Witryna Czasopism.pl

nr 15 (217)
z dnia 5 sierpnia 2008
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

PAŹDZIERNIKOWE NOCE GÉRARDA DE NERVALA

Warto pogrzebać w przeszłości i przeczytać autora żyjącego prawie dwieście lat wcześniej nie tylko dlatego, by przekonać się, że od nawet kilku tysięcy lat w człowieku zmienia się niewiele, ale żeby się sporo nauczyć. Ruszyłem więc w miasto i wróciłem z podwójnym numerem „Literatury na Świecie” (3-4/2008). Zwabiło mnie zdjęcie z okładki: stateczny pan z wysokim czołem i patriarchalnym wąsem śmiało, ze skupioną miną, patrzy prosto w obiektyw. Oto wymarła rasa dziewiętnastowiecznych realistów; mam przeczucie kawałka porządnie skrojonej, solidnie wykończonej, eleganckiej powieści starego typu, bezpretensjonalnej i nieśmierdzącej awangardą. Gość z okładki to Gérard de Nerval. Przyznaję, prócz przypadkowych strzępów informacji nie miałem o nim dotąd większego pojęcia. Tym chętniej zabrałem się za lekturę. Pierwsze strony wprawiły mnie w popłoch. Gdyby nie dobry nastrój, życzliwe nastawienie wywołane aparycją autora (i zapas schłodzonego piwa w lodówce), Nerval wylądowałby pewnie w skrzyni z trędowatymi książkami, czekającymi na transport do antykwariatu. Przemytnicy. Historia księdza de Bucquoy, bo tym tekstem zaczyna się przegląd najpóźniejszych i niepublikowanych dotąd w Polsce tekstów Nervala, to straszny gniot, ni to akademicki elaborat o zacięciu historiograficznym, ni to beletryzowana opowieść z dobrą wprawdzie, ale całkowicie sknoconą przez narratora fabułą. Dziwne skróty, powierzchowne opisy, rozwlekłe i monotonne autokomentarze, lipne żarty i niedorzeczne dygresje, całkowicie bezbarwny język – to kryje się za obiecującym tytułem Przemytników. Może trochę tłumaczy autora fakt, że pisał to dla dziennika i pod presją cenzury, ale co wytłumaczy go z ulegania presji cenzurze i pisania do dziennika? Przepłynąłem jakoś tę mulistą rzekę tekstu, ale nikomu nie polecam podobnych wyczynów. Złóżmy głęboki pokłon Ryszardowi Engelkingowi za bohaterski czyn, jakim było przełożenie czegoś tak strasznego i przejdźmy do Nocy październikowych (Paryż, Pantin, Meaux), tekstu zdecydowanie lepszego, który opowiada o włóczeniu się po zakazanych paryskich rewirach i mordowniach, zawieszonych gdzieś w połowie drogi między czyśćcem a piekłem. To dziennik, zapis życia, konkretnie trzech długich nocy i trzech różnych miejsc. Miejsc położonych blisko siebie na terenie Francji, dobrze już Nervalowi znanych; pisarz wybrał się tam, by odpocząć od wielkich zagranicznych podróży, z których słynął (odbył m.in. roczną podróż na Wschód). Jest już dojrzałym człowiekiem, w połowie drogi (jak sam pisze), jeszcze niepodejrzewającym, że niebawem umrze z własnej ręki, wieszając się w jednym z paryskich zaułków. Podobnie jak u Charles'a Baudelaira czy Paula Verlaine'a, przewijają się tu motywy absyntu, napotykanych dziwadeł, cudacznych osobników zaludniających spodnie warstwy miasta, starych prostytutek, handlarek, robotników, żebraków, oszustów, notorycznych kłamców i innych tego rodzaju figur. Nerval w krótkim tekście zestawia ze sobą brudne rozkosze nocnego Paryża i pachnące kwiatami, czyste idylle małych miasteczek. Ciągnie go do grzechu i świętości, rozpusty i dobroci, choć w praktyce to człowiek żyjący po stronie światła, zafascynowany mrokiem i zepsuciem jedynie jako obiektem obserwacji i literackiego opisu. „Piekło” Nervala dzisiaj nie wystraszyłoby nawet przedszkolaka, w tak powściągliwy i łagodny sposób jest opisywane. Nerval pilnuje się, żeby nie zabłądzić zbyt daleko w paryski rynsztok, bo pewnie boi się o swoją skórę. Dokuczają mu okresowe nawroty choroby psychicznej, boi się więc podwójnie, by po zbyt mocnych wrażeniach znów nie popaść w obłęd. Stara się być stateczny, opanowany, dobrotliwie przymruża oko, rezygnuje z opisów bardziej drastycznych scen; jego odczucia są zrównoważone, przebiegają w granicach rozumu, dają się przewidzieć, ująć w słowa, opisać. A szkoda. Gdyby Nerval rozluźnił kołnierz, wypił więcej absyntu, stracił panowanie nad sobą, przekroczył linię między szaleństwem a normalnością, byłby może ciekawszy. A tak mamy bardzo ładny sen nocy letniej zamiast obrzydzającego, zarobaczonego, kurwiącego się na lewo i prawo, zapijaczonego Paryża. Gdyby Nerval rozłożył ręce i zeskoczył do kanałów z uśmiechem straceńca na twarzy…, hmmmm, wówczas byłby Louisem-Ferdinandem Célinem, Henry Millerem, Witkacym, Charlesem Bukowskim… a nie Gérardem de Nervalem. To oczywiście nie jego wina, że dopiero za pięćdziesiąt lat seks, zboczenie, cynizm i mowa ulicy wejdą do literatury. Gdyby stało się to za jego czasów, wtedy naprawdę mielibyśmy co poczytać. Wtedy Jerofiejew ze wstydu przed plagiatem nigdy nie pojechałby z Moskwy do Pietuszek. Kod literacki romantyzmu nie pozwolił Nervalowi zrobić tego, co być może powinien był zrobić – oderwać się od normalności i wypłynąć na głębokie wody obłędu. Nerval walczył ze swoją chorobą psychiczną. Szaleństwo nie wchodziło w grę literacką. Kod literatury miał, co prawda, w repertuarze narwanych, nawiedzonych młodzieńców, opętanych wizją proroków, ale ich obłęd był, jak pomadka na twarzy księdza, bardziej zabiegiem stylistycznym niż realnym przeżyciem albo fantazją więźnia (de Sade). Romantyczne szaleństwo było arystokratyczne, górnolotne, nierzadko pretensjonalne, przesadzone i zwyczajnie w świecie zmyślone. Poza tym musiało być uświęcone, musiało rozgrywać się na tle zmagań wielkich idei, historycznych sił. Albo, z drugiej strony, być sprawką ukrytych, tajemnych mocy, niedostępnych ludzkiemu poznaniu. Obłęd Nervala był materialny i, w ówczesnym rozumieniu, nieliteracki. Obfitował w przykre depresje, zejścia i syndromy abstynenckie po odstawieniu haszyszu czy absyntu, dezorientację, ordynarną nędzę, rozdwojenie jaźni, poczucie zaszczucia i osamotnienia. Stany mało wzniosłe, ociekające fizjologią, monotonne, wyczerpujące, maltretujące mózg i wnętrzności, raczej zaparcia, wymioty i perypetie żołądka niż podniebne wzloty natchnionej duszy. Taka choroba nie pasowała do kanonu. Po pierwszym ataku choroby w 1841 r. Nerval już do końca życia walczył z etykietą wariata. Wariat z etykiety to był właśnie ten romantyczny typ, opętany duch, wydelikacony nadwrażliwiec, z którym nie czuł – rzecz jasna – żadnego pokrewieństwa. Pisząc Przemytników i przebierając się za naukowca-historyka, próbował dowieść swojej normalności i zrównoważenia. Nie chciał powielać szablonu papierowego obłędu, rozpowszechnionego w ówczesnej literaturze, a jednocześnie nie potrafił znaleźć języka dla obłędu własnego. To kolejne rozdwojenie w jego życiu – symulowana normalność w tekstach i realne szaleństwo na co dzień. Ale dlatego Nerval jest taki ciekawy, mimo wszystko, mimo nudy i dłużyzn, mimo kiczowatego niekiedy sentymentalizmu. Jego dzieło i losy pokazują, że pewni autorzy urodzili się za wcześnie, że język epoki ograniczył ich możliwości wypowiedzi, a tym samym znacznie obniżył wartość ich dokonań. Nerval powinien być rówieśnikiem Strindberga, wówczas zamiast przyczesanych Nocy październikowych napisałby może coś jeszcze bardziej piekielnego niż Inferno.

Dlaczego zatem warto czasem sięgać w przeszłość i czytać autora żyjącego prawie dwieście lat temu? Bo można się nauczyć choćby tej jednej, cennej rzeczy, niby banalnej, ale dzisiaj chyba trochę zapomnianej. Pisarz zawsze jest „do przodu”, a jeśli nie do przodu, to przynajmniej z boku, dlatego zastany język, współczesne mu reguły mówienia czy wyboru tematów ograniczają go. I trzeba bardzo twardego łba, żeby taki mur epoki przebić.

Igor Kędzierski

Omawiane pisma: „Literatura na Świecie”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
„Niechcący dialog” o Unii
felieton___MISTRZ MIMO WOLI
PRZEWODNIK PO OBRAZACH

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt