Witryna Czasopism.pl

nr 32 (149)
z dnia 12 listopada 2005
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

JAK TO SIĘ ROBI W MOSKWIE

Choć od festiwalu w Gdyni minęło trochę czasu, nie milkną głosy o imprezie i werdykcie jurorów. W „Polityce” (nr 43) Łukasz Maciejewski w artykule Starzy młodzi studzi entuzjazm wobec młodego polskiego kina, a listopadowy „Film” (11/2005) przekonuje – i nie jest to bynajmniej głos odosobniony – że na Złote Lwy bardziej niż Komornik zasłużył film Andrzeja Barańskiego Parę osób, mały czas. Anna Sańczak (Żyjąc Mironem) przybliża kulisy powstania filmu, ale przede wszystkim opowiada o jego bohaterach, niezwykłym związku łączącym niewidomą Jadwigę Stańczakową i ekscentrycznego Mirona Białoszewskiego, o wtorkowych spotkaniach w domu poety czy filmikowaniu. Nie powstała – choć może niektórzy, zważywszy na homoseksualizm Białoszewskiego, czegoś podobnego oczekiwali – polska Carrington, Andrzej Barański jest twórcą zbyt osobnym i wrażliwym, by naśladować cudze wzory. Zamiast tego jest kameralna opowieść o przyjaźni – czy wręcz miłości – dwojga niezwykłych ludzi, artystów (on namawiał ją m.in. do pisania), oparta na świadectwach samych bohaterów, ich pamiętnikach, głównie Dzienniku we dwoje Stańczakowej. Same przygotowania do realizacji filmu zajęły siedem lat (jak w przypadku innych projektów niekomercyjnych powodem był brak pieniędzy), ostatecznie powstał w formacie telewizyjnym, ale pozostaje nadzieja, że po latach chudych nadejdą tłuste i Parę osób, mały czas zanim trafi do telewizji, pojawi się w kinach.

Drugi film – w opinii wielu krytyków – za mało doceniony przez gdyńskie jury to Jestem Doroty Kędzierzawskiej, który od listopada można oglądać na dużym ekranie. Warto go obejrzeć chociażby po to, by móc się zgodzić lub nie z felietonistą „Filmu”, Lechem Kurpiewskim, twierdzącym, że to właśnie film reżyserki Wron, a nie Komornik powinien być polskim kandydatem do Oscara, nie tylko ze względów artystycznych, lecz także pragmatycznych, bo dzieci i psy to jest to, co amerykańscy akademicy lubią najbardziej. Jakkolwiek patriotyzm nakazuje życzyć filmowi Feliksa Falka powodzenia, to doświadczenie podpowiada, że lepiej nie liczyć na wiele. A już na pewno lepiej nie liczyć, ile to lat upłynęło od czasu, gdy polska produkcja miała w tej kategorii nominację. Lepsi pod tym względem są nasi sąsiedzi, Czesi czy Rosjanie – Oscara w latach 90. dostał Nikita Michałkow za genialnych Spalonych słońcem, a później szansę na statuetkę miał równie znakomity Złodziej Pawła Czuchraja. Oba filmy, choć mocno osadzone w rosyjskiej historii, były przede wszystkim dramatami psychologicznymi, z wyrazistymi bohaterami, tymczasem dzisiaj kino naszych wschodnich sąsiadów zdaje się bardziej nawiązywać do wzorów zachodnich, nastawionych na sukces komercyjny. Najlepszym tego dowodem jest – o czym pisze Andrzej Łomanowski (Rosjanie atakują) – pokazywana od października i u nas Nocna straż, która w swojej ojczyźnie zarobiła ponad 16 milionów dolarów. Inspirowana zarówno Gwiezdnymi wojnami, jak i Matriksem, rozgrywająca się w średniowiecznej Francji i współczesnej Moskwie opowieść o walce Dobra ze Złem odniosła w Rosji większy sukces niż Władca pierścieni, potwierdzając, że widownia łaknie rodzimych superpodukcji. Amerykanie zresztą już kupili prawa do dystrybucji filmu na całym świecie, a także – co było do przewidzenia – do nakręcenia dwóch sequeli.

Nocna straż to zresztą niejedyny rosyjski sukces ostatniego roku: wcześniej podobny odniósł Turecki gambit, adaptacja jednego z serii popularnych i u nas kryminałów Borysa Akunina, których bohaterem jest dziewiętnastowieczny detektyw, Erast Fandorin. Znaczące, co podkreśla autor tekstu, że wybrano właśnie tę część, ponieważ dotyczy ona wojny rosyjsko-tureckiej 1877-1878, do dziś istniejącej w świadomości społecznej jako sprawiedliwa „wojna o wyzwolenie Słowian”, a producentem filmu był ORT, pierwszy i największy kanał rosyjskiej telewizji. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że jego głównym udziałowcem jest państwo, sam Akunin zaś należy do najbardziej znanych krytyków polityki prezydenta Putina. Zwyciężył więc chyba zdrowy rozsądek – szaleństwem (finansowym) byłoby bowiem niewykorzystanie popularności Fandorina.

Moje pokolenie z pewnością kojarzy kinematografię ZSRR głównie z filmami batalistycznymi, o II wojnie światowej – kilka z nich, chociażby Lecą żurawie czy Ballada o żołnierzu, wpisało się do historii kina. Po tematykę wojenną sięgnął też Fiodor Bondarczuk, choć tym razem akcja nie rozgrywa się podczas „wielkiej wojny ojczyźnianej”, ale znacznie później, pod koniec lat 80. w Afganistanie. Tytułowa 9. kompania to słynny oddział pułku powietrzno-desantowego, do którego kierowano chuliganów i „elementy aspołeczne” (przypomina się chociażby Parszywa dwunastka) – w 1987 roku kompania, mając ochraniać przemarsz radzieckich wojsk, stoczyła ciężką walkę na wzgórzu. Przeżyło niewielu żołnierzy, a do bitwy wcale nie musiało dojść: stało się tak, bo dowództwo zapomniało, że w ogóle wysłało jakiś oddział na jakieś wzgórze. W filmie bezsensowność owej decyzji – i ofiary – podkreśla przesunięcie czasu akcji do roku 1989, gdy radziecka armia wycofywała się z Afganistanu. Według Łomanowskiego, porównania 9. kompanii do Full Metal Jacket, Czasu Apokalipsy czy Plutonu, filmów podkreślających problem wietnamskiej traumy, są trochę na wyrost, ale ponieważ u Bondarczuka nie ma nachalnej państwowotwórczej propagandy, być może 9. kompania zapoczątkuje nowy nurt rosyjskiej kinematografii – o ile ta będzie w stanie uwolnić się spod władzy państwowego mecenatu i cenzury.

Daniel Olbrychski, ciągle popularny w Rosji, zapytany przez „Film”, czy kino rosyjskie się odradza, odpowiada twierdząco, wskazując na nowe pokolenie tamtejszych filmowców, pozbawionych kompleksów, sprawnie posługujących się schematami gatunkowymi. Robią kino komercyjne według hollywoodzkich wzorców, ale wypełnione rosyjską treścią – ów lokalny koloryt jest przynętą na zachodniego widza, pragnącego odrobiny egzotyki, ale i rodzimego, spragnionego własnej superprodukcji. Skoro w Moskwie robi się kino tak jak w Hollywood, to jaki z tego wniosek dla nas? Może taki, że gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta – nie próbując z nimi konkurować. Rany po Wiedźminie są chyba jeszcze zbyt świeże.

Katarzyna Wajda

Omawiane pisma: „Film”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
KONTESTACJA, KONTRKULTURA, KINO
Pod Marcowym Zającem
„TYGODNIK POWSZECHNY”: NA PRZEKÓR INFLACJI SŁÓW

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt