Witryna Czasopism.pl

nr 21 (199)
z dnia 5 listopada 2007
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

W LEWO ZWROT! W PRAWO ZWROT!

W październikowym numerze „Teatru” (10/2007) ukazało się kilka tekstów obwiedzionych zdecydowanym, wyrazistym konturem walki z aktualnym stanem młodego polskiego teatru; tekstów, którym warto byłoby przyjrzeć się – z różnych powodów – nieco bliżej. Pierwszym z nich jest artykuł Rafała Węgrzyniaka Teatralne pole walki, będący kolejnym ogniwem w dyskusji, jaka rozpętała się po jego, opublikowanym w majowym numerze pisma, prowokacyjnym tekście Nowa lewica w teatrze. Rękawicę rzuconą przez Węgrzyniaka podnieśli wówczas Paweł Mościcki, Hanna Baltyn, Krystyna Duniec i Joanna Krakowska, później także Jerzy Limon, Wojciech Owczarski, Bartosz Szydłowski i Jacek Wakar. Dzięki temu możemy się teraz rozkoszować ripostą autorstwa Rafała Węgrzyniaka. Kolejny artykuł to Czy zmiany coś zmienią? Elżbiety Baniewicz, w którym autorka wyraża obawy, czy dyrektorzy obejmujący w nowym sezonie pięć stołecznych scen mają szansę okazać się artystycznymi tytanami na miarę Szajny, Axera lub Grzegorzewskiego. A ta obawa roztapia się w strachu przed jakością dzisiejszego – „zwłaszcza młodego” – teatru.

Przy okazji zaglądania do 10. numeru miesięcznika warto wspomnieć również o niesamowicie malarskim tekście Bogny Podbielskiej Wideomedytacje. Bill Viola w Polsce, opisującym i interpretującym wystawę artysty, niedawno pokazywaną w warszawskiej Zachęcie, a także o artykule R@port: pytania o Różewicza Moniki Żółkłoś, dotyczącym inspiracji Różewiczem wśród młodych artystów teatru. Nie można zapomnieć i o konceptualnym eseju Wojciecha Tomczyka zatytułowanym Gombrowicz rządzi!, uwierającym wręcz swoją oczywistością, zadziwiająco rażącym (bezzasadne wydaje się zaistnienie tego eseju na łamach pisma). A teraz ad rem...


Poszerzanie pola walki. Wokół Teatralnego pola walki Rafała Węgrzyniaka


Konstatacja Węgrzyniaka, iż „niewątpliwie jesteśmy świadkami próby zaanektowania młodego teatru przez lewicę, uczynienia z niego instrumentu walki politycznej i perswazji ideologicznej”, okazała się uderzeniem w stół, w następstwie którego odezwały się nożyce, aby kroić, ciąć i szatkować zmaterializowane w tekście Węgrzyniaka uderzenie. I słusznie. Kiedy bowiem autor Nowej lewicy w teatrze przydaje redaktorowi „Krytyki Politycznej”, Sławkowi Sierakowskiemu, miano towarzysza lub proponuje obsadzić go w roli Towarzysza Abramowskiego w Szewcach u bram Klaty, a działalność warszawskiego Instytutu Teatralnego określa jako tubę „tęczowej rewolucji”; kiedy kpi z (mających się wówczas dopiero odbyć – sic!) wykładów Teatra polskie – historie krakowskiego profesora Dariusza Kosińskiego, który rzekomo miałby „dopuszczać się manipulacji” poprzez skupianie się na „przenoszeniu założeń i strategii sztuki krytycznej na grunt teatru i rozszerzaniu jego granic poprzez zastępowanie pojęciem performansu”; kiedy „Nową Siłę Krytyczną” nazywa „rzeszą uświadomionych [w domyśle przez Pawła Sztarbowskiego – A.H.] recenzentów”, nie jest to już kwestia gustów teatralnych czy politycznych. To najprostszy sposób, by zamiast przeprowadzenia rzetelnej polemiki z cudzymi myślami, obrazić: a to zarzucając im manipulowanie rzeczywistością, a to oskarżając o tendencyjność i usługiwanie idei, a to czyniąc osobiste wycieczki pod adresem konkretnych osób. Taka praktyka dalece nadwyręża kulturę dyskusji. Ale to już kwestia dobrego smaku.

Rafał Węgrzyniak zakłada, że istnieje jakaś grupa trzymająca władzę w – nazwę to zjawisko umownie i z pełną świadomością jego nieprecyzyjności – teatrze nowej lewicy, której działania trzeba wyłuskać z komercyjnej, sztucznie spreparowanej otoczki, by w konsekwencji ujawnić „tendencyjność i radykalizm demonstrowanych w nich poglądów”. Grupa ta (zasiadają w jej szeregach wspominani niejednokrotnie Maciej Nowak, Sierakowski, Paweł Demirski) w momencie, gdy w Teatrze Rozmaitości współegzystowały jeszcze różne formuły kiełkującego teatru politycznego lub społecznego, zdecydowała „narzucić mu (...) swą radykalną ideologię”. To szukanie przez młodych reżyserów własnego stylu, zamiast kopiowania zachodniej stylistyki teatralnej, poprzedzone było inspiracjami niemieckim teatrem Thomasa Ostermeiera, Franka Castorfa czy René Pollescha. I już wtedy nadeszli Nowak, Sierakowski i Demirski, ciągnąc za sobą wóz nowej lewicy, która zamierza „kontrolować zarówno historię, dyskurs o współczesnym teatrze, jak i jego oceny pojawiające się w prasie czy w Internecie”. Według Węgrzyniaka tak rozpoczął się proces „zawłaszczenia młodego teatru”.

Żart autora Nowej lewicy w teatrze, iż Instytutowi im. Zbigniewa Raszewskiego winna patronować Róża Luksemburg lub autor Duszy ludzkiej w socjalizmie, Oscar Wilde, jest karczemny. Podkreślanie, iż środowiska związane z nową lewicą „mają tendencję do demagogii” oraz że „konserwatyści zasadniczo respektują autonomię sztuki, w przeciwieństwie do działaczy lewicowych, którzy traktują ją często instrumentalnie” [podkreślenia – A.H.] to jakaś przerażająca, zakłamująca rzeczywistość próba dokonania egzorcyzmów nad młodym polskim teatrem. Ustanawianie takiego podziału w kontekście problemu instrumentalizacji sztuki przez politykę jest dla mnie poważną zagadką.

Oczywiście, ma rację Rafał Węgrzyniak, kiedy odpiera zarzuty Krakowskiej i Duniec, dowodząc, iż na długo przed nim to Sławek Sierakowski wpisał „spór o teatr w poetykę dyskursu władzy”. Ma rację, kiedy dowodzi, że niedostrzeganie „ideologicznej perswazji” wdrukowanej w teatr Pollescha czy Castorfa przy jednoczesnym skupianiu się na walorach formalnych i estetycznych, to „świadectwo politycznej ignorancji albo perfidii”. Ma w końcu rację, pisząc, iż sztucznie wytworzone podziały na popleczników młodego teatru i ich zdeklarowanych wrogów w rzeczywistości skazują część krytyków przyporządkowanych którejś z grup na kłopotliwe trwanie w rozkroku pomiędzy nimi dwiema. I wreszcie: zgoda – retoryka lewicującego odłamu sztuki skompromitowana została przez komunizm. Ale prawicowa również, tylko nieco wcześniej. Wobec tego dlaczego za totalitaryzujący poczytuje Węgrzyniak proces politycznego samo-uświadamiania się polskiego młodego teatru? Czy tylko dlatego, że postępuje on z lewej strony, podczas gdy z prawej majaczy niewyraźnie widmo Norymbergii Tomczyka? Dlaczego teatr nie miałby swojego know-how skąpać w polityczności i zacząć wywierać na rzeczywistość wpływ już nie tylko fantazmatyczny, ale namacalny i weryfikowalny? Mit apolityczności literatury i sztuki – o czym zresztą pisał Sierakowski – został rozkruszony na drobne kawałki. Teatru nie sposób wyabstrahować z kontekstu społeczno-politycznego. Za jedyny logicznie umotywowany poczytuję wobec tego przewijający się w dyskursie teatralno-politycznym zarzut, iż współczesny młody teatr często kalkuje konkretne wycinki rzeczywistości w skali 1:1. I co teraz zrobić z natarczywym dla Węgrzyniaka „skrętolewem”? Może przyjąć do wiadomości, skoro w kulturze wyraźnie zarysowuje się ostatnio zapotrzebowanie na lewicujący sposób myślenia.


Nie mogę polubić teatru współczesnego. Ekstrakt z Elżbiety Baniewicz Czy zmiany coś zmienią?


Elżbieta Baniewicz w tekście Czy zmiany coś zmienią? rejestruje przesunięcia, jakie teoretycznie we władzach pięciu warszawskich teatrów już nastąpiły, a praktycznie następują wraz z rozpoczęciem nowego sezonu. Powód? Marazm i kryzys większości stołecznych scen. I tak Teatr na Woli objął Maciej Kowalewski, Teatr Studio – Bartosz Zaczykiewicz, prowadzący dotychczas Teatr im. Jana Kochanowskiego w Opolu. Teatr Dramatyczny od stycznia znajdzie się w rękach Pawła Miśkiewicza, a Powszechnym pokieruje Jan Buchwald. Teatr Nowy w oryginalnej siedzibie przy ulicy Sandomierskiej na Mokotowie przejmuje natomiast Krzysztof Warlikowski. Co przyniosą te zmiany? Według autorki: na razie nic.

By teatr mógł funkcjonować sprawnie i na wysokim poziomie artystycznym, musi wykształcić stały profesjonalny ansambl. I to jest główny problem, jaki pociągną za sobą zmiany na teatralnych stołkach Warszawy. Według Baniewicz teatr typu impresaryjnego, jaki planuje stworzyć w Teatrze na Woli Kowalewski (promując przy okazji polskie sztuki współczesne, w imię czego pierwszym wystawionym tekstem ma być Wyścig spermy, napisany przez samego dyrektora na konkurs dramatopisarski Centrum Myśli Jana Pawła II...) czy też teatr pozbawiony „kotwicy stałego zatrudnienia” „to pomysł szatana, który postanowił zniszczyć najcenniejszą tradycję polskiego teatru – zespół”. Teatr potrzebuje silnej, zdecydowanej ręki lidera, która pokieruje zespołem aktorów. Na razie jednak – według autorki – kolebie się pomiędzy komercją i eksperymentowaniem a farsą i głupotą. Promuje się dziś bowiem „infantylizm i efekciarstwo jako klucze do grania klasyki” albo teatr realnego socjalizmu odwzorowujący rzeczywistość za pomocą komendy „wytnij/wklej”. I uderzając w ton podobny do tego, jaki swojemu tekstowi nadał Rafał Węgrzyniak, Baniewicz ubolewa, iż „teatr na własne życzenie oddaje się publicystyce, a klakierzy ogłaszają kolejne objawienia... w sztuce!”. Z tym, że chodzi jej nie o lewicę czy prawicę, ale o jakość zaangażowanego teatru. W epoce partyjnej cenzury aktualność sztuki musiała być spuentowana happy-endem, dzisiaj teatr zaangażowany społecznie czy politycznie lansuje „czarne wizje świata i patologie”. Jaka jest wobec tego diagnoza współczesnego teatru według autorki? Ano taka: „Teatr, zwłaszcza młody, niestety zapomniał, że jest metaforą, poezją, formą, że bywa ironią lub kunsztem słowa wyrażającego myśli, bynajmniej nie pozbierane z ulicy”. I rzeczywiście: nużyć, a nawet drażnić może obecność na teatralnej mapie Polski spektakli programowo aktualnych i zaangażowanych, rządzących się zasadą dosłowności czy obrażających widza komiksową wręcz prostotą przekazu. Ale to kwestia wysubtelnienia środków scenicznego wyrazu, obwiedzenia dialogu nieco delikatniejszą kreską i synestezjalnego potraktowania składników przedstawienia teatralnego czy przeformułowania relacji teatru względem rzeczywistości. Polityka zawsze będzie bowiem przebłyskiwać spoza egzystencjalnej woalki teatru. I mam wrażenie, że nie o samo, złowieszcze dla niektórych, widmo teatru politycznie zaangażowanego tu chodzi, ale o jakość i sposób wplatania aktualiów czy publicystyki w materię samego teatru.

Elżbieta Baniewicz na zasadzie rozbudowanego indeksu wspomina rządzących warszawskimi scenami Erwina Axera, Zygmunta Hübnera, Józefa Szajnę czy Jarockiego. To staje się dla niej punktem odniesienia w dyskusji nad współczesnym teatrem: „pamiętając o dorobku artystów, którzy w większości już odeszli, nie mogę polubić teatru współczesnego”. Nie wiem, czy rzeczywiście z polskim teatrem jest aż tak źle. Nie wiem, czy potrzebna jest radykalna zmiana jego estetyki, założeń i gruntowna przebudowa rządzących nim zasad. Nie wiem też, czy nie warto byłoby po prostu zaakceptować tej drogi, którą podąża współczesny teatr jako jednej z wielu możliwych ścieżek.

Anna Herbut

Omawiane pisma: „Teatr”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
DE-FREUD-ACJE
LAS RZECZY... ANIMOWANYCH
O czym ta mowa?

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt