Witryna Czasopism.pl

nr 19 (172)
z dnia 20 września 2006
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

TRZY RAZY POLEMICZNIE

Od bliskiej mi osoby usłyszałam niedawno opinię, która wywołała we mnie konsternację, choć po 12 września tego roku słyszałam ją niejednokrotnie w dyskusjach medialnych: oceniając publicznie dżihad w trakcie wystąpienia na uniwersytecie w Ratyzbonie, Benedykt XVI postąpił lekkomyślnie, daleko mu do rozwagi Jana Pawła II, a tym bardziej do jego ekumenicznych talentów. Wiadomo, jak wyznawcy Proroka reagują na podobne oświadczenia. Szybko przypomniałam sobie polemiki minionej jesieni po opublikowaniu w prasie karykatur Mahometa, w której wyrozumiali eksperci występowali w obronie protestujących muzułmanów, potoczyście tłumacząc ich gwałtowne zachowania. Żyła jeszcze „wściekała i dumna” Oriana Fallaci, jej głos nie brzmiał równie pokojowo.

Kierując się zasadą weryfikowania faktów u źródeł, z zainteresowaniem przeczytałam artykuł Wojciecha Pięciaka Triumf fanatyków w bieżącym wydaniu „Tygodnika Powszechnego” (39/2006). Znalazłam w nim przekonujące (mnie) dowody na to, że sprawę można naświetlić w sposób wyważony, choć niepozbawiony twardych osądów, szczęśliwie odbiegający od aktualnie modnych praktyk dziennikarskich, które upatrują sensacji w papieskich przemówieniach. Zdaniem publicysty, Benedykt XVI nie musiał przepraszać muzułmanów, ponieważ jego słowa wykorzystano wbrew intencjom autora – Ojciec Święty nie przeprowadził krytyki islamu oraz Proroka, ale negatywnie odniósł się do sposobu nawracania na wiarę przy użyciu siły, sprzecznego z istotą Boga oraz z istotą ludzkiej duszy.

Dodatkowo w licznych komentarzach oraz aktach oburzenia wystosowanych w imieniu islamskich wyznawców pominięto istotny fakt: przywołanie czternastowiecznego sporu ideologicznego między bizantyjskim cesarzem a perskim teologiem, w którym znalazły się „obraźliwe sformułowania”, poprzedziła krytyczna ocena zachodniej cywilizacji, według papieża aroganckiej i „głuchej” na Boga. „Gdzie leży granica między fanatyzmem a racjonalnością? (…) Czy dialog między dwiema religiami ma w ogóle sens, skoro krytykę wolno kierować tylko pod adresem jednej strony (chrześcijańskiej)? Czy istnieje jeszcze jakaś przestrzeń dla takiego dialogu (…)?”, pyta retorycznie autor. Fanatyzm ujawniający się w gwałtownych reakcjach muzułmańskich polityków rokuje fatalnie, lecz jeszcze gorzej rokuje forma relacjonowania papieskich wystąpień przez dziennikarzy, podejrzanie jednostronnych w ocenach.

Zmarłej niedawno Orianie Fallaci poświęcony jest tekst autorstwa Pawła Bravo Wściekła i dumna, tytułem nawiązujący do jej słynnej książki powstałej z refleksji nad znaczeniem zamachów terrorystycznych przeprowadzanych od 2001 roku rękami fundamentalistów islamskich w krajach cywilizacji zachodniej. Wspomnieniu postaci włoskiej dziennikarki i publicystki daleko do typowych obituaries, między innymi z powodu aktualności jej „kasandrycznych mów” na temat możliwej (dla samej Fallaci właściwie realizującej się pod naszą nieuwagę) inwazji „islamofaszyzmu” w Europie. W sobotnich wydaniach prasy z 16 września nekrologi pisarki sąsiadowały z doniesieniami o „muzułmańskiej ulicy” szykującej kukły Benedykta XVI do spalenia oraz ekspertyzą arabistów przewidujących eskalację nienawiści wobec katolików – żywy dowód na konieczność prowadzenia jawnej wojny z radykalnym, politycznym islamizmem utożsamianym przez Fallaci z islamem, walki odartej z fałszywych i tchórzliwych gestów zachodnich przywódców. Głoszone sądy publicystka wzmocniła z czasem o przekonanie, że wyrzeczenie się przemocy ze strony islamu jest „wbrew rozsądkowi, wbrew życiu, wbrew naszemu przetrwaniu”, czyli absolutnie niemożliwe.

Mocne słowa? Wydaje się, że zaciętością nie przewyższają gróźb fundamentalistów, ale dla europejskiego ucha brzmią szczególnie nieprzyjemnie. Paweł Bravo przypomina, że Oriana Fallaci znała świat muzułmański od najgorszej, wojennej strony, z którą obcowała jako reporterka wojenna relacjonująca przebieg konfliktu na Bliskim Wschodzie. Jej biografia obfitowała w działania wymierzone we władzę, która przy użyciu siły wymusza określone zachowania i poglądy, a wśród nawoływań publicystki najgłośniej brzmiało dopominanie się odwagi wobec bezpośredniego zagrożenia. Dlatego „trudno lekceważyć jej wystąpienia, choć z uwagi na ostrość sformułowań niejeden wzruszy ramionami i zaszufladkuje je jako erupcje nienawiści starej wariatki”, czytamy we wspomnieniu. Dodatkową argumentację, by nie zamykać osoby Fallaci w ramach wyznaczonych dla niegroźnych – choć krzykliwych – szaleńców, stanowi fakt, że ta „chrześcijańska ateistka”, jak przyjęło się ją nazywać w środowisku ludzi wrażliwych na kwestię wiary, znajdowała uważnych słuchaczy wśród hierarchów kościelnych. Budujący przykład do przemyślenia.

Lekturę „Tygodnika Powszechnego” proponuję zakończyć recenzją ks. Adama Bonieckiego z filmu Andrzeja Seweryna „Kto nigdy nie żył…”. Obraz wśród recenzentów już wzbudził szczególne emocje, które – stwierdzam z niejaką przykrością – powracają przy kolejnych filmach „religijnych”. Amplituda temperatur nie sięga skrajnych wartości, ale przeważa tonacja uszczypliwa i niechętna – wobec samej wiary przede wszystkim. Tymczasem ks. Boniecki w artykule „Sami, ale nie samotni” proponuje, by historii księdza – nosiciela wirusa HIV nie traktować jak dokumentu, powstałego na podstawie losów żyjącej osoby, gdyż wówczas przytłoczą nas uproszczenia dotyczące przebiegu choroby oraz zwyczajów kościelnych. „Bo film nie jest ani o księżach, ani o Kościele, ani o narkomanach”, zauważa autor recenzji. „Jest o człowieku w sytuacji krańcowej”, który zmaga się przede wszystkim z samotnością, przezwyciężając ją dzięki okazanej mu przyjaźni i uczuciu. „Okazuje się, że otaczająca go miłość jest ogromną siłą, ratunkiem przed rozpaczą”, choć nie gwarantuje pokonania wszystkich zmór dziennych i nocnych towarzyszących postępowaniu choroby. Teza niemodna, sposób udowadniania jeszcze bardziej – w tym duchu poddaje się ocenie filmy budujące nadzieję, jak debiut reżyserski Seweryna. Apeluję za ks. Bonieckim o wyrozumiałość – wiara i miłość może przyjdą później.

Beata Pieńkowska

Omawiane pisma: „Tygodnik Powszechny”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
JASNE ZASADY W MKiDN
STĘPIONY PAZUR AWANGARDY
PIĘKNE, BO PRZEZROCZYSTE

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt