Witryna Czasopism.pl

nr 24 (202)
z dnia 20 grudnia 2007
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | teraz o… | autorzy | archiwum

PRZEŁAMYWANIE LODÓW Z CZYTELNIKIEM

Bezpłatne pismo społeczno-kulturalne, poruszające problemy jednej tylko dzielnicy miasta, świadomie rezygnujące z reklam i reklamodawców? Na polskim rynku prasy taki profil gazety to prawdziwa rzadkość. Jednak czytelnik wydawanego w Nowej Hucie „Lodołamacza” najwyraźniej akceptuje ten stan rzeczy. Być może dlatego, że z założenia jest dla miesięcznika kimś więcej niż tylko biernym odbiorcą treści.

Analizę roli czytelnika w procesie tworzenia „Lodołamacza” zacząć trzeba od specyfiki miejsca, w którym rzeczony tytuł powstaje. Walcząca z poprzemysłowym bagażem Nowa Huta to dzielnica pod wieloma względami szczególna. Tu poczucie bycia „nie-krakusem” czy krakusem drugiej kategorii miesza się z dumą bycia nowohucianinem, a pytanie o tożsamość mieszkańców jest wciąż aktualne i zadawane publicznie. Nowa Huta nieustanne zmaga się ze stereotypami – miejsca wyjątkowo niebezpiecznego i nasyconego elementem przestępczym, zaludnionego przez niewykształconych, prymitywnych robotników; industrialnego konglomeratu blokowisk i hut. Do Nowej Huty się nie jeździ, bo: tam biją, kradną, napadają; jest brzydko i nieciekawie; to pustynia, na której żadna interesująca inicjatywa nie ma szans na wykiełkowanie.

Tyle nowohuckie mity. Z nimi to mierzyć musi się regularnie mieszkaniec dzielnicy, który niebacznie przyzna się do miejsca swego pochodzenia. Jest bowiem Nowa Huta w opinii sporej części mieszkańców reszty Krakowa obszarem gorszym, bezwartościowym, a sam fakt mieszkania tutaj uznaje się za dyskredytujący. Do tak konstruowanego społecznie poczucia wykluczenia dodać należy pytanie o pochodzenie, z którym boryka się większość zasiedziałych mieszkańców Nowej Huty. Do budowy dzielnicy sprowadzani byli przecież ludzie z całej Polski; zatrudnienie znaleźli tu nie tylko Polacy, ale i Romowie czy Łemkowie. Ta społeczno-etniczna mieszanka różnicuje się nieustannie: coraz częściej Nowa Huta staje się miejscem zamieszkania artystów, przedmiotem zainteresowania sztuki, obiektem wdzięcznym do analizy, opisu i wejścia w reakcję twórczą.

Do pytania o tożsamość – nowohucianina, krakowianina, mieszkańca zasiedziałego od pokoleń i tego świeżego, napływowego – powracamy w każdym numerze „Lodołamacza”, wychodząc z założenia, że im częściej będziemy się zastanawiać, kim jesteśmy, tym bardziej precyzyjnej odpowiedzi udzieli sobie sam czytelnik. „Lodołamacz” jak lustro pokazuje i odbija życiorysy, postawy, osobowości Nowej Huty. Postawa afirmacyjna – numery miesięcznika podporządkowujemy urodzie dzielnicy, jej architekturze, mitom – jest swego rodzaju misją wobec społeczności, która takiej afirmacji zbiorowo potrzebuje. Wydania „uwrażliwiające”, stawiające pytania o bezpieczeństwo, socjalistyczną przeszłość, bezdomność czy mniejszości etniczne – pozwalają na odkrycie tematów zaniedbywanych, opisanie społecznego tabu, precyzyjne spojrzenie w głąb Nowej Huty: społeczną i kulturową rekonstrukcję miejsca, uwzględniającą jego różnorodność.

Interakcja „Lodołamacza” z czytelnikiem nie sprowadza się jednak jedynie do społecznego opisu ludzi i ich bolączek. Jedną trzecią (a nierzadko więcej) objętości pisma zajmuje sztuka, a konkretnie teatr, realizowany w Hucie przez Łaźnię Nową. To właśnie społecznikowska postawa założyciela i dyrektora Łaźni, Bartosza Szydłowskiego, doprowadziła do powstania „Lodołamacza”; to jego pasja i zaangażowanie sprawiły, że mieszkańcy Nowej Huty nie tylko odwiedzają Łaźnię w roli widzów, ale i angażują się w produkcję spektakli, a nawet pojawiają się na scenie. Rewitalizacja społeczności poprzez sztukę – szumnie brzmiące hasło-wytrych, którego używa się często i nie zawsze z sensem – w tym konkretnym przypadku znaczy bardzo wiele. Wychodzące „w Hutę” wystawy, spektakle, festiwale, imprezy zachęcające do uczestnictwa na prawach aktora, autora czy twórcy, to działania w znaczący sposób wpływające na wizerunek oraz budującą się tu i teraz tożsamość dzielnicy.

Tworzenie pisma, które – nie będąc tytułem informacyjno-newsowym – skupia się na zasięgu lokalnym, to bardzo szczególny rodzaj dziennikarskiego wyzwania. Z drugiej strony możliwość uwolnienia się od presji komercyjnych wyników sprzedaży zapewnia autorom, fotografikom i ilustratorom „Lodołamacza” niezwykłą wolność: najlepszy pomost ku czytelnikowi, z którym – zamiast obsługi, zaspokajania i mamienia reklamowym blichtrem – możemy prowadzić nieustanny dialog.

Matylda Stanowska

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
UWAŻAJ – ZNÓW JESTEŚ W MATRIKSIE
OAZOWCY, JESTEM Z WAMI!
KILKA ODSŁON WROCŁAWSKIEGO „DIALOGU”

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt