Witryna Czasopism.pl

nr 19 (197)
z dnia 5 października 2007
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

K JAK KRAKÓW, L JAK LITURGIA, D JAK DRAMAT

Każdy redaktor słownika, leksykonu, encyklopedii żyje ze świadomością, że dzieło jego (ewentualnie − dzieło ich, redaktorów) rodzi się za cenę koniecznych pominięć, które jeśli nie miałyby miejsca, efekt końcowy prac redakcyjnych nigdy nie ujrzałby światła dziennego. Tak też było zapewne i w przypadku zespołu „Dekady Literackiej”, który postanowił uczcić jubileusz 750-lecia lokacji Krakowa na prawie magdeburskim wydaniem specjalnego numeru. Oprócz stałych rubryk (jak Camera obscura niestrudzonego prof. Henryka Markiewicza czy jak dział recenzji) lwią część pisma zajął ułożony w formę leksykonu zbiór mini-esejów, mini-portretów postaci, miejsc i instytucji, bez których ciężko byłoby sobie wyobrazić kulturową mapę współczesnego Krakowa. Innym koszmarem takich redaktorów jest zapewne również świadomość, jak bardzo ścigają się z czasem, że proces wydawniczy nie nadąża za wciąż zachodzącymi zmianami, i że poszczególne hasła mogą być już lekko nieaktualne w momencie druku. To drugie zagrożenie sprawdziło się w przypadku ostatniej „Dekady” (nr 2/2007) bodaj raz: figuruje bowiem w niej Piotr Marecki jako naczelny „Ha!artu”, animator literackiego Krakowa, wreszcie − felietonista krakowskiego dodatku „Gazety Wyborczej”, a tymczasem pod koniec sierpnia, gdy omawiany numer się ukazał, był już on na dobre członkiem redakcji „Krytyki Politycznej” i afiliacje z krakowskich zamienił na stołeczne. Nie chciałbym jednak koncentrować się na wytykaniu zdezaktualizowanych passusów, bo przyświeca mi inny cel. Na mojej mentalnej mapie Krakowa, w prywatnym leksykonie znaleźć by się musiało jakieś hasło związane z muzyką dawną i jej obecnością w murach tego nobliwego miasta, tymczasem w numerze-leksykonie takowych odniesień zabrakło. Znalazło się za to miejsce dla rozegzaltowanych opisów poszczególnych kawiarni (z nieodłącznymi studentkami polonistyki w charakterze stałego elementu scenografii), na anegdotyczne portrety niektórych profesorów krakowskiej polonistyki, podtrzymujące środowiskowe legendy na temat krakowskiego „małego światka”, wreszcie – utyskiwania na to, że Bunkier Sztuki jest bardziej Maszy Potockiej, aniżeli Związku Plastyków Polskich, a Krzysztofory są bardziej dyskoteką niż miejscem dla artystów (z pierwszym twierdzeniem można ostro polemizować, z drugim wypada się tylko ze smutkiem zgodzić), a także na uszczypliwości pod adresem rzeczonego „Ha!artu” oraz wcale rzetelne sylwety krakowskich twórców.

Tytuł pisma zobowiązuje − hasła o muzyce w Krakowie niech sobie zatem redagują w „Dekadzie Muzycznej” (o ile takowa kiedykolwiek powstanie), a tutaj mamy wyraźnie sprofilowany układ tekstów, dlatego znajdziemy notki o tuzach krakowskiej polonistyki, ale ani słowa o − dajmy na to − ekscentrykach-fizykach. Przeprowadźmy jednak na chwilę eksperyment myślowy i rozważmy sytuację, że miałby powstać leksykon bardziej wielowymiarowy (nie czynię bynajmniej zarzutu „Dekadzie” z jej „literackości”). W zasadzie nie wiem, pod jaką literą umieściłbym hasło, które tak bardzo chciałbym ujrzeć. Może po prostu pod M jak muzyka dawna albo „Muzyka w Starym Krakowie” (to od sierpniowego dorocznego festiwalu), C jak Capella Cracoviensis, ale może i − znienacka − pod D jak dominikanie.

Ukazanie się „Dekady” nie przeszło pod Wawelem bez echa: arbitralność ujęcia niektórych tematów, sam fakt pojawienia się takiego wydania, podobnie jak publikacja kilka miesięcy temu KRK. Książki o Krakowie Magdaleny Kursy i Rafała Romanowskiego, zmusza do przewartościowania własnego doświadczenia tego miasta, osobistego spojrzenia na miejski krajobraz (w bardzo szerokim rozumieniu). Muszę jednak przyznać, iż – choć trochę czasu na temat „Dekady” przegadałem – dopiero ukazanie się nowych „Kontekstów” zmusiło mnie do takiego eksperymentowania.

Monograficzny numer [2 (277) 2007] periodyku wydawanego przez IS PAN traktuje o wzajemnych związkach liturgii, muzyki dawnej i dramatu, form parateatralnych. By jednak objaśnić, jak do tego związku doszedłem, trzeba odrobinę gimnastyki i objaśnień: badania nad dawną kulturą muzyczną, jej rolą w życiu społecznym przeplatają się w dużej mierze z takimi dziedzinami jak antropologia czy etnografia − chodzi w nich bowiem nie tylko o dotarcie do dokumentów (stare kodeksy z zapisem nutowym chorałów, mszy i innych kompozycji), ale także o odtworzenie tego, jak funkcjonowali przy muzyce ludzie, jak tworzyły się wokół i dzięki niej wspólnoty. Przywoływane przez autorów numeru przykłady do dziś istniejących konfraterni (jako szczególny przykład podam bractwo z korsykańskiego Castelsardo; powołuje się nań Johann Wolfgang Niklaus, kierownik Scholi Teatru Węgajty), które podtrzymują kilkusetletni zwyczaj przygotowywania misteriów i procesji, pokazują, iż muzyka, śpiew liturgiczny były medium, dzięki któremu dochodziło do zawiązania się i umocnienia wspólnoty, jak też i środkiem ułatwiającym rozwój religijny. Dzisiejsze badania nie kończą się jednak na tekstach i zabytkach, idą jeszcze dalej − w stronę rekonstrukcji misteriów z udziałem profesjonalnych śpiewaków zajmujących się muzyką dawną. Takie działania rodzą oczywiście wątpliwości odnośnie charakteru ostatecznych efektów: czy mamy do czynienia ze spektaklem, czy jednak z doświadczeniem, które choć trochę może być podobne do tych, będących udziałem średniowiecznych słuchaczy i uczestników procesji; czy w naszym odczarowanym, w zdesakralizowanym świecie możemy być już tylko słuchaczami liturgii jako koncertu, czy też jednak traktować jej odtworzenie dwojako, jako doświadczenie artystyczne i religijne. Zostawmy jednak na boku te frapujące zagadnienia, by nie uciekło nam to „coś”, co wiąże „Konteksty” z „Dekadą”.

Pośród autorów „Kontekstów” przewijają się nazwiska, które w jakiś sposób łączą się − dla mnie przynajmniej − z obecnością pewnego sposobu podejścia do muzyki dawnej w Krakowie, oba zaś spotykają się przy ulicy Dominikańskiej, w prowadzonym tam przez kaznodziejów Ośrodku Liturgicznym. Pierwszym z nich jest Marcel Pérès, który na przełomie lat 80. i 90. stał się jednym z motorów ożywienia na gruncie badań nad chorałem, odkrył (przypomniał?), iż śpiew gregoriański nie zawsze był gładki, że istniał taki sposób wykonywania chorału, który sprawia – po pierwsze – wrażenie bardziej chropowatego, pierwotnego, a po drugie, że śpiew taki jest w dużej mierze zadłużony w tradycji mozarabskiej, brzmi przez to nieco bliskowschodnio. Kto nie wierzy, niech sięgnie do nagrań francuskiego badacza i jego zespołu, jeszcze lepiej − bo to przykład i dobitny, i ciekawy, niech poluje na nagrania La fête des fous, goliardowskiej Mszy głupców, ponieważ tam śpiew ten, przedrzeźniający kościelne obrzędy, bardzo ładnie się uwydatnia. Jeśli zaś ktoś chce nagrania firmowanego przez Kraków, to skłonny byłbym odesłać do płyt wydawanych właśnie przez Ośrodek przy dominikańskim klasztorze. Postacią, która jest odpowiedzialna za całokształt i czuwa nad muzykologiczną poprawnością nagrań, w ostatecznym efekcie olśniewających, jest Marcin Bornus-Styczyński, który pracował nad kilkoma z płyt. Uzyskał rezultat bardzo bliski poszukiwaniom Péresa, choć w rzeczywistości każdy z badaczy muzyki dawnej idzie własną ścieżką. Dziwna gimnastyka, prawda? Ale przypomnienie sposobów wykonawstwa muzyki średniowiecznej, jakiego dokonuje Styczyński, to nie wszystko, bowiem całe wokółdominikańskie środowisko nastawione jest na podtrzymanie pamięci o tradycyjnej − w tym i polskiej − muzyce sprzed kilku stuleci. Gdyby ktoś chciał posłuchać takiego na przykład Mikołaja Gomułki lub chociażby wschodnich akatystów w trakcie rzymskiej liturgii, będzie już wiedział, gdzie szukać. Albo niech się rozgląda za koncertem zespołu „Perfugium”, wyrastającego z młodzieżowego duszpasterstwa. Zaiste, dziwna gimnastyka, ale fakt faktem − bez tego elementu Kraków jako całość, z całą swoją (ubogą, bogatą − kwestia jak najbardziej sporna i jak najbardziej godna dyskusji) nie byłby dla mnie pełny. Na mapie mentalnej bez niego sporządzonej widniałyby białe plamy.

Poza tym „Konteksty” jak zwykle na wysokim poziomie, mnóstwo w nich materiału trudnego do ogarnięcia za jednym zamachem, a przy tym niezwykle inspirującego, dającego bardzo bogaty wgląd w problematykę, która tutaj z konieczności została potraktowana raz, że wybiórczo, a dwa – interesownie. Z całą stanowczością zatem odsyłam do tego niezwykle cennego almanachu. A gdyby ktoś czuł jeszcze większy głód nagrań, „Konteksty” wychodzą mu naprzeciw: do numeru został dołączony dwupłytowy album z zapisem wykonanego przez Scholę Węgajty widowiska Ludus passionis, z manuskryptu Carmina Burana. Muzyka tak pierwotna, w stronę korzeni skierowana, że aż się włos jeży na grzbiecie przy słuchaniu − bynajmniej nie z irytacji. Trochę jak z Gardzienicami...

A i „Dekada” pod względem edytorskim − jak zawsze zresztą − bardzo przyzwoita, choć to w zasadzie numer samograj, zbudowany na zasadzie: hasła i dołożone do nich fotografie. Nie można jednak pominąć prac Jerzego Beresia, które pojawiają się wewnątrz numeru. Sztuka zgina życie... Zapraszam do lektury.

Michał Choptiany

Omawiane pisma: „Dekada Literacka”, „Konteksty. Polska Sztuka Ludowa”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
KTO SIĘ BOI SPOTKANIA ZE ZJAWĄ?
KILKA UWAG O SZTUCE PERSKIEJ I KINIE LITEWSKIM
PRYWATNOŚĆ NA SPRZEDAŻ

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt