Witryna Czasopism.pl

nr 15 (193)
z dnia 5 sierpnia 2007
powrót do wydania bieżącego

zapraszamy | przeglądy prasy | autorzy | archiwum

I ZNOWU GRABAŻ, ZNOWU LITERÓWKI

Jeśli mnie pamięć nie myli, o „Lampie” pisałem w tym miejscu już kilkakrotnie – za każdym razem chwaląc miesięcznik Pawła Dunin-Wąsowicza i modląc się w duchu o to, by pismo to, wzorem wielu innych, nie zakończyło swojego żywota. Za każdym razem nie szczędziłem też uwag krytycznych, czepiając się to tego, to owego. I tym razem nie będzie inaczej – pisząc o czerwcowym numerze „Lampy” (nr 6/2006) już na samym wstępie chciałbym postawić zarzut jeden, za to zasadniczy. Otóż największą wadą warszawskiego miesięcznika jest to, że się nie zmienia. Być może dla wielu czytelników zarzut ten jawi się jako zaleta, co oczywiście skłonny jestem zrozumieć, gdyż cenimy to, co dobrze już znamy. Jak jednak przyznaje w wywiadach sam Dunin-Wąsowicz, liczba czytelników pisma wciąż spada i nie wydaje mi się, by w najbliższym czasie ta tendencja miała ulec odwróceniu.

Sprawa wygląda mniej więcej tak: w każdym numerze „Lampy” dostajemy kilka wywiadów, do tego dwa-trzy opowiadania, najczęściej młodych twórców, debiutantów, dodajmy 1-2 strony z wierszami (tutaj zdarzają się poeci znani szerszemu gronu czytelników, równie często jednak wpuszcza Dunin na swoje łamy liryków co najmniej egzotycznych, o czym poniżej), kilka tekstów innego rodzaju (szkice krytycznoliterackie, wspomnienia, felietony) oraz dział recenzji i działy stałe (Urbi et Orbi, Widmowa Biblioteka czy Summarum, które wytrwale śledzi mój współlokator, filolog klasyczny, wyszukując wszelkiego rodzaju nieścisłości i pomyłki mieszczące się w tym łacińskojęzycznym podsumowaniu numeru). Do działów stałych należałoby również zaliczyć od dawna ukazujące się ogromne teksty podzielone na kolejne odcinki – w czerwcowym numerze możemy się zapoznać z szóstymi już odcinkami Córki kapitana Łasucha Bora Moczara oraz Jak zostałem bukinistą Krzysztofa Jastrzębskiego, a także z drugim odcinkiem Opowieści znad Warty Bartosza Chmielewskiego. Nie wiem, czy te serialowe teksty publikuje Dunin-Wąsowicz z powodu niekwestionowanej ich atrakcyjności, z deficytu innych tekstów do publikacji (o czym wspominał niedawno w „Witrynie” Michał Kasprzak, a w co mi jest naprawdę trudno uwierzyć), czy też dlatego, że przeprowadził (być może z pomocą „Lampowych” ankiet) odpowiednie badania, które wyraźnie pokazały, że wieloodcinkowe historie są tym, co czytelnicy ukochali sobie najbardziej.

Mówiąc o stałych elementach warszawskiego miesięcznika, nie sposób zapomnieć także o wszędobylskich literówkach, błędach stylistycznych i ortograficznych, i jeszcze różnych innych stworach, z którymi systematycznie spotykam się na łamach „Lampy” od samego początku jej istnienia. Pocieszające jest być może to, że nawet ogólnopolski „Dziennik” najpewniej wyznaje zasadę: „dzień bez literówki jest dniem straconym”, więc co tu się dziwić maleńkiej, niszowej „Lampie”. Tym razem zabawę należy rozpocząć od okładki, gdzie obok winiety tytułowej czytamy „czewiec 2007”, tym samym dowiadujemy się o odkryciu przez redaktorów warszawskiego pisma nowego miesiąca, którego symboliczną wizualizacją jest uśmiechnięty od ucha do ucha chochlik drukarski, zwany w redakcji „Lampy” dobrym duszkiem redakcyjnym, jak mniemam. A mniemam, bo czytam kolejne teksty z tego numeru i literówki atakują mnie zewsząd, a przecież mnie samemu do puryzmu językowego daleko, oj, daleko, więc coś musi być na rzeczy, skoro w piśmie Dunin-Wąsowicza sprawa ma się jeszcze gorzej niż w mocno już kalekich tekstach mojego autorstwa. W takim na przykład, anonsowanym na okładce, wywiadzie z Fiszem (Słowo to nabój) co i rusz brakuje znaków diakrytycznych („lubie”, „myśle”, „wyglada”, „zerżnałem”) i innych polskich literek („zobaczylem”); dochodzi do tego, że poznajemy nowy zespół muzyczny o imieniu „Vevlet Underground”. Miejscami brak korektora powoduje sytuacje prześmieszne – mówię chociażby o wywiadzie z Moniką Mostowik, która tak odpowiada na pytanie o przyczynę problemów powstających przy tworzeniu ciekawego scenariusza: „Ja od razu strasznie gotuję jak słyszę, że w Polsce nie ma dobrych scenariuszy”. Wszystko jasne: Mostowik słyszy z telewizora, że brakuje ci u nas porządnych scenariuszy i już klopsy, serdelki, zasmażany kalafior, wszystko do kosza, bo przez te bezpodstawne lamenty pani Monika gubi w jednej chwili swe kulinarne zdolności.

Cały wywiad z Moniką Mostowik zresztą niezbyt fascynujący, a to z dwóch powodów. Przede wszystkim za sprawą banalnych, nijakich i często po prostu głupich pytań stawianych przez Janusza Paliwodę, który bodaj osiem razy w czasie tego wywiadu stara się autorce na siłę wcisnąć, że to, co jest w jej książkach, tak naprawdę jest brane z jej życia, z jej doświadczenia, a już na pewno z jej głowy. Powód drugi to odpowiedzi Mostowik, które również do frapujących raczej nie należą, ale nie ma się co dziwić, bo też co można odrzec na pytania w rodzaju: „Boisz się siebie czasami?”, „Bardziej lubisz przekraczać granice w życiu czy w literaturze?” albo: „Często śmiejesz się z siebie?”. Momentami rozmowa ta przypomina seans psychoterapeutyczny pacjentki szpitala psychiatrycznego z niedoświadczonym, początkującym psychiatrą. Trochę szkoda też, że tak niewiele miejsca w tym wywiadzie poświęcono Wyrzutom – najnowszej, wciągającej i interesującej książce Mostowik.

Skoro mówiłem powyżej o stałych elementach „Lampy”, wspomnieć również należy o Pawle Dunin-Wąsowiczu, który nie napisze nawet krótkiej notki czy recenzji bez wspominków o Grabażu czy Pidżamie Porno. Obok Świata Kolei Grabaż i jego zespół należą chyba do największych życiowych koników redaktora „Lampy” – w tym numerze wspomina o nich co najmniej czterokrotnie (m.in. w wywiadzie z Fiszem, w tekście o wiosennej bitwie wokół kanonu lektur obowiązkowych czy w recenzji z nowej płyty Kasi Nosowskiej). A że jestem znów przy elementach składowych kolejnych numerów „Lampy”, po raz kolejny postulowałbym odsunięcie Kazimierza Bolesława Malinowskiego od pisania recenzji, a może i od pisania w ogóle (o nowej płycie Apteki pisze m.in. tak: „Lubię, jestem fanem zespołu z Dyni Apteka. Gdyż on przypomina mi mę młodość mienioną. [...] Apteka ciągle taka sama, Kodym trzyma zmieniające się składy krótko, tańczą jak im zaśpiewa. Niby człek marzyłby o czymś jakimś takim przełomowym, ale w końcu zadowolony jest, że ma to co od zawsze, a nie na przykład gorsze”). Można się na tych tekstach uczyć, jak nie powinno się pisać.

Pozytywów w tym numerze „Lampy”, niestety, niewiele. Fajny jest pomysł, a i sama rozmowa dość zajmująca, na przepytanie odnośnie związków teatru i filmu z literaturą, na który to temat z Andrzejem Chyrą rozmawiają Agnieszka Drotkiewicz i Anna Dziewit (tak, tak, Michel Houellebecq, Witkowski czy nierówności damsko-męskie pojawiają się, a jakże!). Myślę, że dobrze byłoby kontynuować tę rozmowę – w kolejnych numerach publikować rozmowy z osobami na co dzień niekojarzonymi tylko i wyłącznie z literaturą. Proponuję na przykład Romana Giertycha, Donalda Tuska czy Ludwika Dorna... Warto też przeczytać, chociażby ze względów historycznych, obszerny wywiad Pawła Gołoburdy z Ryszardem Matuszewskim, który długo i momentami zajmująco opowiada o tym, że znał i zna wszystkich, no, może oprócz dzisiejszych dwudziestoletnich poetów, jako że nie posiada już „odpowiednich aparatów odbiorczych” (o kim mowa? o Jasiu Kapeli? Szczepanie Kopycie? a może jak zwykle w takich przypadkach chodzi o Jacka Dehnela?). Ważki i mądry jest tekst Michała Kasprzaka o młodej polskiej poezji i sporów wokół niej – pt. Awangardofobia – tyle że można by zadać pytanie, czy nie jest to tekst zbyt erudycyjny i czy miejscem dla publikacji tekstu naszpikowanego naprawdę sporą liczbą trudnych i bardzo trudnych wyrazów nie jest przypadkiem „Pamiętnik Literacki” albo „Teksty Drugie”, miast „Lampy”, której stali czytelnicy raczej nie zdzierżą tekstu Kasprzaka? Chociażby takie eleganckie zdanie: „Ta aluzja odnosi się, rzecz jasna, do nadeksploatowanego dziś modelu wiersza asyndetonicznego – konstrukcji zbudowanej z szeregu współrzędnych członów zestawionych na ogół bezspójnikowo, pomiędzy którymi czytelnik jest zmuszony wykonać swoisty przeskok semantyczny, wypełniając puste miejsca w narracji, rekonstruując jej przebieg i konfigurując po swojemu obrazowe transplokacje”. Rzecz jasna, translokacje.

I na zakończenie dotrzymam obietnicy danej na początku czytelnikom, czyli…: czas na chwilę z poezją. Tym razem w numerze prezentuje się (szary golf pod czarną bluzą) Jarek Suszek, współtwórca lubelskich pism „Helikon” i „Rewia Kontrsztuki” (pism, jak mniemam, kultowych). Z trzech przedstawionych w „Lampie” wierszy urzekł mnie szczególnie liryk pod tytułem Pokryty smutkiem, w którym podmiot liryczny siedzi sobie w jakiejś dziurze pod Londynem, „sam jak palec w dupie”. Podmiotowi wszystko się już pomieszało, ale zarzeka się, że jutro znowu wstanie i będzie malował kolejny pokój. „Peel” przyznaje też, że na nic już nie czeka oraz że bolą go „blizny na rękach, na twarzy, na sercu”. W innym wierszu (inny?) podmiot liryczny przyznaje, że śniło mu się, że jest szczęśliwy. Obecnie spaceruje po mieście i ogląda „czas zastygły w kamień”, który kiedyś był całym wszechświatem: „A teraz parę zajebanych na krzyż ulic / Rumowisko uczuć / Pierdolona dziura w dupie”.

Myślę, że natrętna, męcząca podmiot liryczny w kolejnych wierszach dziura to doskonały pretekst do postawienia ostatniej kropki w niniejszym omówieniu.

Grzegorz Wysocki

Omawiane pisma: „Lampa”.

zobacz w najnowszym wydaniu Witryny:
KOMEDIA NIE JEST (POLSKĄ) KOBIETĄ
PASOLINI – REAKTYWACJA
PLANETA PRL
felieton__PiSarz i POeta
...O CZASOPISMACH KULTURALNYCH
O CZASOPISMACH OTWARTYCH I ZAMKNIĘTYCH, CZYLI O TYM, DLACZEGO KAPELUSZ MIAŁBY PRZERAŻAĆ
zobacz w poprzednich wydaniach Witryny:
TERAPEUCI BUSZUJĄCY W KINIE
MISIOWIE PUSZYŚCI
ŚLĄSK NIE JEST ZEPSUTYM MŁOTKIEM

buduj Witrynę | © 2004 Fundacja Otwarty Kod Kultury | pytania? | kontakt