z Ojcem” poległa już na początku, przyjmując pozycję idealną dla strzelca, który bez większego trudu powali tę zwierzynę jednym strzałem. Teksty otwierające numer, podpisywane pseudonimem „Zawiadowca” (Kilka słów od Zawiadowcy, Z ostatniej chwili...), mogą tylko zniechęcić − są próbą rozpoetyzowanej prozy traktującej o tym, iż prawdziwe życie zacznie się, gdy zwrócimy się ku sobie, ku swojemu wewnętrznemu światu, który jest de facto jedynym światem. To piękna, solipsystyczna utopia podlana sosem quasi-surrealistycznego i semi-młodopolskiego języka, dość jednak trudna do utrzymania w tonacji serio dla współczesnego czytelnika.

Czytajmy jednak dalej, bądźmy cierpliwi...


2.


Cierpliwości potrzeba całkiem sporo również przy lekturze dwóch tekstów filozoficznych autorstwa Lecha Grudzińskiego (O konieczności filozofowania) i Zofii Gorczyńskiej (Kilka uwag o profesorze filozofii i o uniwersytecie). Oboje postanowili rzucić się na tematy głębokie jak ocean (widać to już po samych tytułach ich tekstów), oboje też polegli już na starcie, ponieważ nie dołożyli żadnego nowego elementu do dwóch układanek, które rzeczywiście razem tworzą większy obrazek − wszak przejście od zrozumienia, na czym polega myślenie filozoficzne oraz filozoficzne życie – do roli filozofii wśród nauk i jej miejsca w modelu edukacyjnym, a zwłaszcza na poziomie akademickim – jest stosunkowo płynne.


Niestety, w tym przypadku otrzymaliśmy jedynie garść toposów zbyt czytelnych nawet dla mało obeznanego z XX-wieczną filozofią czytelnika, z postulatem życia autentycznego na czele i obrazem „wrzucenia podmiotu w świat” (Heidegger w wersji pop) oraz − w przypadku drugiego tekstu – z enigmatycznie majaczącym na horyzoncie Pierrem Hadot, postacią interesującą, lecz przez Gorczyńską niewykorzystaną, a będącą tylko bardzo kaleką przesłanką w rozumowaniu prowadzącym w niewiadomym kierunku. Nie udało się również wypracować nowego pomysłu ani języka na potrzeby refleksji na temat uniwersytetu, otrzymaliśmy natomiast zaledwie kilka uwag, ujętych w formę referatu z dziejów instytucjonalizacji filozofii (począwszy od szkół w Atenach, aż po reformę Humboldta). W przypadku obu tekstów mamy do czynienia z wydmuszkami, napisanymi w pośpiechu, w oparciu o z daleka rozpoznawalne kroki argumentacyjne – tak bardzo oczywiste, że aż niewymagające rozwikłania. Dla kogo zatem autorzy piszą? Dla już przekonanych i nawróconych? W takim razie po co? W dodatku stwarzają swoimi zapiskami mylne wrażenie, jakoby po Heideggerze niewiele się w filozofii zdarzyło (podobnie jak po Humboldcie w przypadku metarefleksji uniwersyteckiej) − otóż zdarzyło się, i to bardzo wiele ciekawych rzeczy...

Prezentowane wyżej teksty również mogły być ciekawe, zwłaszcza gdyby udało się zwiększyć ich objętość. Trudno od razu zakładać, że autorzy nie mieli nic do powiedzenia. Rezultat okazał się jednak mizerny, znaleźliśmy się w pół drogi między esejem a ściągą dla licealistów; w dodatku oba artykuły nie mają nic wspólnego z pozostałymi tekstami pomieszczonymi w numerze pisma, które, jak się wydaje, ściśle filozoficznym periodykiem jednak nie jest, a jego redakcja inne przed sobą stawia priorytety.


3.


Z tego, co napisałem wcześniej, wynika, że zblazowany czytelnik jak na razie wygrywa dwoma punktami z redakcją „Korespondencji z Ojcem”. Znajduje w sobie jednak tyle życzliwości, by dotychczasowe niepowodzenia (nazwijmy je „wypadkami przy lekturze”) puścić chwilowo w niepamięć i dać szansę części głównej czasopisma. Może uda się w ten sposób wybronić całość? Może w niej tkwi wartość tego kwartalnika, tak enigmatycznie ukryta w tekstach programowych na początkowych stronach i w jego internetowym wcieleniu? (Należy w tym miejscu zaznaczyć, iż ta niedookreśloność wydaje się być jednocześnie nieco innego rodzaju od tej cechującej ostatnimi czasy wrocławską „Ritę Baum” czy krakowski „Ha!art”.)


Nagle więc – po wtórnych manifestach programowych i po powierzchownych rozważaniach filozoficznych – uderzy czytelnika solidna dawka bardzo dobrej, młodej prozy, importowanej przede wszystkim od naszych wschodnich sąsiadów.

Otwiera się przed nami dzięki temu blokowi istna terra incognita, którą wprawdzie regularnie, excusez le mot, kolonizuje i uprzystępnia wołowieckie wydawnictwo Czarne, trudno jednak, by mała oficyna dała sobie samotnie radę z oceanem literatury, powstającej na Litwie, Białorusi i Ukrainie. „Korespondencja” idealnie wchodzi w niszę, uzupełnia obraz literatury roczników 60. i 70., nie dublując oferty już istniejącej na rynku (aczkolwiek powtarzają się, i to dwa lata po publikacji, fragmenty wydanych nakładem wydawnictwa słowo/obraz terytoria powieści młodych pisarzy skandynawskich). Blok składający się z prozy twórców wschodnioeuropejskich pozwala odzyskać nie tylko nadzieję na to, że sensowne było wydanie omawianego tutaj numeru czasopisma (którą to nadzieję sama redakcja lokuje właśnie w młodej literaturze naszego regionu), ale także przekonanie, że sztuka opowiadania i konstruowania małych narracji ma się całkiem dobrze oraz że możemy być spokojni o jej przyszłość.


Małe narracje, małe prozy, mini-opowiadania, mikro-eseje, miniatury literackie − niezależnie od tego, jak od strony gatunków literackich ochrzcimy teksty Maryi Martysiewicz, Sigitasa Parulskisa, Jurija Izdryka, Alvydasa Šlepikasa czy Herkusa Kunčiusa, pozostaną one całkiem obszernym zbiorem intrygującej, jędrnej prozy, w której absurdalna, podszyta surrealną wyobraźnią fabuła wzięta z szarej codzienności i pozbawiona fajerwerków formalnych przenika się z esejem, biorącym na warsztat in crudo stosunki międzyludzkie. Chciałoby się powiedzieć, że to przecież tak mało, że na tym literatura się nie kończy, ale jednocześnie okazuje, że to już jest bardzo dużo – krytycy biją wszak od dawna na alarm, że wśród naszych młodych, krajowych pisarzy sztuka opowiadania zanika, że nawet z nudy, której doświadczają, nie potrafią wyciągnąć niczego frapującego dla swojej twórczości.


Długo się zastanawiałem, skąd jest mi znajoma poetyka opublikowanej w „Korespondencji” prozy. Owszem, jeśli się czytało trochę klasyków, jak Jurij Andruchowycz czy Wiktor Pielewin, naturalne są porównania młodych prozaików właśnie do nich − zwłaszcza że niektórzy z prezentowanych w „Korespondencji” autorów załapali się na „fenomen stanisławowski”, jakim był wybuch środowiska literackiego w Iwano-Frankiwsku w latach 90. Oświecenie komparatystyczne przyszło jednak do mnie z innej strony − mianowicie z Izraela, bowiem poetyka wielu zamieszczonych w numerze opowiadań – w swej kondensacji, ostrej poincie, ironii, nadrealności, lekkim wykrzywieniu – wydaje się wprost przywoływać strategie stosowane od lat przez Etgara Kereta.


Można by na to pokręcić nosem: po co właściwie poświęcać czas na czytanie czegoś, co w ostatecznym rozrachunku okaże się po prostu podobne do twórczości izraelskiego mistrza krótkiej formy, może słuszniej byłoby poczytać samego Kereta? Myliłby się jednak ten, kto uznałby wagę takich argumentów: Keret jest tu jednym ze skojarzeń, które akurat zanotowałem sobie na marginesie. Pozostałe skojarzenia były mniej oczywiste, a przez to bardziej może skłaniające do poszukiwania paraleli opartych na podobieństwie, a nie na bezpośredniej zależności. By przejść do konkretów: na przykład zakończenia opowiadań Alvydasa Šlepikasa (Irysy, Wyścig) przypominają melancholijne zakończenia pojawiające się w prozie Oty Pavla − co pozwala powiedzieć słowo na temat swoistej „duchowej” wspólnoty środkowoeuropejczyków, o ile nie na temat natury opowiadań jako takich, nie tylko tych zgromadzonych w gdańskim czasopiśmie − będących czasami skumulowanym ładunkiem melancholii.


Na Šlepikasie tymczasem, który obok Parulskisa jest moim największym odkryciem numeru, wybór się nie kończy − jest przecież nieprzywołana jeszcze przeze mnie próba dramaturgicznych zdolności Daivy Čepauskaitė, przedstawionej przez redakcję jako „laureatka wielu nagród we wszystkich uprawianych przez siebie dziedzinach”. Jej tekst (Bób) jest na tyle błyskotliwy, że nabrałem ochoty na więcej − sprawa leży zatem w rękach wydawców.


***


Nieopatrznie zacząłem chwalić. Nieopatrznie zacząłem też pochłaniać energię, której porcją, zgodnie z deklaracjami Zawiadowcy, miała się okazać „Korespondencja...” − i mimo wskazanych przeze mnie wad, faktycznie taką porcją jest. Co prawda, opakowaną w pretensjonalny język odredakcyjnych manifestów i na pierwszy rzut oka wyglądającą dziwnie, ale czy chcielibyśmy zamiast niej szarą „Twórczość” w wersji dla Mitteleuropy? Drażniący język równoważy wspaniała graficzna oprawa, w której reprodukcje Henri de Toulouse-Lautreca, Amedea Modiglianiego i Marca Chagalla (tego ostatniego w dużych ilościach zwłaszcza pod koniec numeru) przeplatają się z grafikami i kolażami autorów zaprzyjaźnionych z pismem. Całość jest świetnie złożona i ma bardzo ciekawe liternictwo − godne pozazdroszczenia i na tyle obiecujące, że warto będzie sięgnąć po następny numer − choćby z ciekawości.

Michał Choptiany

Omawiane pismo: „Korespondencja z Ojcem” nr 12/2008.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
WYCHOWYWAĆ CZY POUCZAĆ? PERSWAZJA I PROPAGANDA W POLSKIM ANIMOWANYM FILMIE DLA DZIECI
WALLENROD Z KOMPLEKSAMI
O TZW. WSZYSTKIM – W „POZYTYWNYM” ŚWIETLE

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt