Witryna Czasopism.pl

nr 24 (226)
z dnia 20 grudnia 2008
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | wybrane artykuły | autorzy | archiwum

ZAGŁADA ŻYDÓW W PROZIE SOCREALISTYCZNEJ

Tematu Zagłady w polskiej prozie epoki stalinizmu nie można rozpatrywać w oderwaniu od szerszego problemu, jakim były obwarowania nałożone na przedstawianie wojny i okupacji w literaturze socrealistycznej. Należy przy tej okazji podkreślić wagę wystąpienia Bolesława Bieruta z 16 listopada 1947 r. na otwarciu radiostacji we Wrocławiu. Bez wątpienia wyznaczyło ono ramy, w jakich należało mówić o doświadczeniu okupacyjno-wojennym1. Poza marginalizowaniem i spychaniem na drugi plan świeżej jeszcze pamięci o nieszczęściu, jakie dotknęło naród, wyraźnie widać w słowach Bieruta to, co powinno się (w zamyśle partii) stać istotą zabiegów ludzi pióra: takie ujęcie „czasów pogardy”, które wprzęgnęłoby je w dokonujące się w Polsce zmiany społeczno-ideowe, a wprzęgając wspierało potrzebę oraz słuszność drogi wyznaczonej przez „nową władzę”.

Kilkanaście miesięcy później spotkali się przedstawiciele żydowskich organizacji kulturalnych. Chodziło o wypracowanie i przyjęcie jednolitej strategii wobec społeczno-kulturalnego programu nowej władzy. Delegaci okazali się zgodni co do tego, że należy wziąć aktywny udział w dokonujących się przemianach w kraju.

Uczestnicy zjazdu Żydowskiego Towarzystwa Kulturalnego dobrze odczytywali intencje rządzących. W uchwalonych rezolucjach jednomyślnie obwieszczano „wstąpienie na szeroki szlak realizmu socjalistycznego”. Wiązało się to z akceptacją ideologizacji sztuki jako funkcji dyktatury proletariatu oraz zwalczanie wszelkich „przedwojennych i powojennych wpływów o burżuazyjnym i drobnomieszczańskim charakterze”2. Najpełniej nowe tendencje oddawał referat Binema Hellera. W zgodzie z duchem czasu Heller dokonywał druzgocącej krytyki przedwojennej literatury żydowskiej, „w której dominował duch beznadziejności i mglista bezideowość”3. Postępowa literatura żydowska przeniosła się do Związku Sowieckiego. Według niego dzieła powstałe na ziemi sowieckiej przewyższają pod każdym względem wszystko to, co w ostatnich latach wydała z siebie literatura żydowska w Polsce. Po nakreśleniu sytuacji ogólnej Heller przystąpił do wyliczenia zadań stojących przed autorami żydowskimi. Przywołując książki, jakie się ukazały w niedługim okresie po klęsce Trzeciej Rzeszy, wyrażał swoje niezadowolenie z faktu, że proza i poezja uwikłana w przeszłość nie porusza palących zagadnień współczesności. Izoluje się tym samym od głosu ludu, nie słyszy go i nie uwzględnia, budując przez to zgubny dystans. Przechodzi obok najbardziej doniosłych kwestii, jakie niesie ze sobą chwila obecna.

W deprecjacji teraźniejszości i codzienności widział Heller największe zagrożenie i największą bolączkę tekstów wychodzących spod pióra żydowskich twórców. Dlatego też – przekonywał dalej – „nowe życie w Polsce” nie znalazło jak dotąd swego wybitnego odzwierciedlenia.

Próbując wytłumaczyć ten stan rzeczy, referent dokonywał nieco sofistycznego zabiegu, wywodząc nieumiejętność oddania prawdy o współczesności z nieprzeżycia tragedii z bliskiej przeszłości. „Jedną z głównych przyczyn składających się na to, że pisarzowi żydowskiemu w Polsce nie udało się jeszcze wniknąć w zawiłości problematyki, jaką żyje nasze skupisko – jest fakt, że pisarz żydowski nie przeżył jeszcze artystycznie w wystarczającej mierze zgrozy tak bardzo bliskiej przeszłości”. Kilka zdań dalej dodawał: „Jeśli chodzi [...] o naświetlenie tych wielkich, a zarazem okropnych wydarzeń z naszej przeszłości, winny one znaleźć w ujęciu naszych pisarzy słuszną interpretację. W wydanych jednak dotychczas książkach tego rodzaju widzimy często dreptanie w miejscu, w zgrozie atmosfery zagłady”4. „Ciąży to na utworach przygniatającym balastem fatalizmu i degraduje opisy do krótkowzrocznego naturalizmu. By uwolnić się ostatecznie od tego zgoła niesłusznego ujęcia, będą musieli pisarze nasi jeszcze wiele pracować nad sobą”5.

Przyszłość rysująca się jasno na horyzoncie nie mogła być jednak przedmiotem biernej kontemplacji. Domagała się, by ją wykuwano w trudzie i znoju. Żądała potęgi woli i ducha niezbędnych do przekuwania słabości w oręż, klęski w triumf. Świadkami takiej metamorfozy czyni nas Jan Wilczek w Nr 16 produkuje. Ocalały z Zagłady przedwojenny lwowski cukiernik Jakub Klawer, nim uda się do Krakowa na poszukiwanie żyjących członków rodziny, podejmuje pracę przy uruchomieniu fabryki marmolady i cukierków na Ziemiach Odzyskanych. Pozwoli mu to zapomnieć (podobnie jak czytelnikowi) o bestialstwach „czasów pogardy” i uczyni człowiekiem jutra.

Zagłada w prozie polskiej okresu stalinizmu wpisywała się w jeszcze jeden szerszy problem, który jest definiowany jako „kwestia żydowska” w PRL. Jest dziś oczywiste, że stosunek komunistów do środowisk żydowskich w PRL-u był przede wszystkim funkcją pragmatyki politycznej. Podnoszone niejednokrotnie potępienie antysemityzmu „traktować [...] należy nie jako wyraz autentycznych przekonań nowej władzy, lecz istotny składnik – fałszywej – fasady ideologicznej budowanego przez nią systemu politycznego [...]. Podjęcie przez władze tych haseł i działań wynikało ze świadomości ich olbrzymiej – zwłaszcza wtedy, tuż po wojnie i tuż po Zagładzie – nośności propagandowej. Ukierunkowane one były na – uwrażliwioną na tę kwestię – zagraniczną (zachodnią) opinię publiczną i tamtejsze rządy oraz dużą część polskiego środowiska intelektualnego. Wsparte dodatkowo lansowaną przez ideologów partyjnych tezą-sugestią o jakoby przyrodzonym antysemityzmie tzw. polskiej reakcji politycznej (przez co rozumiano wszelką opozycję antykomunistyczną) miały świadczyć o szczerości deklarowanego [...] ludowo-demokratycznego, społecznie-postępowego programu, zjednywa jej sympatię i poparcie [i przyczyniać się] do jej politycznej legitymizacji”6. [...]


Prawdy niechciane


Osobnym tematem pojawiającym się w prozie socrealistycznej sięgającej po wątek Zagłady jest topos „żydowskiego złota”. Trzeba go pojmować szeroko, nie zawężając do aspektu rabowania kosztowności i przysłowiowych żydowskich złotych zębów, ale rozciągając na wszelkie nielegalne sposoby przejęcia żydowskiej własności w czasie wojny. W czasach stalinowskich nigdy nie występuje on samodzielnie, to znaczy w oderwaniu od kontekstu politycznego. Wszelkie moralne wątpliwości, jakie się przy tym pojawiają, podporządkowane są ramom ideologicznym. Te zaś przekształcają je w deklaracje światopoglądowe dalekie od subtelnych dywagacji etycznych.

Komuniści koncesjonowali oskarżenia o haniebne czyny, rezerwując je dla swoich antagonistów. A zatem socrealizm, poruszając problem nagannych postaw społecznych, zupełnie nie troszczył się o ich ujawnienie i zdiagnozowanie. Pełna wiedza o ciemnych stronach naszej przeszłości nie stanowiła bynajmniej celu samego w sobie. To, co zwykło się określać mianem „prawd niechcianych”, w rzeczywistości skrywało właściwe intencje władzy. Nie miały one nic wspólnego z odkłamywaniem historii. Przeciwnie, prowadziły do jej zafałszowywania poprzez uruchomienie tzw. klasowej wykładni dziejów. Ta zaś oznaczała nic innego jak podporządkowanie analizy zdarzeń sprzed kilku lat ogólnej koncepcji wroga, który okazywał się jedynym beneficjentem majątku pożydowskiego. Lektura powojennej prozy, jak i materiałów dokumentalnych pokazuje, że znaczną część osób, które skorzystały na eksterminacji Żydów rabując pozostawione przez nich mienie, stanowili mieszkańcy miasteczek i okolicznych wsi, nie kułacy i drobni przedsiębiorcy, ale niezamożni obywatele.

Motyw żydowskiego złota najbardziej ekspresyjną formę zyskał w Pokoleniu Bogdana Czeszki (1951). Powieść ukazuje dwie grupy ludzi bogacących się na żydowskim złocie – są to przedsiębiorcy (np. „Złoty”) przejmujący maszyny po byłych właścicielach, których objęły ustawy norymberskie, a także sympatycy organizacji podziemnych. W związku z nimi napotykamy niezwykle wyrazisty obraz. Kostek, szkolny kolega Stacha, poszukuje na żydowskich cmentarzach ludzkich szczątków, z których wyrywa złote zęby, odcinając uprzednio głowy. Odcięte szpadlem, wkłada je do przygotowanego wcześniej worka.

Zarówno Kostkowi, jak i „Złotemu” odpowiada na antypodach postać Rodaka, ideowego komunisty. Okazuje się on – parafrazując zdanie Henryka Grynberga – strażnikiem żydowskich grobów. W jednej ze scen przestrzega towarzyszących mu chłopców, z którymi wspólnie natyka się na piramidę pożydowskich rzeczy: „Wara wam od tego. To już jest niczyje, ale zabierać tego nie wolno. Będę bił po mordzie, jeśli zobaczę, żeście się pokusili”7.

Faktycznym więc powodem ujawniania ciemnych kart z przeszłości w stalinizmie był zamiar skompromitowania przeciwników komunistycznego reżimu i na tym tle ukazania moralnej wyższości przedstawicieli nowej władzy. W praktyce oznaczało to dyskredytowanie tych wszystkich, których partia uważała za wrogów zewnętrznych i wewnętrznych. Proza socrealistyczna demaskuje zatem niecne sprawki kułaków. Spośród nich wywodzi się Sitko z Żywego ognia Władysława Machejka, polujący na mienie pożydowskie. Schemat jest znany – biedni chłopi ratują, bogaci wydają: „Przechowywało się u nas dwoje Żydów z Mikołowa. Żyd i Żydówka. Wygonił ich nasz sąsiad Sitko, gdy już nie mogli się opłacać towarami (Sitko ma coś z piętnaście hektarów). Ktoś podpatrzył, doniósł... A może to zrobił sam Sitko, bo po wystrzelaniu osiadł naszą zagrodę z nakazu komisarza Liegenschaftu? Wiadomo, co gestapo robi z chłopem, gdy u niego znajdą Żyda...”8.

Tych, których nie stawiało w rzędzie podejrzanych o rabowanie Żydów ich niewłaściwe pochodzenie społeczne, kwalifikowano do grupy mętów. Niezmordowanym tropicielem „elementu” na okupacyjnej wsi był Władysław Machejek (Machlanina). Miejską odmianę ludzi bez zasad i sumienia reprezentuje w Drugiej linii Józefa Hena Dzidka, która wzbogaciła się, skupując w czasie wojny mienie pożydowskie9. Wydając Żydów w ręce gestapo, skupując, a następnie handlując żydowskimi mieszkaniami, meblami, dorabia się majątku Tomczyński z Żołnierzy czterech rzek Janusza Przymanowskiego. Dopiero wtedy, gdy „Niemcy spalili getto, urwały się zarobki”10.

Czytając prozę socrealistyczną, nie sposób nie zauważyć, iż z punktu widzenia komunistycznej teorii wroga jedną z bardziej pożądanych biografii mają ci wszyscy, którzy łączą zaangażowanie w działalność podziemną ze zbrodniczą postawą w czasie okupacji, dyskredytującą ich moralnie. Są to zwykle różne warianty życiorysu Kostka z Pokolenia. Do tego właśnie grona należy młody chłopiec ze Sprzymierzeńców Wygodzkiego, hiena cmentarna wstępująca wkrótce do podziemia11. Podobnie prezentuje się nam Zenon Kwiecień z powieści Kazimierza Brandysa Człowiek nie umiera12.


„Ciche bohaterstwo” i skompromitowany inteligent


Tak właśnie jedna z bohaterek Błękitnego zeszytu Kornela Filipowicza określa postawę chłopa Macieja, który przez dwa lata ukrywał rodzinę żydowską13. Jest regułą, że chłopi przechowują Żydów, a wydają ich zwykle sklepikarze, obszarnicy, spośród chłopów zaś – kułacy. Inny zbiór (mniej liczny) tworzą – przywoływane już – szumowiny, umieszczone poza podziałami klasowymi.

Proza, poezja, dramat i publicystyka socrealistyczna różnymi metodami próbowały zdewaluować etos inteligencki jako anachroniczny. W społeczeństwie nowego typu nie było miejsca dla tej warstwy, którą identyfikowano niemal wyłącznie ze znienawidzoną tradycją II Rzeczypospolitej. Socrealizm przedstawiał inteligenta zwykle jako synonim niezdecydowania, postać stojącą na uboczu przemian i podejrzliwą wobec nich14. Brak zaangażowania, nieprzystosowanie do nowej rzeczywistości, słabość psychiczna, bezproduktywność czynią inżyniera, lekarza, dziennikarza znakiem rozpoznawczym bezpowrotnie minionej epoki. Pozostaje on więźniem własnego środowiska, dziedzicem jego przywar, ograniczeń i schematów światopoglądowych. Odnotowuje się ślamazarność inteligenta, jego lęk przed wyzwaniami współczesności. To uproszczone ujęcie inteligenta powiela publicystyka oraz proza sięgająca po temat eksterminacji Żydów: inteligencja wespół z żydowską burżuazją sieją defetyzm i biernie poddają się kolejnym restrykcjom okupanta.

W Szóstej baterii Wacława Bilińskiego społeczność getta dzieli się na dwie grupy. Pierwszą stanowią „kupcy i część zamożnej żydowskiej inteligencji”, która otrzymuje „wydatną pomoc Judenratu [...], lepszą odzież, wikt, cieplejsze pomieszczenia w barakach”. Są lepiej traktowani i „nawet robotę dostają lepszą”15. To spośród nich – jak się dowiadujemy – wywodzą się zwolennicy pasywności, niedrażnienia nazistów. Są w większości. Za sobą mają również religię z jej rzekomym przesłaniem nieprzeciwstawiania się wyrokom Bożym. Scena z modlącym się rabinem ma w sobie coś przejmującego, mimo iż sympatia narratora nie jest po jego stronie. „Wysokim, stanowczym falsetem zaczął półśpiewać, półkrzyczeć niezrozumiałe, hebrajskie słowa. Sam ich dźwięk targał serce, obezwładniał wolę. Wzniesione do góry ręce wskazywały na źródło klęsk, na przeciwnika, któremu nie można stawić czoła. Fatalizm tego gestu, sugestia pieśni-modlitwy działały na słuchających jak narkotyk. Twarze zwolna przybierały wyraz fanatycznej rezygnacji”16. Ta społeczność podpisuje sama na siebie wyrok, co nie może znaleźć uznania w socrealistycznej poetyce, która gloryfikuje działanie, czyn. Dlatego też druga, nieliczna, kilkuosobowa zbiorowość proletariuszy, zdecydowanych walczyć z ciemiężcą, jest jednoznacznie pozytywnie waloryzowana. O jej sile stanowi młodzież oraz związek z ruchem robotniczym.

W Próbie sił Jerzego Lutowskiego inteligent okazuje się delatorem, który wydaje Żyda gestapo. Ofiarę od śmierci ratuje człowiek z ludu – zwykły robotnik Jasinek. Dramat Lutowskiego należy do tych tekstów, które miały budzić nieufność do inteligenta. Meisels (ocalony Żyd) sprawia, że Profesor (jego kolega) dojrzewa ideowo. Burzy mit, iż absolwenci uniwersytetów, akademii, z racji swego wykształcenia nie mogą zachować się niegodnie. Ja – powiada Meisels – „może i odgrodziłem się od życia, ale ja je znam, ty zaś tkwisz w nim po uszy, nie mając pojęcia o jego istocie”17. Jak można się domyślić, spotkanie z wybawicielem, prostym robotnikiem, przywraca Meiselsowi ponownie wiarę w ludzi i pozwala zanurzyć się w rwącym nurcie życia, by zaangażować się – jak słyszymy w finałowej odsłonie – w budowę socjalizmu. Próba sił stanowi zatem apoteozę stalinowskiej potrzeby utrzymania czujności wobec wroga, który czai się wszędzie. „Prości ludzie są czujni. [...] Dużo czujniejsi i mądrzejsi życiowo niż my”18. Niż my, inteligenci – dodajmy. Tak oto nieco okrężną drogą, przy wykorzystaniu gehenny Żydów, dowiedziono w socrealistycznym tekście prawdziwości czegoś, co było od początku wiadome.


Rzut oka na całość


Teza Doroty Krawczyńskiej i Grzegorza Wołowca, iż tematyka Zagłady stanowi zupełny margines w literaturze socrealizmu, wydaje się nazbyt kategoryczna. Oczywiście, Zagłada nie mieści się w głównym nurcie literatury epoki stalinizmu, podobnie jak i ujawniające się w niej – od czasu do czasu – motywy okupacyjne i wojenne. Nie jest też nawet nurtem pobocznym. Nie może to jednak być rozstrzygającym argumentem. W zhomogenizowanej kulturze socrealizmu mogło się ostać bardzo niewiele elementów, niepasujących do powszechnie obowiązującego wzoru. Przeprowadzona przeze mnie kwerenda pozwala raczej mówić o zaskakująco bogatej (zachowując odpowiednie proporcje) obecności Holokaustu w literaturze. Zaskakująco bogatej, zważywszy na rygory ideologiczne preferujące ściśle określony rodzaj tematyki oraz – mówiąc ogólnie – mało sprzyjającą atmosferę, jaka wówczas panowała wokół wszystkiego, co było kojarzone z problematyką żydowską.

Rozpatrując obecność wątku Zagłady w danym utworze oraz jego znaczenie dla tzw. wymowy ideowej, należy wyodrębnić trzy kategorie tekstów. Pierwszy i zarazem najmniej liczny – co zresztą nie powinno dziwić – to dzieła w całości poświęcone Szoa (jakkolwiek tragedii Żydów nie określano jeszcze tym mianem). Trzeba do nich zaliczyć między innymi Kwartet Mendelssohna Jarosława Iwaszkiewicza, Sprzymierzeńców, Widzenie Stanisława Wygodzkiego (z tomu Widzenie) oraz Podwójne dno (ze zbioru Pusty plac). Niezwykłym zjawiskiem jest silnie zideologizowana i sztampowa Bestia Władysława Kowalskiego. Trzy spośród czterech zawartych w niej utworów (Hitlerowski polip, Mosiek, syn komunisty oraz Opowiadanie Izraela Fogla) przedstawiają los Żydów w zajętej przez nazistów Polsce.

Nieco liczniejsza jest grupa dzieł, w których Zagłada stanowi istotny, ale wcale nie najważniejszy z wątków. Dzieje się tak w Chłopcach z lasu Władysława Machejka oraz – za sprawą doniosłej dla akcji i zasadniczej linii ideowej postaci Jakuba Klawera – w klasycznej powieści rodzimego socrealizmu Nr 16 produkuje Jana Wilczka.

Najczęściej wszakże mamy do czynienia z tekstami podejmującymi wątek Zagłady na marginesie głównej opowieści. Wśród nich chciałbym z kolei wyróżnić dwa podzbiory. W skład pierwszego wchodziłyby zarówno krótsze formy narracyjne, jak i powieści, w których gehenna Żydów pojawia się jakby mimochodem, akcydentalnie i pozostaje w zasadzie niezauważalna dla mniej uważnego czytelnika. Wymieńmy jedynie dla egzemplifikacji tego zjawiska Gorące dni Edmunda Niziurskiego, Ostatnie ognie Stanisława Zielińskiego, Piątkę z ulicy Barskiej Kazimierza Koźniewskiego, Rano przeszedł huragan Władysława Machejka, Trzy spotkania Jerzego Korczaka, Drugą linię Józefa Hena, Ciche szczęście Stanisława Kowalewskiego, Władzę Tadeusza Konwickiego. Tym, co każe mi wyodrębnić kolejną grupę, jest pewna wyrazistość i niekonwencjonalność ujęcia tematu Zagłady, na tle poetyki socrealizmu. Sprawiają one, że, na przykład, obraz starego, pobożnego Żyda lamentującego na gruzach Warszawy w Rzeki płoną Wandy Wasilewskiej, choć nie wolny od stereotypowości, ma w sobie wielką siłę (zapewne wbrew intencjom pisarki).

Nie szukajmy w tej literaturze „nowego języka” ani nowych środków wyrazu, których domagała się apokalipsa „czasów pogardy”. Od zjazdu szczecińskiego wszelka oryginalność i awangardowość zostały uznane za zbędne i szkodliwe. Najbardziej znaną ofiarą tej wolty „tradycjonalizmu” był Czarny potok Leopolda Buczkowskiego19, należący do najwybitniejszych prozatorskich świadectw Zagłady. W tej sytuacji planem maksimum możliwym do urzeczywistnienia stała się obrona autentyczności bohatera – jego zachowania, gestów, wypowiedzi. To z nią trzeba łączyć najwartościowsze realizacje tematu Zagłady w socrealizmie.

Sięgnijmy po trzy przykłady. Dwa pierwsze pochodzą z opowiadań traktujących w całości o problematyce Szoa. W Bestii Kowalskiego najmniejszy objętościowo Mosiek, syn komunisty jest zarazem najciekawszym tekstem z całego tomu (na tyle poprawnego politycznie, by zostać uznany za dość mierny artystycznie). Chyba jedynym mankamentem opowiadania Kowalskiego są raczej sztuczne (nieodbiegające zbytnio od obowiązującej koturnowości) tyrady polityczne Mośka, w których daje upust swej niezłomnej wierze w komunistyczny raj. Wszystko inne wydaje się napisane wbrew poetyce socrealizmu. Widać to już w wyborze tematu – dziejach dwunastoletniego szmuglera starającego się utrzymać przy życiu umierającą rodzinę (matkę oraz trójkę młodszego rodzeństwa pozbawionego ojca). Nie można też pominąć milczeniem faktu, że Mosiek to jedna z niewielu socrealistycznych kreacji literackich socrealizmu, z którą możemy się i dziś utożsamiać. I bynajmniej nie decyduje o tym prosty fakt, że zwykle łatwiej przychodzi nam wcielać się w psychikę dziecka, które chętniej obdarzamy współczuciem, niż w dorosłego.

O odwadze żydowskiego chłopca nigdy nie mówi się wprost. Narrator zachowuje daleko posuniętą powściągliwość, nietypową jak na nieprzebierające w słowach publicystyczne i deklaratywne passusy w powieściach realizmu socjalistycznego. Nie ma też mowy o monumentalizacji i heroizacji głównej postaci. Nawet jego żarliwą apologię komunizmu i równie żarliwą deprecjację burżuazji można zrzucić na karb dziecięcego entuzjazmu oraz – łatwo wytłumaczalny psychologicznie – kult ojca, jaki żywią dorastający chłopcy. Przyziemna i zwykła jest śmierć Mośka. Jej opis zawarty jest w trzech ostatnich zdaniach. I, co ważniejsze, nie została ona w żaden sposób uwznioślona poprzez wyraziste włączenie jej w którąś z wielkich idei stalinizmu. Nie słyszymy, na przykład, o nowym życiu, które odrodzi się na szczątkach bestialsko zamordowanego szmuglera z getta.

Drugi przykład pochodzi od prozaika innego (większego) formatu niż Kowalski, i być może to sprawia, że jego bohater wymyka się socrealistycznej sztampie i jawi się jako żywa postać. Stary Żyd Natan Friedenssohn okazuje się człowiekiem z krwi i kości, a nie sztuczną kreacją stworzoną na potrzeby politycznych i ideologicznych sloganów. Dzieje się tak mimo jawnie przekłamanej wizji, którą proponuje nam Jarosław Iwaszkiewicz w Kwartecie Mendelssohna. Jego fabuła jest prosta. Pisarz z Polski – przedstawiający się jako Jarosław Iwaszkiewicz – przebywając w Santiago de Chile wysłuchuje w żydowskim klubie „Szalom Alejchem” koncertu muzycznego. Akcja zredukowana do minimum, nie jest przedmiotem szczególnych zabiegów autora. Nie ona jest też istotna. Pełni raczej rolę tła umożliwiającego wygłoszenie kilku kwestii natury politycznej. Oto jak narrator kwituje wystąpienie młodego Żyda: „Wykład jego był pełen nienawiści, niestety, jednak nie do organizatorów i katów getta – nazistów niemieckich, ale do Polaków, na których ziemi rzeź ta się odbywała. Jeżeliby wierzyć jego słowom, gdyby nie antysemityzm polskiego społeczeństwa, Hitler i Himmler nie wpadliby nigdy na pomysł mordowania Żydów. Zrobiło mi się nieprzyjemnie. Na szczęście przemówienie prymitywnego zapaleńca nie trwało długo; skończył kilkoma mocnymi akordami”20.

Kontrapunkt dla tej wypowiedzi stanowi osoba i poglądy Friedenssohna. Iwaszkiewicz buduje opozycje pomiędzy starszym i młodszym pokoleniem Żydów, tymi, którzy urodzili się jeszcze w Polsce, a ich następcami, dla których Polska jest tylko i wyłącznie cmentarzem oraz wylęgarnią niepoprawnych antysemitów, wspólników Hitlera. Dokonując tak arbitralnego podziału, narrator osądził już młodych Żydów (osądziły wygłaszane przez nich poglądy) i nie zamierza wdawać się z nimi w bezpośredni spór. Czyni to okrężną drogą, poprzez wzbudzającą nasze zaufanie i przychylność postać Friedenssohna, zrezygnowanego, przybitego i samotnego staruszka szukającego zrozumienia i pocieszenia. Łagodna dusza i oczy przepełnione dobrocią nie wyrażają nienawiści. Co najwyżej kryje się w nich żal po stracie syna, Moryca, który – jak należy przypuszczać – zginął w wojnie niepodległościowej z Arabami. Ojciec nie popierał jego wyjazdu do Izraela, twierdząc, iż nie jest to ojczyzna, do której powinni się zwrócić Żydzi.

Niesłychanie dosadna i wymowna jest argumentacja, którą autor wkłada w usta Friedenssohnowi. To zresztą jedne z częściej spotykanych argumentów służących dyskredytacji nowego państwa żydowskiego w Palestynie21. „To po to dla nas ojczyzna, żeby pluć na Araba? To po to dla nas, żeby Amerykańcu sprzedać? To po to dla nas ojczyzna... pan słyszał, co oni z tym Adenauerem wykombinowali? Żeby im zapłacić! Za gaz, za popiół, za złote zęby – żeby zapłacić. Pan słyszał coś podobnego. Ja wiem, jak to się mówi? Trzydzieści srebrniki... no, pieniądze za krew, czy to kto widział? Takie pieniądze brać, od kogo? Od tych co mordowali, co dzieci do pieca rzucali... Pan słyszał? Cała moja rodzina poszła, cały Tarnów poszedł. Moja żona to nie wytrzymała. Serce... – pokazał na pierś – etzwei”22. To jemu, Friedenssohnowi, przypada rola obrońcy dobrego imienia pomordowanych, ich czci, którą izraelscy dygnitarze chcą przeliczyć na pieniądze i uzyskać ekwiwalent finansowy za cierpienie swych współbraci. Oskarżenia te przypominają niebezpiecznie późniejszą tezę o przedsiębiorstwie Holokaust. Nie stawia to na przegranej pozycji Friedenssohna. Ostatecznie takie oburzenie w przypadku ofiary naznaczonej bólem jest psychologicznie prawdopodobne i zrozumiałe.

I trzeci przykład. Wybrany dlatego, by pokazać, że również w drugoplanowych czy epizodycznych postaciach literatura socrealizmu sięgająca po temat Zagłady może zachować bezpretensjonalność i autentyczność. Idzie o powieść Wandy Wasilewskiej – lepszej agitatorki niż pisarki – Rzeki płoną. Znajdziemy tam przejmujący elegijny wątek. Na gruzach stolicy, pośród wybuchających co i rusz pocisków, na tle zawodzonej litanii do Matki Boskiej „Żyd był [...] jeden stary, stoi i tylko mu się broda trzęsie. I do tego starego jeden, kto on był, licho go wie... Za piersi starego chwycił i takim głosem, jak wariat: »Módl się, módl się do swojego Boga, kiedy nasz nie chce wysłuchać, może twój posłyszy...«. Aż ciarki po wszystkich poszły. I zaraz baby tę litanię przerwały. A ten starym jak gruszką trzęsie: »Módl się do swojego Boga, może twój Bóg usłyszy...«. Cicho się zrobiło, tylko słychać, jak te bomby padają w wodę i filar dudni. To ten stary zaczął... Inaczej się oni modlą niż nasi. Zaczął ten stary śpiewać, ni to śpiewać, ni to mówić. Melodia taka, że ci aż w pięty idzie. A ten, co widać te ichnie obrządki znał, mówił, że to modlitwa w godzinę śmierci...”23.

Socrealizm już chociażby z racji konkretnych wymogów i rozlicznych ograniczeń, jakie narzucał sztuce, miał nikłe szanse, by wypowiedzieć Zagładę. To, co było w tym wydarzeniu wyjątkowe, ginęło na tle tendencji do ujednolicania i glajchszaltowania. Nobilitacja tradycyjnych schematów fabularnych, czarno-biała optyka w widzeniu świata (na przykład w ocenie postaw bohaterów) na równi z motywowanym ideologicznie wymogiem roztaczania optymistycznej aury i szczęśliwych zakończeń nie mogły pomieścić czegoś, co było przede wszystkim głosem lamentu i skargi.

Pozostaje nam analiza nie oryginalności podejścia i nowatorstwa ujęcia – ich bowiem trudno szukać ze względów wyżej wspomnianych – lecz niezwykłość pewnych tematów i motywów Zagłady na tle siermiężnej stylistyki literatury socrealizmu. W znakomitej większości jest to „nowatorstwo”, które dostrzegamy na tle przeciętności i miernoty innych dzieł opublikowanych w tym czasie. Może zresztą słowa „nowatorstwo”, „oryginalność” nie są najszczęśliwszymi określeniami. Trafniejsze byłoby chyba pojęcie niedostosowania do obowiązującej normy, wyłom w murze wszechobecnej „poprawności”. To właśnie nijakość i sztampa socrealistycznej sztuki sprawiają, że niektóre obrazy jawią nam się jako niepowtarzalne. Ich świeżość to efekt przebijającej z nich autentyczności. Od czasu do czasu więc udaje się jakiemuś autorowi wyjść poza konwencje i zbudować żywe postaci, sceny, przez które nie przeziera odpychająca sztuczność. W stalinizmie może się to przytrafić nawet artystom bardzo przeciętnym jak Wasilewska. „Przytrafić”, gdyż porzucanie zaakceptowanego przez partię modelu twórczości nie było bynajmniej ich celem. Zapada w pamięć – mimo iż głęboko krzywdzący – obraz z Pokolenia Czeszki, w którym sympatyk AK niesie w worku odcięte żydowskie głowy.

Literaturę socrealizmu podejmującą problem Zagłady można – zgodnie z zamierzeniami komunistów – analizować pod kątem jej zdolności do wypełniania sztandarowych sloganów stalinizmu. Stalinizm zaanektował Zagładę do realizacji swoich prywatnych celów politycznych (wśród których była między innymi walka o pokój). Rozmywał jego obraz, ustawiając w jednym szeregu z innymi faktami ze współczesności lub nieodległej przeszłości. Zagładzie nie przysługiwały jakieś szczególne parametry. Choć w pierwszej połowie lat 50. również na Zachodzie nie istniała jeszcze świadomość wyjątkowości tego wydarzenia, to w przypadku realizmu socjalistycznego uderza instrumentalizacja i czysto pragmatyczne podejście do zagadnienia.

Lektura tekstów socrealistycznych podejmujących wątek Zagłady skłania do oczywistego skądinąd stwierdzenia, że zawsze była w nich instrumentalizowana. Zadaniem badacza jest nazwanie i opisanie tych procesów. Arsenał celów, do jakich używano gehenny Żydów, nie jest zbyt bogaty, ściśle odpowiada zbiorowi politycznych oraz ideologicznych zamierzeń władzy. Tylko dlatego, że Holokaust czyniono częścią strategii partii, mógł on w ogóle zaistnieć w literaturze realizmu socjalistycznego24. Wartość obrazów pośrednio lub bezpośrednio łączących się z eksterminacją Żydów oceniano pod kątem realizacji doraźnych zapotrzebowań partii i tego, jak służyły rozprawie z jej przeciwnikami.

Sławomir Buryła


Przypisy:
1B. Bierut, O upowszechnienie kultury, Warszawa–Kraków 1948.

2Zjazd Żydowskiego Towarzystwa Kulturalnego, Warszawa 1949, s. 87.

3Ibidem, s. 126.

4Diagnoza Hellera spotkała się ze sprzeciwem Jeszajahu Szpigla: „Niesłuszne jest, moim zdaniem, twierdzenie, jakoby literatura polska – po żydowskiej katastrofie naszego narodu – nie odzwierciedlała żydowsko-polskiej rzeczywistości. Czyż owa wielka rana, jaką nosi dotychczas w swym sercu człowiek żydowski, nie jest rzeczywistością? Jako pisarz żydowski, jest przeciw określaniu opisów zaczerpniętych z tematyki gettowej pojęciem »dreptania w miejscu«, jak to wyraził się mój drogi towarzysz Binem Heller. Nawet, jeśli miał na myśli książki słabsze pod względem poziomu artystycznego” (ibidem, s. 173).

5Ibidem, s. 129.

6D. Krawczyńska, G. Wołowiec, Fazy i sposoby pisania o Zagładzie w literaturze polskiej [w:] Literatura polska wobec Zagłady, pod red. A. Brodzkiej-Wald, D. Krawczyńskiej, J. Leociaka, Warszawa 2000,

s. 20–21.

7Cyt. za: B. Czeszko, Pokolenie, Warszawa 1985, s. 69.

8W. Machejek, Żywy ogień, Warszawa 1954, s. 13.

9 Zob. analizę tej postaci M. Piekara, Nie ma „dziewcząt na traktorach”. Wizerunek kobiety w powieści – konfrontacja utrwalonym stereotypem [w:] Bohater powieści socrealistycznej, Katowice 2001, s. 47–73.

10J. Przymanowski, Żołnierze czterech rzek, Warszawa 1953, s. 55.

11S. Wygodzki, Sprzymierzeńcy, [w:] Widzenie, Warszawa 1950, s. 169, 209.

12K. Brandys, Człowiek nie umiera, Warszawa 1953, s. 711.

13K. Filipowicz, Błękitny zeszyt, Warszawa 1950, s. 50.

14Zob. hasło M. Brzóstowicz-Klajn, Inteligencji obraz [w:] Słownik realizmu socjalistycznego, s. 80.

15W. Bieliński, Szósta bateria, Warszawa 1954, s. 29.

16Ibidem, s. 30.

17J. Lutowski, Próba sił, Warszawa 1950, s. 99.

18Ibidem, s. 113.

19Powieść została złożona do druku w 1948 roku. Od tej chwili do 1953 przeleżała w wydawnictwach, czekając na możliwość opublikowania. Ukazała się 1954 i uchodzi za jeden z przejawów nadchodzącej „odwilży”.

20J. Iwaszkiewicz, Kwartet Mendelssohna, cyt. za: J. Iwaszkiewicz, Wybór opowiadań, Warszawa 1967, s. 11.

21W Marcu ’68 stanie się ona orężem w rękach Romana Bratnego w antysemickim opowiadaniu Dawid, syn Henryka.

22J. Iwaszkiewicz, Kwartet Mendelssohna, s. 21.

23W. Wasilewska, Płoną rzeki, Warszawa 1954, s. 479–480.

24Podobnie było z innymi drażliwymi tematami, jak chociażby z powstaniem warszawskim. To tragiczne w skutkach wydarzenie (do dziś oceniane niejednoznacznie) stało się w rękach komunistów skutecznym narzędziem do walki z przedwojennymi elitami władzy oraz tradycją mentalną i narodową Dwudziestolecia.

Artykuł pochodzi z czasopisma „Midrasz” nr 11/2008.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
CZY NIE WIDZISZ, ŻE PŁONIESZ?
CO SIĘ (KOMU) WYDAJE
NOSTALGIA W DRES CODZIENNOŚCI UBRANA

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt