Witryna Czasopism.pl

nr 21 (223)
z dnia 5 listopada 2008
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

ŁAPY PRECZ OD KULTURY!

Każdego dopada czasem – zupełnie znienacka – godzina wolnego czasu, która wybija z rytmu dnia codziennego, a wszystkie zaplanowane uprzednio wydarzenia opóźnia o długość swojego trwania. Taka godzina rodzi się najczęściej z oczekiwania na coś (z czego nie możemy zrezygnować) lub na kogoś (kogo nie sposób zignorować). W ubiegły piątek taka godzina dopadła właśnie mnie. Tuż przed południem zamówiłam z katalogu czytelni bibliotecznej kilka interesujących mnie czasopism i dopiero po dziewięćdziesięciu minutach zostały wyjęte z jednej spośród tysięcy ogromnych szaf, po czym trafiły na czytelniane biurko. W międzyczasie, który przypadł akurat na porę obiadową, postanowiłam się posilić w towarzystwie nowo poznanej towarzyszki oczekiwania. Trudno nam było dojść do konsensusu w kwestii miejsca i treści posiłku. Nie potrafiąc wybrać pomiędzy pierogarnią a barem dla wegetarian, postawiłyśmy na trzecią opcję, a mianowicie na Muzeum Narodowe. Ona od pierogów wolała wystawę Zofii Stryjeńskiej, która i mnie bardziej pociągała niż wizja naleśników z fasolą. Bilet ze zniżką studencką kosztował mniej niż kawa w muzealnym bufecie, a dzięki niemu zakosztowałyśmy rozrywki co niemiara. Wystawa stanowi bowiem przekrój przez całą twórczość Stryjeńskiej. Obejrzeć tam można pierwsze szkice artystki-podlotka, rysowane ręką jeszcze niewprawną i niepewną własnego stylu. Obok nich – malowane z rozmachem sceny z życia chłopskiego czy projekty scenografii teatralnych, pochodzące z późnego okresu artystycznej aktywności Stryjeńskiej. Po obejrzeniu takiego nagromadzenia eksponatów miałam przez chwilę wrażenie, jakbym była Zofią Stryjeńską na łożu śmierci, kiedy to całe życie „przewija się” przed oczami w postaci serii obrazów.


Czy Mona Lisa wisi za wysoko?


Październikowe „Spotkania z Zabytkami” (10/2008) otwiera artykuł Anny Żakiewicz, będący głosem w dyskusji o muzeach właśnie (No i po co nam w ogóle te muzea…?). Autorka odpowiada na zarzuty sformułowane w tekstach zamieszczonych w „Metrze”, „Gazecie Stołecznej” i „Polityce”, a wymierzone przeciwko muzeom w ogóle, a szczególnie przeciw muzeom narodowym. Adwersarzom nie podoba się, że muzea to droga rozrywka, a muzealnicy marnotrawią pieniądze uczciwych podatników; że obrazy wiszą za wysoko, a w Warszawie ludzie i tak od kolejnego muzeum (Sztuki Nowoczesnej) wolą obwodnicę (o czym mówi sondaż przeprowadzony na zlecenie Centrum Komunikacji Społecznej). Anna Żakiewicz udowadnia bezzasadność powyższych oskarżeń, porównując sytuację muzealnictwa polskiego do wielkoświatowego (Londyn, Paryż, Nowy Jork). Broni prawa do istnienia galerii i muzeów, powołując się na ich misję edukacyjną, wreszcie na koniec przypomina zasługi i osiągnięcia pracowników tych instytucji. Obrona muzeów pióra Żakiewicz, pomimo iż miejscami zdradza uzasadnione rozeźlenie piszącej, jest raczej uprzejmym pouczeniem niedoinformowanych. Autorka nie atakuje żadnego z poprzedników-dyskutantów, przytacza jedynie konkretne fakty, mające uświadomić im omyłkę (w ten sposób dyskutują ludzie inteligentni). Sam fakt powstania powyższego artykułu daje powody do niepokoju. Tekst ten powinien zaalarmować każdego uważającego się za myślącą osobę Polaka, uświadamiając, w jak niezdrowej atmosferze nasz kraj dąży do dobrobytu. Muzeum to „przechowalnia” materialnych przejawów ludzkich myśli i działań, skarbiec zbiorowej pamięci. Jakże więc można podważać sens istnienia takiego przybytku? Warszawiaków powinno pytać się nie o to, czy budować obwodnicę, czy też Muzeum Sztuko Nowoczesnej, ale w jakiej kolejności realizować oba projekty.


Na początku porcelana była czerwona


Następne artykuły z październikowych „Spotkań…” poruszają tematy nie mniej ciekawe, choć już nie tak kontrowersyjne jak ten pierwszy. Wanda Załęska pisze o historii czerwonej kamionki z Miśni, zwanej porcelaną „czerwoną”, będącej zapowiedzią białej, „prawdziwej” porcelany (Miśnieńska „czerwona” porcelana). Czytelnik dowiaduje się, że ta tzw. protoporcelana powstała w laboratorium alchemika barona von Tschirnhausa jako „produkt uboczny” przy próbach uzyskania złota. To, że czerwona kamionka wysublimowała się do białej postaci, zawdzięczamy więźniowi króla Augusta II, Johanowi Böttgerowi. Naczynia z surowca „pierwotnego” są jednak tak piękne, że nie sądzę, aby ktokolwiek miał zdolnemu więźniowi za złe, gdyby zadowolił się kamionką i zaprzestał dalszych badań nad uzyskaniem prawdziwej porcelany.

Tekst Barbary Trojnar Łańcucki „Amor” Canovy w Possagno i Rzymie odnosi się do jakże słusznie nazwanej epoki Oświecenia, kiedy polscy arystokraci mogli się mienić estetami i mecenasami sztuki, a stać ich było na składanie zamówień u najznakomitszych artystów Europy. Znakomitym artystą jest w tym przypadku Antonio Canova, a przedstawicielką zamożnej polskiej arystokracji Izabela z Czartoryskich Lubomirska. Za jej sprawą zajął się Canova portretowaniem małego księcia – Henryka Lubomirskiego. Urzekająca młodzieńcza uroda Henryka skłoniła Canovę do wystylizowania rzeźby na dzieło antyczne – postać boga miłości Amora. Dzięki temu, że postać Henryka utrwalił w kamieniu właśnie Canova, młody książę nadal podróżuje, mimo iż od jego śmierci minęło ponad półtora wieku. W 2007 roku zawędrował ponownie do Włoch, by wziąć udział w wystawach zorganizowanych z okazji 250. rocznicy śmierci rzeźbiarza. Warto przeczytać cały artykuł, by dowiedzieć się, w jak znamienitym towarzystwie prezentowano naszego małego księcia i jak został on przyjęty w rodzinnej ziemi Canovy.


Król garbaty


W cyklu Wokół jednego zabytku Hanna Widacka wzięła pod lupę rycinę z podobizną króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego, pochodzącą ze zbiorów Biblioteki Narodowej w Warszawie (Król „Piast”). Choć stosunkowo niedługi, jest to mój ulubiony tekst w numerze. Analiza techniczna oraz historyczna obrazka stanowi tu jedynie preludium i pretekst do rozważań na temat o wiele bardziej mnie interesujący. Widacka pisze o królu Wiśniowieckim jako o postaci tragicznej, o władcy źle ocenianym i mężczyźnie uznawanym za szpetnego, któremu za życia (jak i po śmierci) nie szczędzono mało wybrednej krytyki. Zastanawiające, jak mocno przylgnęły do króla te krzywdzące opinie (które autorka cytuje we fragmentach za historykiem Tadeuszem Korzonem). Jeszcze dziś – ponad trzy wieki po jego odejściu! – kojarzy się nam on przecież raczej negatywnie.


W „Spotkaniach z Zabytkami” lepiej nie czytać wszystkich artykułów. Lepiej przejrzeć numer i wybrać dwa lub trzy teksty. Potem najbezpieczniej będzie pismo odłożyć, schować albo wyrzucić, włączyć telewizor i poszukać wzruszającego filmu o tematyce rodzinnej. Bo kiedy się przeczyta „Spotkania…” od deski do deski, zachciewa się człowiekowi różnych dziwnych rzeczy. Zaczynamy się wiercić w fotelu i myśleć o pogłębianiu wiedzy na temat naszego pięknego kraju. Od czytania numeru październikowego może się zachcieć, co następuje:

– obejrzeć z bliska tajemnicze zdjęcia Stefanii Gurdowej i dowiedzieć się więcej o pani fotograf (Fotoarcheologia galicyjska, Agnieszka Gniotek);

– odbyć podróż na wschód Polski i na Ukrainę, żeby poczuć, czym pachnie Łemkowszczyzna i Huculszczyzna (Cerkiew w Króliku Wołoskim, Andrzej Osiński);

– pójść do jakiegoś muzeum, zanim zostanie zburzone przy jednogłośnym przyzwoleniu społeczeństwa i zanim na jego miejscu powstanie droga szybkiego ruchu.

Anna Ryguła

Omawiane pisma: „Spotkania z Zabytkami”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
JAKA PIĘKNA UTOPIA…
RENESANS FILMU DOKUMENTALNEGO?
K JAK KRAKÓW, L JAK LITURGIA, D JAK DRAMAT

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt