Witryna Czasopism.pl

nr 21 (199)
z dnia 5 listopada 2007
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

O RÓŻAŃCU IWASZKIEWICZA I ZAGŁADZIE GATUNKÓW

Dziwne i pokrętne są ścieżki literackiej sławy. Bywa, że syn mija pismo, wnuk się po nie schyla. Syn podnosi pismo, a wnuk bezcześci. Syn wraz z wnukiem bezczeszczą pismo, syn wraz z wnukiem pismo ubóstwiają. Bywa i tak, że pismo z różnych powodów jest zakryte przed wzrokiem tak syna, jak i wnuka, a wtedy – jeśli z pomocą nie przyjdzie jakaś instytucja (prezydent, kościół, wydawnictwo, IPN) – pismo, a przede wszystkim jego autor, nie ma już przed sobą żadnej kariery. Wydawać by się mogło, że Iwaszkiewicz najlepsze czasy ma już za sobą. Po cichu, gdzieś przy okazji politycznych sporów o kanon lektur, trafił (niesłusznie!) do literackiego lamusa: dołączył do całej plejady niegdysiejszych inżynierów dusz. Mój 14-letni brat wzruszającej opowieści o warszawskim Ikarze w szkole nie słyszał. Nie usłyszy też raczej (chyba że trafi mu się w liceum nauczyciel-reakcjonista) opowieści o demonicznej Matce Joannie od Aniołów. I choć kontury zjawiska „Iwaszkiewicz” ulegają być może rozmazaniu w społecznym odbiorze, pierwszy tom prywatnych zapisków autora Panien z wilka spotkał się z szerokim zainteresowaniem mediów i prasy: wysoko- i niskonakładowej. Można powiedzieć: jesienią tego roku z wielką pompą zmartwychwstał Jarosław Iwaszkiewicz, pisarz polski, poeta. Dziennik, pisany przez niego w miarę regularnie od 1949 roku (nie licząc wcześniejszych, sporadycznych wspomnień), upubliczniony w oficynie Czytelnik, wywołał falę dyskusji o kondycji świętej pamięci autora. O Iwaszkiewiczu postanowił porozmawiać z historykami literatury także Jan Strzałka w najnowszym numerze „Tygodnika Powszechnego” (Paciorki jednego różańca – z Hanną Kirchner i Piotrem Mitznerem rozmawia Jan Strzałka, „TP” nr 44/2007).

Bo dla historyka literatury pozostawiona przez pisarza, brzydko mówiąc, intymistyka stanowi radość kłopotliwą. Trzeba to jakoś wydać i skomentować, np. wyjaśnić, kim jest pan X i pani Y, o których tu i ówdzie autor wspomina. Otwiera się wtedy rozległe pole możliwości dla znawcy „kontekstów”. Natomiast kłopot zaczyna się w momencie, gdy trzeba ustanowić hierarchię względem pozostałych, publicznych pism i względem autorskiego wizerunku, gdy pojawia się potrzeba opisu relacji między tym, co intymne, a tym, co literackie. Tutaj wariantów kombinacyjnych jest kilka, a wybór któregoś z nich zawsze narażony jest na zarzut redukcji.

Kirchner i Mitzner, a wraz z nimi uważny Jan Strzałka, starają się balansować między różnymi perspektywami opisu. Z jednej strony wskazują na ścisłą zależność genetyczną, mówiąc, że dziennik Iwaszkiewicza jest „literacką spiżarnią”, w której kryją się zalążki później zrealizowanych utworów (jak to ma miejsce z opowiadaniem Ikar), bądź ogólniej – jest kluczem do autorskiego widzenia świata (wspólnego dla życia i literatury), a więc jednym z paciorków różańca (!), do którego przyrównał (trochę, trzeba przyznać, kiczowato) całą swoją aktywność pisarską sam Iwaszkiewicz. Z drugiej strony, przepytywani przez redaktora „TP” historycy podkreślają fenomen osobowości Iwaszkiewicza, twórczość literacką zostawiając na uboczu. Na plan pierwszy wysuwa się jeszcze jeden ważny problem – szczerości.

Szczerze Iwaszkiewicz wielbił Bieruta? Szczerze się bratał z ludem pracującym miast i wsi? Rozmówcy Jana Strzałki także i tu starają się unikać jednoznacznych odpowiedzi. Helena Kirchner powiada: „Iwaszkiewicz uważał, że prawdziwy jest w tym, co pragnie utrwalić w Dziennikach. I rzeczywiście, to najprawdziwszy Iwaszkiewicz, któremu czasem trudno pogodzić się z owym człowiekiem z przedpokoju: przedpokoju własnego domu i zarazem z przedpokoju salonu władzy.” Zaraz jednak dodaje, że w dzienniku pewne sprawy zostały przemilczane z obawy przed możliwością rewizji i konfiskaty zapisków. Tak więc spod panoptycznego oka Bolesława Bieruta i jego następców Iwaszkiewicz się wyzwala, dając upust szczerości na kartach prywatnego dziennika, ale jednocześnie wciąż owo panoptyczne oko nad nim sprawuje władzę, hamując upust szczerości.

Niewątpliwie owo balansowanie jest rodzajem strategii obronnej: trzeba ocalić wizerunek Iwaszkiewicza przed stereotypem cynicznego politykiera, człowieka łasego wyłącznie na publiczne stanowiska i sławę ludowo-robotniczego mentora. Dlatego Mitzner i Kirchner podkreślają momenty „moralnej wzniosłości” i wyciszają niewygodne fakty, mówiąc o autentycznym przywiązaniu do ludu (do parobka!) i politycznej naiwności. Czy operacja liftingu się udała? Ostateczny werdykt nie będzie tutaj, oczywiście, należał do historyków literatury. Można natomiast powiedzieć: szkoda, że taka strategia w ogóle została przyjęta w odniesieniu do dzienników. Czy nie ciekawsze byłoby czytanie prywatnych zapisków autora Panien z wilka w perspektywie mechanizmów tworzenia się tego Iwaszkiewicza, który po latach przemawia do nas zza grobu? Mówiąc Gombrowiczem: czy nie ciekawsze byłoby obserwowanie, jak na swój własny, prywatny użytek Iwaszkiewicz pisze sobie Iwaszkiewicza, jak pisze sobie siebie?


Zagłada gatunków


Na końcu wywiadu Helena Kirchner wypowiada odnośnie zapisków Iwaszkiewicza bardzo interesującą tezę: „Dzienniki jednak to świetna literatura, bo wszystko, czego dotknie ręka prawdziwego pisarza, zamienia się w złoto”. Zostawiając na uboczu historyczno-literackie problemy z autorem Matki Joanny od Aniołów, można skrócić tę myśl, by zapytać: czy świetny pisarz stwarza świetną literaturę? Albo jeszcze brutalniej: czy „silne” nazwisko zawsze sygnuje równie „silny” produkt? Od strony realnych, finansowych zysków, a więc w dziedzinie promocji i marketingu – podejrzewam, że w jakiejś mierze tak. Ale w portfel nikomu nie zamierzam zaglądać. Zadaję sobie ostatnio tego typu pytania, gdy przechodzę do ostatniej strony „zawsze niewygodnego” tygodnika. Jak wiadomo, na ostatniej stronie musi być trochę luzu po serii problemów fundamentalnych, a więc jak świat światem wszystkie tygodniki na końcowych łamach serwują felietony. „Tygodnik Powszechny” tej szlachetnej tradycji czyni zadość. Niegdyś zamieszczał tam swoje teksty niekwestionowany (chyba także obecnie) lider polskiego felietonu – Jerzy Pilch. Jakiś czas temu krótki (ale znakomity) epizod współpracy z „TP” zanotował Michał Paweł Markowski. Obecnie (od kilku tygodni) swoją rubrykę posiada na ostatniej stronie Marian Stala, postać o nazwisku tak potężnym (znanym, cenionym), że aż wstyd pisać, dlaczego.

I to właśnie Marian Stala, wybitny krytyk i historyk literatury, skłonił mnie do postawienia powyższego pytania. Jako żywo teksty, które drukuje w „TP”, nie są tak mocne, jak potęga tegoż nazwiska. Więcej nawet: trudno nazwać je felietonami. Jedyne, co łączy je z tą nobliwą, ale wciąż niezwykle popularną formą, jest liczba znaków i aktualna tematyka. A gdzie finezja? Piankowy, satyryczny ton? Pointa? Zabawy stylem? Czyli: gdzie to wszystko, co sprawia, że niektórzy (jak niżej podpisany) zaczynają lekturę tygodników właśnie od felietonów? Być może jest to syndrom zagłady gatunków. Literackie gatunki podobno wyginęły już dawno. Razem z literaturą. Ale przecież dziennikarstwo ma się całkiem nieźle! Dostajemy do ręki gazetę i czytamy: komentarze, recenzje, reportaże, felietony, wywiady. Wszystko to się jakoś nazywa, z czegoś tam się składa. Dlatego czytelnik gazet (w odróżnieniu od czytelnika współczesnej literatury) czuje się bezpieczniej, otwierając poranny dziennik lub zasiadając do lektury tygodnika. A jeśli ma ochotę na grę z konwencją, np. czuje wzmożoną chęć przeczytania awangardowego felietonu, który składa się z ciągu liczb wymiernych, znaków przestankowych i modlitwy Anioł Pański, to zawsze można mu polecić stosowną bibliografię, ale na pewno nie ogólnopolski tygodnik.

Ja oczywiście wszystkim polecać będę „Tygodnik Powszechny” (zawsze niewygodny) i nie w tym rzecz, by czynić złośliwości pod adresem redakcji, która od lat szanuje swój „elektorat”, publikuje znakomite teksty, czyni problemy kultury, literatury i sztuki problemami publicznymi wbrew ogólnonarodowej tendencji do marginalizowania tej tematyki. Dlatego moje kłopoty z felietonami melancholijnego Mariana Stali jedynie sygnalizuję i zostawiam do przemyślenia. Najlepiej z „Tygodnikiem Powszechnym” w ręku.

Arkadiusz Wierzba

Omawiane pisma: „Tygodnik Powszechny”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
JEDNI SOBIE RZEPKĘ SKROBIĄ, DRUDZY KALAREPKĘ
KANON, HIPOTEZA KONIECZNA*
SPORE TĄPNIĘCIE

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt