Witryna Czasopism.pl

nr 10 (188)
z dnia 20 maja 2007
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

MIĘDZY FRAGMENTEM A CAŁOŚCIĄ

Zacznijmy od wyznań: „Zeszyty Literackie” nie należą do pism, które czytam z zasady czy z sentymentu. Moje związki z tym periodykiem są raczej sporadyczne i interesowne. Każdorazowo szukam w nich ściśle wyselekcjonowanych tematów czy, mówiąc mniej zgrabnie, określonych treści. Tym razem tematem przewodnim miał być Jehuda Amichaj, któremu „Zeszyty” – jak doniosła mi radiowa Dwójka – poświęciły najnowszy tom (nr 1 (97) 2007). Numer monograficzny zawiera w sobie jakieś ziarno syntezy, apolliński pierwiastek systemu. Czy godzi się więc pisać o Amichaju w sposób fragmentaryczny? Czy warto poświęcać mu raczej przed-tekst niż tekst skończony? Tego nie wiem. Wiem natomiast, że nie odkryłem w „Zeszytach” żadnej monografii; nie umiałbym scalić pomieszczonych w nim tekstów i problemów. Wiem także, że zamiast o całości, wolałbym mówić o fragmencie czy ruinie (Benjamin), a własną rolę opisałbym chętnie figurą szabrownika, śmieciarza czy flaneura. Wydłubanie z muru okiennej ramy, wyjęcie drzwi z zawiasów, wywiezienie taczką sterty cegieł (jak pisał Adam Lipszyc w Piekielnych pasażach, „Literatura na Świecie” nr 5-6/2006) – oto zadanie, któremu podporządkuję swoją lekturę „Zeszytów Literackich”.


RUINY PIERWSZE, CZYLI W KRAINIE AMICHAJA

Łazikując po stronicach „Zeszytów Literackich”, przede wszystkim trafiamy na prezentację postaci Jehudy Amichaja. Obejmuje ona garść utworów żydowskiego artysty (okraszonych okolicznościowym wierszem Zbigniewa Herberta) oraz blok tekstów krytycznowspominkowych. Spośród nich na szczególne wyróżnienie zasługuje esej Anthony’ego Hehchta Skazany na rzeczywistość, będący intrygującą analizą amichajowskiego tomu poezji (eposu? poematu?) Open Closed Open. Hecht z maestrią wydobywa zeń tak ważne składniki dykcji Amichaja, jak ironia, obrazowanie biblijne czy autobiografizm. Unika skutecznie raf tragizmu, za to otwiera pola ewentualnych filiacji i zapożyczeń, wskazując m.in. na mojego ulubionego poetę – Paula Celana.

Przyznam się, że po lekturze szkicu Anthony’ego Hechta pozostałe składowe działu amichajowskiego wypadają dość blado. Intrygujące skądinąd wiersze Amichaja pozbawione są dystansu i ironii, a tekstom wspominkowym brak mocy wyjaśniającej. Przypominają raczej refleksy światła. Wydobywając z mroku ważne dla tej twórczości problemy, unikają wnikliwszej tematyzacji czy szerszego zobrazowania. Dlatego „Zeszyty Literackie” uznać można nie tyle za tom monograficzny, ile za przyczynek do takiego tomu. Postać Jehudy Amichaja zasługuje przecież na nieco wnikliwsze potraktowanie.


RUINY DRUGIE, CZYLI W KRAINIE DIONIZOSA

Swój spacer najchętniej (i najdłużej) zawiesiłbym w środkowej części „Zeszytów”. Uwagę moją przykuła rozprawka Tomasza Cyza Powrót Dionizosa, poświęcona Karolowi Szymanowskiemu i jego operze zatytułowanej Król Roger. Cyz jest niewątpliwie postacią szczególną na tle polskich krytyków literackich. „Jak pisze o muzyce, to się w niej pogrąża, a i nas wciąga w jej przestwór” (to fragment laudacji Michała Bristigera, wygłoszonej na cześć Tomasza Cyza, laureata nagrody „Zeszytów Literackich” – w kategorii eseju). Unika przy tym choćby „cienia, uncji agresji”; zawiesza środowiskowe walki, sympatie i antypatie. Pośredniczy: zajmując się muzyką, dotyka ją słowem.

Jego rozprawka o Szymanowskim nosi znamiona bizantyjskości. Bogata, opalizująca fraza współgra z miękką, jakby secesyjnie złamaną dykcją. Cytaty – objawiające świat sakralności – przetykane są odniesieniami do biografii kompozytora, autorskimi spostrzeżeniami i komentarzami. Wyłaniający się z nich witraż (bo przecież nie portret) ukazuje nam Szymanowskiego pochylonego nad Nietzschem (Narodziny tragedii…), szukającego duchowej ucieczki w kontaminacji Chrystusa i Dionizosa. Kontaminacji, co warto podkreślić, uświęconej wizjami Mistrza Eckharta, któremu Bóg zjawiał się w powłoce nagiego młodzieńca.

Esej Cyza wyróżnia się subtelnością analiz oraz unikaniem łatwego psychoanalizowania. Daje nam dostęp do tragicznych pokładów duszy polskiego kompozytora. Ponad psychologią (czy emotywizmem) ukazuje dramat osamotnionego geniusza, czującego dyskomfort z powodu własnej orientacji seksualnej. Demaskuje również kryptomanicheizm, substancjalnie związany z cywilizacją europejską. W dobie usztywnienia dyskusji etycznej wątki te trudno przecenić. Pozwalają one pełniej zrozumieć dzieło tak skomplikowane, jak Roger. Pośrednio wyjaśniają także heurystyczną moc figury Ukrzyżowanego-Dionizosa. Figury zadomowionej przecież w dwudziestowiecznym dyskursie humanistycznym.


RUINY TRZECIE, CZYLI SILVA RERUM

W sfragmentaryzowanym świecie „Zeszytów Literackich” wypadałoby zatrzymać się jeszcze przy niejednej ruinie. Wskazać ją, wstępnie rozpoznać i opisać. Poruszanie się w materii wyimków czy urywków usprawiedliwia jednak arbitralność. Arbitralność wynikającą w końcu z kolekcjonerskich preferencji łazika. Stąd zwrócę uwagę jeszcze na dwie rzeczy.

Pierwsza dotyczy juweniliów Tomasa Venclovy. Urzekło mnie w nich wszystko. Klasyczna fraza, rytm, przestrzeń. Umiejętność stawiania pauz. Siła poetyckiego obrazowania. Swoboda w podejmowaniu osiadłych kulturowo toposów (vide piękny wiersz poświęcony Fortynbrasowi, aż proszący się o analizę porównawczą z utworem Herberta). Szlachetnie brzmią mi także przekłady Zuzanny Mrozikowej.

Druga odnosi się do recenzji pióra Julii Hartiwg O Wierszach zebranych ST. Barańczaka. Poetka daje w niej dowód swej niezwykłej wrażliwości i erudycji. Jej szkic – mimo „krytycznego” charakteru – nosi znamiona prozy poetyckiej. Oddycha pytaniami, zwierzeniami, retrospekcjami. Hartwig subtelnie, ale i precyzyjnie, bada morfologię barańczakowskiej poezji. Szuka w niej nasłuchiwania codzienności, wyłuskuje ślady transcendencji. Myśląc i pisząc poezją, zamienia recenzję w poetycki minitraktat. Ugruntowuje tym samym własne wybory i strategie, autokomentuje swoje tomy.

Dobrnęliśmy do końca naszej przechadzki. Odwiedzone przez nas ruiny odsłoniły (choć trochę) kryjące się w nich bogactwa. Wracając do postawionych we wstępie wątpliwości, wyznam raz jeszcze, że nie potrafię scalić rozświetlanych przeze mnie tematów i problemów. Ale moc ruin nie leży w całości, systematyczności, systemowości. Ich siła polega raczej na ewokowaniu zagubionej niegdyś aury (Benjamin).

Właśnie poprzez aurę „Zeszyty” organizują materiał ruin w kompleks alegorycznych sensów. Wewnątrz tego, co bliskie (fragmentu), potrafią umieścić w końcu i to, co dalekie (całość). Kolekcjonują codzienność, by w jej jądrze odnaleźć to, co niecodzienne. Żeby świat nie popadł w chaos.

Marcin M. Bogusławski

Omawiane pisma: „Zeszyty Literackie”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
AMERYKAŃSKIE PSYCHO
SŁAWOMIR BRZOZOWSKI?
DEMONTAŻ ATRAKCJI

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt