Witryna Czasopism.pl

nr 2 (204)
z dnia 20 stycznia 2008
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

WIERCENIE W MUZEUM

Minął kolejny rok. Nadszedł czas podsumowań, także w sztuce. Nagle bardzo różne wydarzenia okazują się tymi najważniejszymi w 2007 roku: a to wystawa Wilhelma Sasnala w Zachęcie, a to „manifest” Artura Żmijewskiego ogłoszony na łamach „Krytyki Politycznej”, a to pokaz malarstwa flamandzkiego XVII wieku w warszawskim Muzeum Narodowym. W rozlicznych wyliczankach rzeczy „naj…” nie zabrakło Muzeum Sztuki Nowoczesnej. To nie dziwi, bo niewiele wydarzeń w ubiegłym roku wywołało tak gorące emocje, jak konkurs na projekt architektoniczny warszawskiego muzeum. Wybór propozycji Christiana Kereza licznych wzburzył. Werdykt jury był ostro kontestowany.

Po kilku miesiącach emocje opadły. Muzeum przestało być obowiązkowym tematem rozmów i tekstów prasowych. Stała recenzentka „Rzeczpospolitej” ogłosiła nawet niedawno: i co, miało być wspaniale, a tu wielka klapa. Zapewne była przekonana, że taki budynek wznosi się przez pół roku. Jednak mówiąc poważniej, ciągnące się negocjacje miasta z architektem mogą budzić niepokój, czy to muzeum powstanie. Działanie zastąpiło gadanie. Chyba nawet sam Kerez zaczął wierzyć w sprawczą moc słów, udzielając wywiadu za wywiadem. Nie wiem, czy o jakimś innym budynku w Polsce tak wiele powiedziano, i to zanim wkopano pierwsze fundamenty.

Szczęśliwie wydarzyło się też coś więcej niż wydrukowanie metrów rozmów z architektem. Nowa ekipa, która objęła kierowanie muzeum w połowie ubiegłego roku, zaczęła wydawać gazetę. Tytuł może nosi niezbyt wyszukany – „Muzeum”, ale zawartość ciekawa. Nie jest to biuletyn poświęcony życiu wewnętrznemu instytucji, od jakich roi się w Polsce. Pismo ma stać się miejscem dyskusji nie tylko o warszawskim projekcie, ale o tym, czym dziś jest muzeum, jakie są relacje między nim i artystą, jakie ma zadania i zobowiązania wobec twórców i odbiorców sztuki.

Ambitne założenia, ale pismo jest dopiero w powijakach. Wyszedł właśnie drugi numer (2/2007). Otwiera go rozmowa z Kerezem. Ten wybór redakcji można zrozumieć, ale nie jest to lektura obowiązkowa (patrz wcześniejszy akapit). Tym bardziej, że obok zamieszczono teksty bardziej zajmujące, jak Rzeczywistość reżyserowana – sztuka z udziałem „prawdziwych ludzi” Claire Bishop o problemie relacji między artystą i widzem oraz o ponownym zainteresowaniu twórców sztuką performance w ostatniej dekadzie (na przykładzie działań m.in. Santiago Serry, ale także Pawła Althamera i Artura Żmijewskiego).

Zatrzymajmy się jednak przy innym problemie: sztuki i instytucji artystycznych, bo pytanie o to, czym dzisiaj są takie instytucje jak „muzeum”, „wystawa”, „kurator”, staje się coraz bardziej aktualne. Nierzadko pojawiają się opinie, że dotychczasowe ich formy funkcjonowania dla wielu artystów okazują się niewystarczające, iż instytucje artystyczne coraz mniej wydolnie reagują na wyzwania współczesności. Zatem jest o czym dyskutować.

„Z reguły wydaje się, że sztuka może powstawać wszędzie i że nie jest zależna od szczególnego miejsca” – zauważa Thierry de Duve, belgijski historyk i krytyk, kurator m.in. pawilonu belgijskiego na Biennale w Wenecji w 2003 roku, w rozmowie z Martą Dziewańską, opublikowanej w tym numerze pisma (Pudełko z narzędziami). Nie można jednak pominąć roli miejsc szczególnych dla sztuki, a takimi są np. sale koncertowe, ale także muzea. Stawiając pytanie o ich możliwości dzisiaj, pyta się równocześnie o możliwości sztuki, nawet jeśli ludzie muzeów „w praktyce budują przestrzenie dla całkiem konkretnych obrazów czy rzeźb”. Dalej zauważa de Duve: „Jeśli chodzi o rolę i miejsce muzeum w 'dzianiu się' sztuki, warto zauważyć, że muzea coraz częściej inicjują działania twórcze, zamawiając u artystów konkretne prace”. Wreszcie dodaje: „artyści, przeciwstawiając żywą sztukę sztuce muzeów, a także chcąc pogodzić sztukę z życiem, opuszczają mury muzeów. Jest w tym jednak jakaś ogromna sprzeczność, dodaje, bo artyści współcześni są pierwszymi, którzy tworzą sztukę, której jedynym przeznaczeniem jest właśnie instytucja muzealna. Stąd też krok, jaki czynią muzea, gdy generują projekty artystyczne wydaje mi się jak najbardziej logiczny”.

Jednak być może nie jesteśmy skazani wyłącznie na sztukę tworzoną dla muzeum. Joanna Mytkowska w tym samym numerze „Muzeum” publikuje relację z Riwaq Biennale w palestyńskim Ramallah (Przypadki żyrafy, relacja z podróży). Przy czym impreza nie polegała na oglądaniu mniej lub bardziej udanych dzieł, lecz na… podróżowaniu (a także na warsztatach), na zwiedzaniu miejsc na terytorium Autonomii Palestyńskiej i części terytoriów okupowanych, które często dla przybyszów z zewnątrz są po prostu niedostępne. Dzięki temu uczestnicy mieli szansę zobaczyć – jak pisze Mytkowska – „złożoną sytuację regionu w stanie permanentnej wojny”. Nie chodziło, oczywiście, o turystyczne doznania. Celem Riwaq Biennale „była zmiana perspektywy na uczestniczącą, zaangażowanie zaproszonych artystów w sytuację lokalną”, pokazanie, że dzięki artystom rodzą się „alternatywne wobec wojny projekty wyjścia ze stanu permanentnego kryzysu”. Jako przykład może służyć film Arna’s Children nakręcony przez Juliano Mer-Khamisa. W jednej ze scen „młodzi chłopcy deklarują, że nie chcą już jak starsi bracia walczyć bronią, ale swój protest przełożyć na język teatru”. Jak zauważa Joanna Mytkowska, takie imprezy jak Riwaq Biennale dają możliwość ucieczki „od ról, w których obsadza ludzi ten konflikt”. Niestety, nie odpowiada na pytanie: na jak długo można uciec. To jednak już inny problem.

W „Muzeum” zajęto się także mniej radykalnym zerwaniem z tradycyjnymi praktykami instytucjonalnymi. Ana Janevski pisze o wystawie Trzeci umysł (taki tytuł nosi także tekst jej poświęcony), przygotowanej przez szwajcarskiego artystę Ugo Rondinone w paryskim Palais de Tokyo. To świetny przykład nowego zjawiska, jakim jest przejmowanie przez twórców roli kuratora. Ma to, jak w przypadku tej wystawy, prowadzić to przełamywania dotychczasowych form postępowania, odmiennego i odświeżającego spojrzenia na wystawę jako zjawisko.

Rondinone, tworząc wystawę Palais de Tokyo, sięgnął po technikę kolażu. „Kierując się własną wrażliwością i zainteresowaniami artystycznymi – pisze Janevski – […] wybrał prace trzydziestu jeden artystów i artystek i wymieszał je, by stworzyć jedno zbiorowe dzieło, pokazując w ten sposób każdą ze składowych w nowym świetle i nowym kontekście. Z pracy na pracę tworzy się złożony i nieoczekiwany krajobraz. Łącząc doskonale dzieła sztuki, wystawa zwraca uwagę na powiązania, konfrontacje i nieprzewidziane znaczenia, wyłaniające się w efekcie takiego kolażu”.

Nie wiem, czy zawsze takie „instrumentalne” użycie cudzych dzieł spotkałoby się z uznaniem. Raczej nie, a w awangardzie protestu znaleźliby się pewnie sami twórcy. Może jednak warto. Jak przekonuje Ugo Rondinone, w efekcie takiego kroku, z dodania dwóch jedynek otrzymuje się nie dwa, lecz trzy, czyli nową jakość. Wystawa przestaje być jedynie mniej lub bardziej błyskotliwym pokazem znanych już prac.

Na oglądanie sztuki w gmachu nowego muzeum musimy jeszcze trochę poczekać, ale przynajmniej możemy o niej poczytać.

Paweł Kompanicki

Omawiane czasopismo: „Muzeum”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
TRZY RAZY POLEMICZNIE
MURDERABILIA
CZY PAN KOWALSKI POJEDZIE DO WARSZAWY?

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt