Witryna Czasopism.pl

nr 2 (266)
z dnia 20 lutego 2011
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

DOBRE PYTANIA, NA KTÓRE WCIĄŻ PADAJĄ ZŁE ODPOWIEDZI

Nie tak dawno okoliczność wydania setnego numeru świętowała redakcja gdańskiego „Przeglądu Politycznego”. Do jubileuszowego wydania nie chcę jednak wracać, bo w międzyczasie zdążyły się już ukazać trzy kolejne. Ostatniemu z nich, numerowi 103-104 (2010), chciałbym poświęcić trochę uwagi.

Zestawienie „Res Publiki Nowej” i „Przeglądu Politycznego” łatwo byłoby uzasadnić. Oba pisma, choć różnią się metryką, zrodziły się jeszcze w drugim obiegu, oba funkcjonowały jako fora wymiany idei politycznych i kulturalnych w czasach, gdy na usta intelektualistów władza nakładała knebel. Miały też wspólny obszar zainteresowań – to nadwiślańska wersja specyficznego liberalizmu, który jest trochę liberalny (gospodarczo), a czasami zaskakująco mocno konserwatywny (jeśli chodzi o życie prywatne obywateli). Już w tej paradoksalnej niejednorodności ideowej dostrzec można jednego z duchów opiekuńczych obu redakcji: myślę, że oba kolegia przyznałyby się do Leszka Kołakowskiego. (Swoją drogą, to ciekawe, w jaki sposób Kołakowskiego projekt bycia konserwatywno-liberalnym socjalistą, w założeniu żart, parodia, jest wcielany w życie przez polskie elity intelektualne − niejeden historyk idei i myśli politycznej będzie sobie jeszcze za kilka dekad łamał nad tym głowę). Obok Kołakowskiego zapewne trzeba byłoby dopisać Miłosza, myślicieli i pisarzy z kręgu paryskiej „Kultury”, do tego klasyków dwudziestowiecznej myśli politycznej. Mimo tych powinowactw, w efekcie powstały dwie różne jakości i dwie różne jakości oba czasopisma reprezentują sobą także dzisiaj.

O ile do nowych numerów „Res Publiki” podchodzę z rezerwą, o tyle „Przegląd” od dawna mnie nie rozczarował. Mogę się nie zgadzać z niektórymi diagnozami dotyczącymi współczesności, a stawianymi przez autorów gdańskiego czasopisma, lecz kolejne numery są za każdym razem głęboko przemyślane, stałe działy (np. recenzje) nie dominują nad głównym problemem numeru, a temat przewodni jest zawsze poprowadzony konsekwentnie i ożywczo. Takie były dla mnie choćby wydania dedykowane Golo Mannowi, Celanowi i Heideggerowi, wreszcie − przedostatni, poświęcony powinowactwom Franza Kafki i Philipa Rotha. Nie chodzi o to jednak, by kopiować od siebie tematy, ale by w podobny sposób poszukiwać.


W przypadku numeru 103-104 temat wydania podyktowała redaktorom smutna rzeczywistość. W sierpniu ubiegłego roku po długiej chorobie zmarł w Nowym Jorku Tony Judt − jeden z najwybitniejszych anglosaskich badaczy historii współczesnej i historii intelektualnej, a oprócz tego wysokiej klasy eseista i public intellectual.

Mój stosunek do Judta podlegał ewolucji: od całkowitej niewiedzy, poprzez przyjęcie do wiadomości, że taki historyk istnieje i pisze, aż ku fascynacji rosnącej także dzięki niezwykłemu kontekstowi biograficznemu. Mniej więcej rok temu moją uwagę przykuł przedrukowany przez „Gazetę Wyborczą” za „The New York Review of Books” esej Judta zatytułowany Noc, będący pierwszym bodaj publicznym wyznaniem historyka dotyczącym jego choroby, autentycznym, wzruszającym świadectwem, przesłaniem płynącym zza − by sparafrazować Wata − „czterech ścian jego bólu”. Zazwyczaj unikam tanich wzruszeń, niemniej jednak jakość pisarska tego, co Judt zaproponował w krótkiej przecież Nocy, sprawiła, że spojrzałem na niego inaczej. Historyk i myśliciel oddalony o tysiące kilometrów stał mi się bliższy. Jego diagnozy, interpretacje faktów, poglądy nie zyskały wprawdzie dzięki temu na autentyczności − to byłby przecież rodzaj kiczu i poddania się emocjonalnemu szantażowi (czy skoro Judt cierpi, musi mieć rację absolutną?). Mimo to osobisty wątek, który pojawił się w kontekście pozostałych tekstów Judta, sprawił, że zapełniono lukę, z której istnienia nawet nie do końca zdawałem sobie sprawę. Rzadko kiedy odczuwam potrzebę śledzenia biografii czytywanych przeze mnie myślicieli czy uczonych, nie uważam też, by biografia była narzędziem niezbędnym do odczytania cudzej myśli, lecz w przypadku Tony’ego Judta dopiero kontekst biograficzny sprawił, że wszystko trafiło na swoje miejsce. Wybitny historyk XX wieku, autor świetnych rozpraw o historii intelektualnej powojennej Francji, publicysta i eseista, kosmopolita (angielski Żyd żyjący w Nowym Jorku) i erudyta (namiętny czytelnik, stworzony do tego, by w towarzystwie książek przebywać i z nimi rozmawiać), były syjonista (w ramach młodzieńczego buntu brał udział w konflikcie izraelsko-palestyńskim), miłośnik pociągów (nasuwa się tutaj skojarzenie z W.G. Sebaldem), świetny pisarz (umiejętnie łączący anglosaską precyzję z właściwym frankofonom esprit), wreszcie − przenikliwy historyk, interpretator oraz krytyk totalitaryzmów i wypaczeń lewicowości. Uff. Nic dziwnego, że blok tekstów jemu poświęconych redaktorzy „Przeglądu” zatytułowali „Orwell naszych czasów”. Ja dorzuciłbym jeszcze drugie porównanie: Judt przywodzić też może na myśl postać Alberta Camusa. Ma wszelkie podstawy do tego, by stać się kimś w rodzaju nowego świeckiego świętego dla liberalno-lewicowej krytycznej inteligencji, również i tej pochodzącej z Europy Środkowo-Wschodniej, bo ta część świata przez długie lata była wielką namiętnością nowojorskiego historyka. To wszystko są jednak zaledwie projekcje. Możemy fantazjować na temat nowojorskich public intellectuals, ale w gruncie rzeczy wyrządzamy im w ten sposób krzywdę. Wydaje mi się, że świecka kanonizacja byłaby ostatnią rzeczą, jakiej Judt by pragnął.

Teksty przedrukowywane przez „Przegląd” lub napisane na zamówienie jego redakcji, mające charakter wspomnieniowy, czyta się świetnie (ale taki już chyba charakter wszystkich tekstów tego rodzaju − wszak de mortuis nihil nisi bene...). Wyłaniający się z nich portret Judta jest zniewalający, imponuje ilością zdarzeń i osiągnięć, które złożyły się na jedną biografię. A kiedy przeczytamy już piękne eseje Timothy’ego Gartona Asha, Evana R. Goldsteina, Pawła Marczewskiego czy Krzysztofa Czyżewskiego, kiedy wzruszymy się nad smutnym losem świetnego intelektualisty i zachwycimy jego osiągnięciami, być może postawimy też pytanie: co dalej z dziedzictwem i świadectwem Judta?

We wspomnianych wyżej tekstach przewija się (na pierwszym planie lub gdzieś w tle) obraz Judta oddanego lekturze, lektury pragnącego i z niej czerpiącego energię do działania, do aktywności w roli public intellectual odpowiedzialnego za życie swojego społeczeństwa. Nie zaprzepaścimy szansy na to, by coś z dzieła Judta pozostało, jeśli nie damy się zwieść (raz jeszcze podkreślę – wzruszającemu) obrazowi cierpiącego intelektualisty i nadal będziemy go traktować jak żywego partnera w dyskusji o sprawach fundamentalnych. Czytajmy Judta, jego Powojnie i szkice o lewicy francuskiej, Ill Fares the Land („Przegląd” drukuje fragmenty w przekładzie Pawła Lipszyca pod świetnie oddającym „prorocki” charakter tego tekstu tytułem Źle ma się kraj), czytajmy jego eseje z „NYRB”. Czytajmy i uczmy się od niego oceny faktów, krytycyzmu wobec ideologii, a przede wszystkim odwagi w wyrażaniu opinii, której słuszność podpowiadają sumienie i rozum (Judt nie bał się wsadzać kija w mrowisko w sprawach konfliktu na Bliskim Wschodzie). Autor Powojnia, w przeciwieństwie do prezentowanego niegdyś na łamach „Przeglądu” Raymonda Arona, nie porzucił myślenia o świecie, historii, życiu społecznym w kategoriach lewicowych czy socjalizujących. Był głęboko przekonany, że nowa lewica musi się odrodzić. Tyle że jako lewica świadoma wszystkich ślepych uliczek, w jakie ludzkość została wprowadzona przez głoszone przez nią idee i która nie obawia się ponawiania wciąż tych samych pytań (o sprawiedliwość społeczną, o alternatywny model społeczeństwa, o sens historii i uprawiania polityki), lecz robi to z większą świadomością odpowiedzialności, która na niej spoczywa.

W piękny i zrównoważony sposób przypomina o tym najnowszy numer „Przeglądu Politycznego”.

Michał Choptiany

Omawiane pisma: „Przegląd Polityczny”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
ZDEKONSTRUOWAĆ PRZEMIJANIE
O KOBIETACH JASNO I WYRAŹNIE
„KOCHAĆ” – JAK TO ŁATWO POWIEDZIEĆ

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt