Witryna Czasopism.pl

nr 3 (205)
z dnia 5 lutego 2008
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | wybrane artykuły | autorzy | archiwum

KUMULACJE I WYGRANE

Rynek pożre wszystko, dajcie mu tylko czas.
Jerzy Jarniewicz


Czy w literaturze istnieje postęp? Czy odpowiedź na to pytanie w ogóle jest możliwa? Co miałby oznaczać postęp w literaturze? Jak można by go zmierzyć? Ostatnimi czasy po raz wtóry rozgorzała dyskusja na temat literackiego offu i awangardy. Dosyć powszechny wydaje się wśród krytyków pogląd, że metaliteracki podział na centrum i peryferia wiąże się z instytucjonalnym charakterem literatury. Rynek wydawniczy rządzi się regułami ekonomicznymi, a o usytuowaniu konkretnej książki w obiegu decyduje szeroko rozumiany marketing. Trudno się zresztą nie zgodzić z tą ogólną diagnozą, która w jakiś sposób, czy kto tego chce czy nie, przypomina starą Marksowską prawdę: wszelkie dobro jest przedmiotem obrotu rynkowego i podlega regułom wymiany handlowej.

Już samo istnienie dualnych opozycji, opartych – niezależnie od epoki – na tym samym mimetycznym schemacie, powinno budzić podejrzenie, że tzw. teoria igra sobie z czasem, nie respektuje jego trudnych reguł i na własne potrzeby manipuluje jego korytami. Taką możliwość zdaje się sugerować Jerzy Jarniewicz w swoim artykule Off czyli poczekalnia („Witryna Czasopism” nr 14 [192] z 20 lipca 2007): „Off jest więc kategorią doraźną i wyjątkowo szybko się dezaktualizującą. Dzisiejszy off jest jutrzejszym mainstreamem. Offowość nosi się jak sezonowe ciuchy”. W dalszej części jednak Jarniewicz twierdzi, że w sztuce nie istnieje postęp, dlatego pojęcie awangardy przestało mieć w dzisiejszych czasach rację bytu. „Samo pojęcie «awangardy», ukute przez idealistycznych i wierzących w swoje misyjne powołanie modernistów, dziś wzbudza jedynie uśmieszek (zażenowania?, politowania?), gdyż sugeruje istnienie w sztuce postępu. Ci, którym się wydawało, że na drodze postępu idą ze swoją sztuką przed innymi, nazwali się awangardą, czyli strażą przednią. Ale kto dziś w całej powadze i przy zdrowych zmysłach uznałby się za awangardystę? Kto stwierdziłby, że wyznacza «przyszłość sztuki'»? Dziś nowość przestała być estetycznym fetyszem, jakim była za czasów modernistów. Więcej, uznana została za infantylną mrzonkę. Kres kultu nowości znajduje potwierdzenie w popularności palimpsestów, pastiszów, sampli, coverów czy nakładek jako podstawowych chwytów i zabiegów sztuki ponowoczesnej”.

Czy rzeczywiście tak jest? Czy zmiana optyki, którą sugeruje przywołany autor, nie oznacza właśnie swoistej ewolucji w obrębie historii literatury? Gdzie w końcu miejsce dla tych wszystkich dziedzin, jakie w ciągu ostatniego wieku zaangażowała ona w swoje poczynania (choćby takich jak lingwistyka, psychologia czy socjologia)? Odłóżmy jednak na bok czas historyczny i zajrzyjmy w sam tekst.

Tekst przetwarza się, jest w ciągłym ruchu i, jeśli wolno się tak wyrazić, nigdy nie jest u siebie. Wszelkie czytanie jest przecież niedoczytaniem. Misreading nie skazuje jednak krytyka (czytelnika) na banicję. Przeciwnie, generuje przestrzeń dla nieskończonej ilości twórczych interpretacji. Czyli pozwala zaistnieć nowym, autonomicznym tekstom, które nie będą ani lepsze, ani gorsze od tekstów, do jakich się odnoszą. Każdy utwór bowiem to rodzaj krytyki literackiej, jeśli przywołać słynną tezę Richarda Rorty’ego. Co więcej, zawsze mieni się innymi barwami, nawet wtedy, gdy zdaje się odpoczywać na bibliotecznych półkach. Ten fakt został obrazowo przedstawiony przez Borgesa w wielokrotnie przywoływanym opowiadaniu Pierre Menard, autor Don Kichota. Pod wpływem nowego tekstu tekst wcześniejszy zmienia się, a czas zaczyna płynąć w przeciwną stronę.

Postęp zatem istnieje, ale w innym znaczeniu niż to, którego używa się do określenia progresu w obrębie nauki czy historii. W przypadku sztuki postęp nie przejawia się bowiem w żadnym „lepiej” i „więcej”, ale w swoistym „inaczej”. Język zmienia się, a wraz z nim zmieniają się teksty literackie, które już istnieją. Z kumulacyjnego charakteru literatury zdał niegdyś sprawę rosyjski filozof Michaił Bachtin, jeszcze zanim w obiegu pojawiło się pojęcie palimpsestu. Kategoria kumulacji chyba dobrze oddaje myśl Bachtina: „Skarby znaczeniowe, które Szekspir włożył w swoje dzieła, tworzyły się i gromadziły przez wieki, a nawet tysiąclecia”. Dla autora Dialogu-języka-literatury słowo to „dramat, który rozgrywa się poza autorem”. Ów dramat ostatecznie usuwa autora, a w każdym razie przesuwa go, odbierając mu uprzywilejowaną dotąd pozycję. Resztę znamy już od poststrukturalistów. Dlaczego palimpsest i pastisz mają językowy sens? Dlatego, że istnieje zastany materiał, a więc cała tradycja literacka, która dosłownie była „przedtem”. Myślę więc, że modernistyczny kult nowości nie umarł, ale został pociągnięty do granic możliwości. Parafrazując przywołanego autora: dzisiejszy off jest wczorajszym mainstreamem.

Pojęcie wpływu, to Bloomowskie, ale także to Heraklitejskie, ukryte w metaforach rzeki i ognia, dobrze oddaje charakter tego zjawiska. Uczestnictwo w owym ruchu polega na przetwarzaniu, odnawianiu i zawłaszczaniu języka – w języku i poprzez język. Nawet jeśli całe przedsięwzięcie polega na zabawie kliszami, to przecież układ klisz (kolejna klisza?) jest ostatecznie czymś niepowtarzalnym i nie bez powodu lokowanym w pobliżu lęku. W ten sposób czas zostaje wyniesiony z czasu. Albo inaczej: umiera historia jako narzucony instytucjonalnie cykl obiektywnych zdarzeń, a rodzi się jednostka – samotne, nagie ja liryczne, które ma do dyspozycji wszystko i nic, zarazem całą tradycję literacką i biel pustej kartki. Na mapie, która zastąpiła rzeczywistość, rodzi się manekin, uśmiechnięty Charon, który odtąd będzie pośredniczył pomiędzy światem żywych a światem umarłych.

W literaturze istnieją więc postępy, i to dwojakiego rodzaju. Pierwszą grupę tworzą postępy „zewnętrzne”, związane z faktycznie upływającym czasem historycznym. Do drugiej należy zaliczyć postępy „wewnętrzne”, lokalne, polegające na ruchu w obrębie samego tekstu, od jednej całości znaczeniowej do innej, od postmodernizmu do modernizmu, od poetyckiego powtórzenia do faktycznego zmartwychwstania, tu i tam, w nieskończoność. Cieszmy się więc, że na świecie wydawanych jest tyle książek. Cieszmy się, że wśród nich większość to książki nieoryginalne, w złym stylu, bo właśnie dzięki nim rozumiemy wartość książek oryginalnych. Tym bardziej cieszmy się z książek znakomitych. Cieszmy się z mniejszych i większych wygranych, które wciąż przypadają nam w udziale. Wszelka lektura jest bowiem zawsze kolekturą. I niech ta loteria trwa!

Marcin Orliński

Artykuł pochodzi z czasopisma „Twórczość” nr 1/2008.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
felieton ___BIZNES WYDAWNICZY
Impas
PRZYJEMNOŚĆ JEST ROZUMIENIEM.
Z Andrzejem Sosnowskim rozmawia Alina Świeściak

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt